Podsumowanie pierwszego etapu wyzwania


Wyzwanie 30 dni za 600 złotych rozpoczęłam dosyć spontanicznie, chociaż zbierałam się do niego od pewnego czasu. W pewnym momencie po prostu zaczęła mnie uwierać myśl, że na własne życzenie zawiązałam się długami na długie miesiące. Ok, pożyłam sobie w ten czas co nie miara, ogarnęłam kilka ważnych wydatków, na które brakowało mi pieniędzy, było miło i przyjemnie, ale wszystko co dobre i na kredyt kiedyś się kończy. Aktualnie czeka mnie dość długi czas spłacania długów, zaciskania pasa, życia bez oszczędności i liczenia na to, że nic złego się przez ten czas nie stanie. Konieczność spłacania kredytu i brak oszczędności to bardzo niekomfortowa sytuacja. Sytuacja, w której nie jestem wolna, bo moje decyzje finansowe są zablokowane z jednej strony ogromnym minusem, a z drugiej strony wielkim zerem. Nieźle się przyblokowałam tymi kredytami. Przykro mi, że na długie miesiące pozbawiłam się wolności i swobody podejmowania decyzji co zrobię ze swoimi pieniędzmi. Mogę jedynie wybierać pomiędzy spłacam w terminie oraz spłacam w terminie i nadpłacam. Nie jest to zbyt duże pole manewru. Nie mam komfortu czekania na okazje i przebierania w ofertach, bo brak środków na koncie skutecznie mi to uniemożliwia. Muszę godzić się na takie ceny, jakie są proponowane, bo w chwili, kiedy muszę coś kupić, naprawdę muszę to kupić i nie mogę pozwolić sobie na zbędą zwłokę. Ale wiecie co? Świadomie chcę tego spróbować. Świadomie chcę się ograniczyć, dowalić sobie ascezą, ograniczyć i obciąć koszty mojego życia, bo wzięcie kredytu w celu przeczekania okresu bez pracy i szukania nowej pracy to nie jest opcja, której chcę się podjąć. Może i znalazłabym lepszą pracę z lepszą płacą, ale czy to by we mnie coś zmieniło? Uporałabym się z zadłużeniem szybciej i szybciej miałabym więcej środków do takiego samego wydawania jak wcześniej - swobodnego, kompulsywnego i bezcelowego, a nie o to w tym wszystkich chodzi. Chodzi o świadome zrozumienie, że pieniądze raz są, a raz ich nie ma i nie można ich braku zasypywać kredytem i myślą o lepszym jutrze. Trzeba to lepsze jutro wypracować, a nie pożyczyć, bo pożyczać można niemal bez końca, ale co kiedy nadejdzie moment spłaty? 

Nie chcę żyć w tak łatwy sposób, w którym nie ma gwarancji, że pożyczone pieniądze spłacę i że za jakiś czas znajdę lepszą pracę. A jeśli nie znajdę to co? Ostatnie wspomnienia kupione za pożyczone pieniądze będą naprawdę tymi ostatnimi, a potem będzie czekać mnie wieloletni marazm i finansowa niewola? Błędne koło, w którym nie mogę zmienić pracy, bo mam długi i mam długi, bo nie mogę pozwolić sobie na zmianę pracy? Nie mogę podjąć ryzyka, bo nie będzie żadnej poduszki, która złagodzi mój upadek? Nie chcę by wszystkie moje decyzje, te codzienne jak i te większe oraz górnolotnie zwane życiowymi, były tak silnie zależne od moich kredytów, które blokują mnie krok po kroku, które sprawiają, że każda decyzja wydaje mi się zbyt trudna i zbyt ryzykowna, bo co jak zabraknie za spłatę kolejnych rat? Nie chcę stale wybierać pomiędzy kolejnymi rezygnacjami. Z czego zrezygnować dzisiaj a z czego jutro? Nie chcę podejmować takich decyzji dłużej niż to konieczne. Chcę pozbyć się takich rozważań jak najszybciej, dlatego też ograniczam się, spłacam, nadpłacam i uczę swoich prawdziwych potrzeb. Rozpoznaję to, co wychodzi ze mnie i to, co próbuje we mnie wpompować świat. To zupełnie różne definicje potrzeb. Zupełna inna skala. Zupełnie inne potrzeby, których nawet w sobie nie posiadam, a próbuje się je we mnie wzbudzić w różnoraki sposób. 

Walczę z tym i ze sobą każdego dnia. Każda odmowa samej sobie i każda złotówka stanowiąca nadpłatę pokazuje mi, że nie jestem słaba. Akceptuję to, że mogę się poddać, złamać i popłynąć, ale próbuję wyczuć moment, kiedy rodzi się we mnie pokusa, z którą trudno mi walczyć. Czekam więc i oswajam. Oswajam siebie z pokusą i pokusę ze sobą. Uczę się żyć obok niej, bo nie wiem czy pokusy da się zamordować. Liczę na to, że da się ją wyciszyć i uspokoić. Jak kota, którego z czasem uczymy leżeć u nas na kolanach. Początkowo nieufny, następnie nerwowo czuwający w pozycji kłębka, na końcu mruczący i niewrażliwy na nasze ruchy. Przyzwyczaił się do nich i nie przeszkadzają mu w spaniu. A my potrafimy siedzieć z kocim ciężarem i pomrukiem na kolanach i nie czujemy się nim przygnieceni. 







Komentarze

  1. Trafiłam przez wpis z bloga Wolnego. Pierwszy raz zajrzałam na tego typu blog. Jeszcze niewiele się dowiedziałam o samej Autorce, ale widzę duży potencjał i chęć do nauki. Od razu też widzę mnóstwo potknięć, które szybciutko wyeliminujesz. Trzymam kciuki i życzę powodzenia. "Będą z Ciebie ludzie", jakby to powiedziała moja mama :) Ja jestem na zupełnie innym etapie, ale też tego wszystkiego się uczyłam. Blog zapowiada się mega ciekawie. Podoba mi się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I taki właśnie był zamysł podlinkowania :) Mam nadzieję że podskoczyły statystyki bloga jak i motywacja do realizacji założeń! Również mam podobne zdanie o autorce, którą bardzo ciekawie się czyta, właśnie przez tą "prawdziwość", błędy do których się przyznaje i całkiem fajny poziom tekstów. Będą ludzie, na bank :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)