Rozjechał mi się budżet na listopad


A może raczej brak budżetu, bo w ogóle takiego nie prowadziłam. 

Na początku miesiąca postanowiłam, że przestaję zapisywać wydatki i zacznę się orientować w swoich wydatkach na podstawie budżetu podpiętego pod moje konto bankowe, bo i tak niemal za wszystko płacę kartą. Zdecydowałam się na to rozwiązanie ze względu na to, że przyłapałam się na tym, że zaczęłam spisywać wydatki automatycznie i bezrefleksyjnie. Liczby w poszczególnych kategoriach rosły i rosły, a na mnie nie robiło to żadnego, dosłownie ŻADNEGO wrażenia. 

Zmartwiła mnie ta obojętność wobec własnych finansów, dlatego postanowiłam narzuć sobie ograniczenie kwotowo-czasowe. W poprzednim miesiącu zdarzyła się taka sytuacja, że na 10 dni zostało mi na koncie 112 złotych, a w portfelu 20 zł. Wizji dodatkowego dochodu na szybko nie było, więc zmuszona byłam zmieścić się z bieżącymi wydatkami w tej kwocie i... było mi zaskakująco dobrze. Starczyło mi na wszystko, co niezbędne i jeszcze trochę zostało. Kiedy o tym myślę, widzę, że obecnie świetnie działa na mnie sytuacja, w której mam ograniczony budżet. Jestem zmobilizowana do racjonalnego wydawania pieniędzy i pozwala dostrzec, co faktycznie jest mi potrzebne, a z czego odruchowo rezygnuję i w jakiej kolejności to robię.

W chwili obecnej z kwoty przeznaczonej na listopad mam... 6 złotych i 30 groszy. Nie jest to kwota ani zawrotna, ani oszałamiająca, ale świadczy o tym, że nie starczyło mi pieniędzy i 28 listopada muszę sięgnąć do resztek moich oszczędności. Może i nie musiałabym do nich sięgnąć, gdyby nie to, że zniszczyłam sobie dzisiaj buty i zostałam z jedną parą, pasującą mi tylko do wybranych rzeczy i nie mam nic na zmianę. A wiecie co to oznacza? Szybkie i gorączkowe poszukiwanie butów potrzebnych na już. To nie może skończyć się dobrze, ale spróbuję być optymistką. Na pewno uda mi się kupić jutro idealne buty, które pomogą mi przetrwać zimę i nie zrujnują mojego portfela.


6, 30 zł - tyle mi zostało z pieniędzy przeznaczonych na listopad. A gdzie one się podziały?
Sądząc z zapisków z mojego konta to:

360 zł wydane na transport - wydatek konieczny
200 zł na opłaty stałe, czyli abonament, internet i opłata za telefon
350 zł  na wydatki podstawowe, czyli wszystko to, co kupuję w sklepach spożywczych typu lidl, biedronka, netto, stokrotka itp. bez kosmetyków i chemii. 
105 zł wydane na dbanie o siebie, czyli na kosmetyki i lekarstwa
340 zł wydane na zwierzęta- karma sucha, mokra, żwirek. 
40 złotych wydane na czapkę - musiałam, moja dotychczasowa czapka po niemal 10 latach noszenia niestety nie nadaje się więcej do noszenia
285 złotych wydane na rozrywkę 

Kwoty zaokrągliłam nieco w górę, żeby były ładniejsze wizualnie ;) końcówkami zajmę się gdy zostanę mistrzem w dziedzinie finansów osobistych ;)

Pogrubiona kwota jest tym, co gubi mnie w ostatnich miesiącach - wypady ze znajomymi, wyjazd, różne wyjścia. Tu 12 złotych, tu 30, tu bilet do kina i zbiera się i zbiera, kasy coraz mniej, oszczędności niemal żadnych, a jeszcze kredyt na karku. Nie chcę, żeby tak było, bo męczy mnie świadomość jak daleko jestem od bycia na zero, nie mówiąc już o finansowym bezpieczeństwie i spokoju, który towarzyszy świadomości, że jakby coś się stało, to jest skąd wziąć pieniądze. Dla mnie w tej chwili to coś nieosiągalnego, ale postanowiłam zbliżać się do tego małymi krokami - stopniowo pozbywając się moich długów. 

Listopadowe wydatki to 1680 złotych. Listopadowe zarobki to 1820 złotych. Niby zasada wydawaj mniej niż zarabiasz jest zachowana, ale w poprzednich miesiącach bardzo sobie odpuściłam i cóż... w ujęciu ogólnym jestem na sporym minusie. 




Komentarze