Optymistyczne spojrzenie na luty



Po styczniowych finansowych przebojach mam naprawdę dosyć pieniędzy. Gdyby tak się dało oddałabym komuś cały mój majątek i niech za mnie nim rządzi, dogląda i zajmie się tym wszystkim, co udało mi się tak bardzo spieprzyć w ostatnich miesiącach. W ciągu ostatnich 20 dni wielokrotnie łapał mnie dołek i beznadzieja. Niespodziewane wydatki dawały po kieszeni raz za razem, a że nie posiadam żadnych oszczędności, to zadłużyłam się jeszcze bardziej. Z 3375 zł mam obecnie do spłacenia 4175 zł, czyli spadłam w dół o kolejne 800 zł. A było już tak dobrze. Nie ukrywam, bardzo cieszyło mnie to 3375 zł, którymi chwaliłam się jakiś czas temu. Byłam z siebie dumna, że idzie mi tak dobrze. Teraz już trochę ochłonęłam. Odpuściłam czarne myśli i staram się patrzyć na luty optymistycznie. Mogłabym tym wszystkim rzucić w pizdu i w ogóle nie myśleć o tym co dalej, ale nie chcę tak. Obiecałam sobie, że pozbędę się długów jak najszybciej i jakieś tam potknięcia, nawet kosztowne, mnie nie zniechęcą. Bo w końcu błędy to najlepszy sposób na szybką naukę. A nic tak nie przywraca do życia jak soczysty kopniak w tyłek od życia właśnie. 

Bilans lutego?
+ 1900 zł
- 4175 zł 

Przewidywane wydatki?
- 300 zł powędruje na konto koty
- 600 zł zasili budżet wyzwania 30 dni za 600 zł
- 200 zł rachunki wszelakiej maści 
- 300 zł powędruje na spłatę zadłużenia

Na + zostanie mi 500 zł. 

Sytuacja nie wygląda źle, ale czuję się mocno zdemotywowana moimi styczniowymi potknięciami. Optymizm optymizmem, ale porażka po protu bardzo mnie boli. 





Styczeń finansową porażką



Styczeń zaczął się naprawdę dobrze, a po krótkim czasie okazał się finansową klapą. 
Machnęłam się w pracy na ponad 200 złotych i musiałam to manko pokryć z własnej kieszeni. Sporo chorowałam i mam kiepskie wyniki badań. Dodatkowo spadło na mnie dużo problemów i stresu w pracy. Moje zadłużenie wzrosło, a koszmarny humor i nastrój zrekompensowałam sobie zakupami. 

Nadal próbuję złapać dystans do styczniowych zawirowań. Przestać wkurzać się na siebie i sytuację w pracy. Odetchnąć, wziąć głęboki i zaakceptować obecną sytuację. Z tą akceptacją idzie mi ciężko. Trochę mi się oberwało w ostatnich dniach od życia i pozwoliłam na to, że własna praca za bardzo rusza mnie po godzinach, kiedy w ogóle nie powinnam się nią martwić. 

Wkurzam się, po prostu się wkurzam niesłownością i fałszem ludzi. Brakiem odwagi do rozpoczęcia i dokończenia tematu. Obiecano mi zmianę miejsca pracy na takie, do którego nie musiałabym dojeżdżać. Cieszyłam się, bo to zawsze ponad 100 zł/msc w kieszeni.  I co? I dupa. A raczej jedna wielka niewiadoma, bo im bliżej terminu, kiedy ponoć miałam zacząć pracę w nowym miejscu, tym bardziej szefostwo zbywa mnie, wykręca się, mąci i odsuwa temat. Temat rozmowy wybitnie unikany. A ja czuję się jawnie oszukiwana, bo skoro to decyzja należąca do ludzi nade mną, to czy nie powinni oni mieć minimum odwagi, żeby powiedzieć - droga pani, potrzebujemy pani tutaj, a tam będziemy szukać kogoś innego? To naprawdę takie trudne dla ludzi dorosłych posiadających, podobno, umiejętności zarządzania ludźmi i zespołem? 

Czuję się mocno przegrana. Miałam silne postanowienia i motywację, a kilka spraw pochłonęło mnie tak, że zupełnie rozkojarzyłam się finansowo. Z dołka wpadłam w dołek większy. Ledwie zrobiłam dwa kroki naprzód, od razu cofnęłam się o kilkanaście w tył. Za bardzo dałam się ponieść emocją. Nie odgrodziłam się od nich na czas. Nie byłam na to wszystko przygotowana i nie wiedziałam jak zareagować. Staram się uspokoić, odpuścić te czarne myśli i wziąć się w garść, bo za dwa dni zaczyna się luty. Taki mały nowy początek. Z czystym kontem i jeszcze większym minusem niż ostatnio, ale może będzie dobrze. Może. 


Moja walka z długami cz. IV



Muszę się pochwalić, że jestem do przodu o jeden spłacony kredyt. Jeszcze w Wigilię moje zobowiązania przedstawiały się w sposób opisany tutaj. Aktualnie pozbyłam się najniższego zobowiązania i nadpłaciłam jeden z trzech pozostałych kredytów. Pojawienie się dodatkowych środków na koncie bardzo mi pomogło i nie ukrywam, że mocno odetchnęłam wiedząc, że mogę szybciej spłacić kredyty bez odmawiania sobie całej masy rzeczy. 

Jak więc obecnie wyglądają moje zobowiązania kredytowe?

1. 70 zł/ msc - raty za telefon i mp4

2. Trzy kredyty do spłaty na łączną kwotę: 3375 zł 

I. 
Kwota pozostała do spłaty: 900 zł 
Wysokość raty: 60,74 zł 


II.
Kwota pozostała do spłaty: 1020,68 zł
Wysokość raty: 60,80 zł


III.
Kwota pozostała do spłaty: 1457,14 zł
Wysokość raty: 86,80 zł


Kredyty podałam w kolejności w jakiej zamierzam je  nadpłacać. Na nadpłaty zamierzam przeznaczyć wszystkie dodatkowe pieniądze, które wpadną mi w łapki, pod warunkiem, że nie pojawi się żaden nagły wydatek. Ponadto co miesiąc kwotę przeznaczoną na spłatę kredytów będę zaokrąglać do 300 zł, co daje mi dodatkowe 91,66 zł na nadpłaty oraz wszystko to, co wpłynie na moje konto powyżej 1500 zł w ramach wynagrodzenia również pójdzie na nadpłaty. Optymistycznie zakładam, że oprócz rat stałych będzie to jakieś 200 zł ekstra. Przeznaczenie na kredyty 400 zł/msc pozwoli mi spłacić je o 10 miesięcy szybciej niż zakłada to harmonogram spłaty rat. 

Mam również możliwość zmiany miejsca pracy na takie, które nie będzie wymagało ode mnie dojazdów, a to oznacza, że mogłabym dodatkowo zaoszczędzić ponad 100 zł/miesiąc i sporo czasu. 


W dniu wypłaty



10 dzień każdego miesiąca jest dla mnie momentem, który determinuje budżet do kolejnej wypłaty. Najpóźniej do dziesiątego na moim koncie ma pojawić się wynagrodzenie, a dokładnie dziesiątego następuje seria przelewów z mojego konta. Opłacone zostają raty kredytów, internet, raty za zakupiony sprzęt. Najczęściej kupuję też w tym okresie kocie jedzenie, a później uzupełniam ewentualne braki. Przyznaję, że mimo znacznego ubytku funduszy z konta, naprawdę lubię to, że wszystkie stałe wydatki skupione są w jednym dniu. Pozwala mi to w pełni skupić się na wydatkach bieżących bez stresu, że jakiś rachunek nie został opłacony. Niby drobiazg, ale jaki to daje komfort! 

Dzisiejszy dzień naprawdę miło mnie zaskoczył. Otrzymałam wynagrodzenie w szalonej kwocie 1550 zł, a dodatkowo na moim koncie pojawiło się 450 zł zwrotu od przyjaciela. Jakiś czas temu pożyczyłam mu pieniądze i akurat dzisiaj miał mi z czego oddać i oddał. Łącznie moje konto zasiliło 2000 zł. Szału nie ma, ale w chwili obecnej mogę pozwolić sobie na spłatę najniższego z kredytów w całości i jeszcze trochę mi zostanie. 

To trochę jest naprawdę takim TROCHĘ, bo po opłaceniu rachunków, rat kredytów i za sprzęt, kilku wizytach w sklepie, zakupie kociego jedzenia oraz wyjściu ze znajomymi zostało mi... 930 zł. Z tej kwoty muszę jeszcze opłacić abonament telefoniczny w wysokości 80 zł i przeznaczyć 600 zł na najbliższe 30 dni w ramach wyzwania 30 dni za 600 zł. Wolnych środków zostaje mi więc 250 zł. 

Wolne środki niesamowicie mnie cieszą, ale szczerze przyznaję, że są one dla mnie problematyczne. Mam problem z zakupami i lekką rękę do pieniędzy. I to zarówno  lewą jak i prawą. Ta moja lekkość w wydawaniu pieniędzy powoduje dylemat i wewnętrzne rozdarcie - odłożyć te 250 zł czy nadpłacić jakiś kredyt? Wiem, że nadpłacanie kredytów za wszelką cenę w tym także kosztem posiadanych oszczędności to kiepska opcja, ale wiem też, że świadomość posiadania wolnych środków może spowodować we mnie zbyt duże rozluźnienie przez co te 250 zł rozejdzie się nie wiadomo gdzie i na co, bo akurat pojawi się coś super ekstra ważnego i niezbędnego. Albo ta myśl, że tyle już się naoszczędzałam, że trzeba odpuścić, przystopować trochę, zrobić coś dla siebie a nie tylko te długi spłacać i nadpłacać. Podejrzewam, że każdy zadłużony, któremu w ręce wpadają wolne środki ma podobny dylemat. Pytanie - co wtedy robić?




Z czego rezygnuję w tym kwartale?


Daleka jestem od snucia idealistycznych całorocznych planów. Za słaba jestem w tym temacie, żeby tak beztrosko rzucać sobie wyzwania na tak długi okres czasu. Trzy miesiące wydają mi się w kwestii oszczędzania optymalnym okresem, który jako tako mogę przewidzieć. Wiadomo, że jak coś się zawali to konkretnie popłynę, ale nie mam wpływu na zdarzenia nieprzewidziane. Mam wpływ na swoje decyzje. A skoro mam wpływ, mogę sobie coś narzuć na czas od teraz do 31.03.2018 roku. Nie będą to jakieś karkołomne rezygnacje, które znacząco zmienią moje życie. Są to raczej rzeczy z życia codziennego, których eliminacja da mi dodatkowe oszczędności i pomoże jasno określić co zamierzam kupować, a czego zdecydowanie nie. Z czego zatem rezygnuję do końca marca?

1. Rezygnuję z kupowania ubrań, o czym szerzej pisałam tutaj.

2. Rezygnuję z wizyt u fryzjera. I tak rzadko kiedy jestem zadowolona, a nadgorliwe fryzjerki skutecznie cięcie po cięciu oddalają mnie od wymarzonej długości włosów. Zainwestowałam więc w nożyczki, posiłkuję się filmikami z YT i działam. Mam z tego frajdę, bo wreszcie mogę skrócić włosy o tyle, ile chcę, ściąć jak chcę i kiedy chcę. Może nie jest idealnie, ale własne błędy łatwiej mi przełknąć niż błędy osoby, której wszystko dokładnie tłumaczę, a ona i tak robi swoje, bo ma pani zniszczone więcej niż 2 cm. Wiem. Dobrze mi z tym. Oszczędność? Ponad 50 zł. Chodzę do fryzjera 4-5 razy w roku, a każda wizyta kosztuje mnie własnie 50 zł.

3. Rezygnuję z farbowania włosów. W ostatnim roku nieźle poszalałam. Byłam blondynką, rudowłosą i posiadaczką skrajnie czarnych włosów. A potem znów je rozjaśniłam. Zaowocowało pogorszeniem stanu włosów oraz wypadaniem, dlatego robię przerwę. Dodatkowym powodem przerwy jest to, że stęskniłam się za moim naturalnym kolorem włosów. Oszczędność? Około 50 zł na kwartał.

4. Rezygnuję z kupowania kosmetyków. Program denko nadal trwa, a ja nadal mam spore zapasy. Co prawda w pewnym momencie może skończyć mi się tusz do rzęs, ale nie będzie z tym tragedii, jakoś wytrzymam kilka tygodni bez. Nawet jak skończy mi się dezodorant to nie będzie tragedii, gdyż mam taki eko coś jak dezodorant w krysztale, który czeka na półce na swoją kolej. Chyba w końcu nadejdzie ;)

5. Rezygnuję z kupowania suplementów diety. Ostatnio raz po raz obija mi się o oczy i uszy info, że suplementy diety to zwykła ściema i nasz kraj mocno przegina z ich spożyciem. Nie wiem czy to prawda czy nie. Lubię tą autosugestię, która daje mi poczucie, że biorąc różne tabletki robię dla siebie coś dobrego. Z używania suplementów nie rezygnuję. Po prostu będę konsumować te zmagazynowane w domu.

6. Rezygnuję z wyjazdów - aktualnie wszelkie wyjazdy są poza moim zasięgiem finansowym. Najeździłam się w 2017, chociaż i tak uważam, że mogłam podróżować dużo taniej. Jest co prawda jeden wyjazd, dla którego zamierzam zrobić wyjątek, ale o tym napiszę w osobnym poście. 

7. Rezygnuję z robienia zapasów kociego jedzenia - aktualnie internetowe sklepy zoologiczne są w stanie dostarczyć mi kocie jedzenie na pojutrze. Nie ma więc potrzeby, żebym urządzała w domu magazyn i gromadziła w nim jedzenie na zapas. Nie zabraknie. Oczywiście możliwe, że ominie mnie jakaś promocja, ale na szczęście wybór karm jest tak duży, że bez problemu wybiorę coś dobrego na moją kieszeń.


Moje wydatki z ostatnich 5 dni cz. VI



Pierwsze zestawienie w tym miesiącu, czyli początek kolejnego etapu wyzwania 30 dni za 600 złotych. W grudniu poszło mi zaskakująco dobrze. Wydałam 455,06 zł + 18,30 zł za rajstopy + 5,60 zł za słonecznik i batony + 3,49 zł na czekoladę + 3,99 zł na vip dostęp do platformy z filami, żebyśmy mogli pooglądać sobie z rodzinką, czyli w ciągu 30 dni wydałam.... 486,44 zł! 

Uważam to za prawdziwy sukces, mimo że pod koniec miesiąca złapał mnie niezły dół z powodu rezygnacji z kilku sylwestrowych wyjazdów. Okazało się jednak, że na miejscu również da się spędzić niezapomnianą noc. Ponownie potwierdziło się, że nieważne gdzie, ważne z kim. 

Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że niezwykle wiele osób pamięta o mojej życzliwości przy pokrywaniu rachunków za alkohol i kiedy to na mnie nadeszły chude miesiące, mam nadzieję, że nie lata, i wprost przyznałam się, że jestem bez kasy, to tu mi ktoś coś postawił, to tam. Bez najmniejszego problemu. Może z wyjątkiem tego w mojej głowie - dumy. Czuję się naprawdę dobrze, kiedy mogę spędzić czas z ważną dla mnie osobą i niemal automatycznie pokrywam wtedy rachunki, bo to dla mnie najmniej istotna kwestia całego spotkania i szkoda mi cennego czasu na rozważania kto ile i za siebie. Nigdy nie robię tego z myślą, że wkrótce to ta osoba ma mi się odwdzięczyć w ten sam sposób. Nic z tych rzeczy. Nigdy nie oczekiwałam i nie oczekuję żadnych zwrotów i wzajemności, i ciężko mi się odnaleźć w sytuacji, kiedy ktoś chce za mnie zapłacić. Postanowiłam jednak trochę przystopować z dumą i odważyć się głośniej mówić o moich problemach z finansami. Nie na zasadzie dokładnej publicznej analizy. Raczej krótkie wyjaśnienie, że finansowo to u mnie posucha na kilka miesięcy i z pewnych rzeczy muszę zrezygnować. O dziwo spotykam się z wyrozumiałością. Bardzo bałam się drwin i dogryzania. Głupio tak przyznać się do własnych błędów i potknięć, gdy inni nawet nas o nie nie podejrzewali. Obok tej głupoty i wstydu, trzeba też wykrzesać mnóstwo odwagi, żeby przyznać się do własnych błędów, ale będę dobrej myśli, że już wkrótce przyznam Wam się do moich kolejnych sukcesów.

Styczeń zaczął się dla mnie owocowo. Wydałam 20 zł na spory zapas owoców, które przerabiam na pyszne koktajle. Kolejne 9,99 zł wydałam na lody. Drogo. Bardzo drogo, ale nie sprawdziłam ceny. Moja wina. Mogłam kupić taniej albo wcale. Ta kwota za lody nie robiące szału to przesada. Dodatkowo 0,33 zł za jednorazówkę. 3 zł z groszami  za ukochane somersby. I dalej trochę popłynęłam. Poszłam do pracy na 3 godziny, nie wzięłam kanapek, bo miałam zamiar raz dwa wrócić do domu i.... stało się tak, że musiałam zostać calutki dzień. 12 godzin poza domem, a w pracy żadnych zapasów jedzenia. Wybrałam się więc do sklepu i poszło z górki - 6,40 zł w piekarni, potem 5,08 zł na słodycze. A wieczorem zakupy spożywcze za 18,24 zł - ser żółty, pieczywo, pieczarki, jabłka, śmietana, pepsi, ryż prażony, pomidory, serki homogenizowane. Tym sposobem z konta ubyło mi 63,52 zł w zaledwie 3 dni robocze. 



Podsumowanie pierwszego etapu wyzwania


Wyzwanie 30 dni za 600 złotych rozpoczęłam dosyć spontanicznie, chociaż zbierałam się do niego od pewnego czasu. W pewnym momencie po prostu zaczęła mnie uwierać myśl, że na własne życzenie zawiązałam się długami na długie miesiące. Ok, pożyłam sobie w ten czas co nie miara, ogarnęłam kilka ważnych wydatków, na które brakowało mi pieniędzy, było miło i przyjemnie, ale wszystko co dobre i na kredyt kiedyś się kończy. Aktualnie czeka mnie dość długi czas spłacania długów, zaciskania pasa, życia bez oszczędności i liczenia na to, że nic złego się przez ten czas nie stanie. Konieczność spłacania kredytu i brak oszczędności to bardzo niekomfortowa sytuacja. Sytuacja, w której nie jestem wolna, bo moje decyzje finansowe są zablokowane z jednej strony ogromnym minusem, a z drugiej strony wielkim zerem. Nieźle się przyblokowałam tymi kredytami. Przykro mi, że na długie miesiące pozbawiłam się wolności i swobody podejmowania decyzji co zrobię ze swoimi pieniędzmi. Mogę jedynie wybierać pomiędzy spłacam w terminie oraz spłacam w terminie i nadpłacam. Nie jest to zbyt duże pole manewru. Nie mam komfortu czekania na okazje i przebierania w ofertach, bo brak środków na koncie skutecznie mi to uniemożliwia. Muszę godzić się na takie ceny, jakie są proponowane, bo w chwili, kiedy muszę coś kupić, naprawdę muszę to kupić i nie mogę pozwolić sobie na zbędą zwłokę. Ale wiecie co? Świadomie chcę tego spróbować. Świadomie chcę się ograniczyć, dowalić sobie ascezą, ograniczyć i obciąć koszty mojego życia, bo wzięcie kredytu w celu przeczekania okresu bez pracy i szukania nowej pracy to nie jest opcja, której chcę się podjąć. Może i znalazłabym lepszą pracę z lepszą płacą, ale czy to by we mnie coś zmieniło? Uporałabym się z zadłużeniem szybciej i szybciej miałabym więcej środków do takiego samego wydawania jak wcześniej - swobodnego, kompulsywnego i bezcelowego, a nie o to w tym wszystkich chodzi. Chodzi o świadome zrozumienie, że pieniądze raz są, a raz ich nie ma i nie można ich braku zasypywać kredytem i myślą o lepszym jutrze. Trzeba to lepsze jutro wypracować, a nie pożyczyć, bo pożyczać można niemal bez końca, ale co kiedy nadejdzie moment spłaty? 

Nie chcę żyć w tak łatwy sposób, w którym nie ma gwarancji, że pożyczone pieniądze spłacę i że za jakiś czas znajdę lepszą pracę. A jeśli nie znajdę to co? Ostatnie wspomnienia kupione za pożyczone pieniądze będą naprawdę tymi ostatnimi, a potem będzie czekać mnie wieloletni marazm i finansowa niewola? Błędne koło, w którym nie mogę zmienić pracy, bo mam długi i mam długi, bo nie mogę pozwolić sobie na zmianę pracy? Nie mogę podjąć ryzyka, bo nie będzie żadnej poduszki, która złagodzi mój upadek? Nie chcę by wszystkie moje decyzje, te codzienne jak i te większe oraz górnolotnie zwane życiowymi, były tak silnie zależne od moich kredytów, które blokują mnie krok po kroku, które sprawiają, że każda decyzja wydaje mi się zbyt trudna i zbyt ryzykowna, bo co jak zabraknie za spłatę kolejnych rat? Nie chcę stale wybierać pomiędzy kolejnymi rezygnacjami. Z czego zrezygnować dzisiaj a z czego jutro? Nie chcę podejmować takich decyzji dłużej niż to konieczne. Chcę pozbyć się takich rozważań jak najszybciej, dlatego też ograniczam się, spłacam, nadpłacam i uczę swoich prawdziwych potrzeb. Rozpoznaję to, co wychodzi ze mnie i to, co próbuje we mnie wpompować świat. To zupełnie różne definicje potrzeb. Zupełna inna skala. Zupełnie inne potrzeby, których nawet w sobie nie posiadam, a próbuje się je we mnie wzbudzić w różnoraki sposób. 

Walczę z tym i ze sobą każdego dnia. Każda odmowa samej sobie i każda złotówka stanowiąca nadpłatę pokazuje mi, że nie jestem słaba. Akceptuję to, że mogę się poddać, złamać i popłynąć, ale próbuję wyczuć moment, kiedy rodzi się we mnie pokusa, z którą trudno mi walczyć. Czekam więc i oswajam. Oswajam siebie z pokusą i pokusę ze sobą. Uczę się żyć obok niej, bo nie wiem czy pokusy da się zamordować. Liczę na to, że da się ją wyciszyć i uspokoić. Jak kota, którego z czasem uczymy leżeć u nas na kolanach. Początkowo nieufny, następnie nerwowo czuwający w pozycji kłębka, na końcu mruczący i niewrażliwy na nasze ruchy. Przyzwyczaił się do nich i nie przeszkadzają mu w spaniu. A my potrafimy siedzieć z kocim ciężarem i pomrukiem na kolanach i nie czujemy się nim przygnieceni. 







Plan wydatków na styczeń


Witam Was w nowym roku i mam nadzieję, że 2018 będzie dla Was rokiem wspaniałym i szczęśliwym. Dla mnie z pewnością będzie rokiem bardzo trudnym, ponieważ postanowiłam, że przed upływem 365 dni pozbędę się całego mojego zadłużenia. Nie zostało mi go jakoś dużo, bo z 6100 zł zrobiło się 4300 zł, więc nie jest to jakiś gigantyczny kredyt. Chciałabym jednak pozbyć się tego minusu możliwie jak najszybciej, odłożyć trochę pieniędzy i zmienić pracę na lepszą. Lepszą pod kilkoma względami, nie tylko pod względem finansowym, ale myślę, że jeszcze o tym napiszę w osobnym poście. Póki co zajmę się rozpisaniem budżetu na styczeń, według tego planu i mam nadzieję, że pójdzie mi lepiej niż w listopadzie i grudniu, kiedy to moje budżety rozjechały się w tempie ekspresowym, ale jak to pisał Michał Szafrański - nawet państwom budżety się rozjeżdżają ;) 

Nowy Rok przywitałam z zawrotną kwotą 120 złotych na koncie. Za kilka dni dostanę wypłatę i mam nadzieję, że będzie to więcej niż 1500 zł, bo założyłam sobie, że w 2018 roku każdą nadwyżkę ponad 1500 zł automatycznie przeznaczam na szybszą spłatę kredytów. Ale to dopiero za kilka dni. Póki co 120 zł zostało uszczuplone o 33,80 zł, które wydałam na sporą ilość kiwi, gruszek, jabłek i bananów oraz na moje ukochane Somersby i lody. Pierwszy wydatek w tym roku i już nowa lekcja - sprawdzaj ceny d-o-k-ł-a-d-n-i-e. Nie sprawdziłam dokładnie ceny lodów. Przyjęłam, że skoro wszystkie wokół są po 4,99 zł to te pewnie też będą. Co z tego, że inna marka... Ta nieuwaga kosztowała mnie w rzeczywistości nie 4,99 zł, a 9,99 zł i pluję sobie teraz w brodę, że jestem taka nieuważna i za mało zainteresowałam się ceną lodów, chociaż wiem, no po prostu wiem, że w tym sklepie są drogie lody. Drugą nauką płynącą z tych pierwszych zakupów jest zabieranie ze sobą dwóch materiałowych toreb na zakupy. Dzisiaj miałam jedną. Nie zmieściłam się ze wszystkim i zainwestowałam w jednorazówkę w cenie 33 groszy! Szaleństwo, ale to w końcu nie dalej niż wczoraj weszły w życie nowe przepisy ws. cen jednorazówek, a nie bardzo uśmiechało mi się taszczenie zakupów w rękach, bo znając siebie, na pewno bym coś zgubiła. 

Jak planuję wydać moje styczniowe pieniądze?
260 zł wędruje na spłatę rat kredytów
70 zł na ratę za telefon i mp4
130 zł to opłata za internet i abonament telefoniczny
240 zł wędruje na osobne konto przeznaczone na wydatki związane z kotami, bo w tym miesiącu czeka mnie zakup karmy mokrej. 240 zł to dużo mniej niż 1/12 moich rocznych wydatków na koty, więc będzie to prawdziwe wyzwanie. 
600 zł wędruje na wydatki bieżące i spożywkę w ramach wyzwania 30 dni za 600 zł 
50 zł stanowić będzie gotówkowy fundusz wypadowy, bo lubię wyjścia ze znajomymi i chcę je ograniczyć, a nie całkowicie z nich rezygnować

Wolnych środków zostaje mi więc 150 zł, które mam w planach przelać na konto oszczędnościowe. Będą stanowić bufor na wypadek, gdybym zdecydowała się jednak kupić nową parę butów zimowych, bo mam aż dwie z czego jedne przemakają i są mocno zniszczone. Nieubłaganie zbliża się dzień, kiedy trafią na śmietnik, ale przeciągam ten czas możliwie jak najdłużej, bo naprawdę je uwielbiam. Są niesamowicie wygodne. 

Styczeń to również miesiąc, kiedy rozpoczynam wrzucanie wydatków wprost do aplikacji na telefonie, bo brakuje mi kategoryzacji, a ogólny spis wydatków to dla mnie za mało. Chcę dokładnie wiedzieć, ile wydaję na jedzenie do domu, ile na jedzenie w pracy, ile na kosmetyki, ile na prezenty, kosmetyki itp. To ważna informacja, która bardzo szybko pozwoli mi wyłapać kategorie pochłaniające najwięcej z moich środków. 

Zdecydowałam się na następujące kategorię, ale możliwe, że w miarę upływu czasu zdecyduję się na jakieś modyfikacje:
1. Spożywcze dom - cała spożywka kupowana do domu plus składniki na jedzenie do pracy
2. Praca - wszystko co kupuję w czasie pracy z okazji tego, że lenistwo uniemożliwiło mi zrobienie kanapek do pracy oraz ewentualne manka w kasie, które powstały z mojej winy
3. Słodycze - bo nadal wydaję na nie za wiele
4. Dbanie o urodę - kosmetyki + wizyty u fryzjera + inne związane z tematem
5. Ubrania i obuwie 
6. Rozrywka i czas wolny
7. Zdrowie
8. Transport 
9. Rachunki i kredyty
10. Chemia
11. Koty
12. Prezenty

W 2018 roku porzucam też niemal całkowicie płatności gotówką. Jedyne na co wydaję w tym roku gotówkę to gotówkowy fundusz wypadowy w tym miesiącu w kwocie 50 zł i to tylko dlatego, że mój ulubiony bar nie ma terminala i przyjmuje tylko gotówkę. W pozostałych sytuacjach nie ma dla mnie opcji płacenia gotówką. Za szybko mi się to rozchodzi i nigdy nie potrafię ustalić gdzie poszła cała kwota, która ubyła mi z portfela. 

Mam nadzieję, że kolejny, tym razem styczniowy, etap wyzwania 30 dni za 600 zł pójdzie mi co najmniej tak dobrze jak etap grudniowy. Warto dodać, że grudzień był naprawdę przyjemnym miesiącem na takie ograniczenia się, bo posiadałam sporo zapasów ulubionego jedzenia, kosmetyków, a także pełną szafę ubrań. Dalsze miesiące ograniczania się mogą być dużo trudniejsze, ale motywacja jest, więc powinnam dać radę. W razie spadków motywacji mam prawdziwą motywacyjną bombę, czyli darmowy kurs Michała Szafrańskiego Pokonaj Swoje Długi. Polecam każdemu, kto chce pozbyć się kredytów, ale potrzebuje w tym wsparcia i wskazówek. Warto poświęcić swój czas na ten kurs.