Ile kosztuje codzienny batonik?


Jestem absolutnym łasuchem, miłośnikiem słodyczy, a w Kauflandzie wybieram tylko kasę bez słodyczy, bo wrzuciłabym ich do koszyka pokaźny stosik. Z całą pewnością w moich żyłach płynie sam cukier i chociaż wyniki badań pod kątem cukru mam bardzo dobre, to jednak wolałabym, żeby moja dieta była wolna od aż  takich jego ilości. Ale oczekiwania sobie, a życie sobie. 

Oprócz moich życzeń, oczekiwań i planów, które zakładają eliminację cukru jest mi zwyczajnie ciężko pokonać ten nawyk i zwalczyć to uzależnienie. Nie potrafię nawet do końca zdefiniować czy aby na pewno jest to uzależnienie, bo miewam w roku takie okresy jak ten teraz, kiedy w ogóle nie chce mi się cukru, bo nie. To taki śmieszny czas, kiedy czekolada nie smakuje czekoladą i zaczynam podejrzewać międzynarodowy spisek skierowany przeciwko moim kubkom smakowym i przeciwko mojej osobie - że niby kochasz czekoladę i jej jedzenie daje Ci ogromne pokłady przyjemności? A masz podróbą! Dalej Ci tak smakuje? Niee? O jak nam przykro.... Zniechęcona więc faktem, że słodkości smakują niczym pomidory z hipermarketu, czyli wcale, bez  zbędnych myśli porzucam je po prostu na jakiś tam czas. Ot życie. I tak się jeszcze spotkamy, ale zanim moja miłość znów przybierze na siłę i batonik stanie się nieodłącznym elementem codziennej rutyny, podzielę się z Wami informacją, ile taki codzienne słodkości za kilka złotych kosztują w skali miesiąca.

W niezbyt precyzyjnym spisie wydatków z 2017 roku  pojawiła się informacja, że od 01.01. do 31.05. wydałam na słodycze 203 zł, co daje wynik około 40 zł/ miesiąc. Żeby jednak nie było tak optymistycznie, bo 40 zł to raptem 8 czekolad i to z niezbyt wysokiej półki, dodam tylko, że kategoria o szumnej nazwie praca również zawiera w sobie sporo słodkości. Tutaj mamy kolejne 281 zł. Załóżmy, że 150 zł poszło na czysty cukier a reszta na coś bardziej wyszukanego. Już mamy dodatkowe 30 zł/ msc z czego bardzo łatwo zrobiło się 70 zł na 30 dni. SIEDEMDZIESIĄT ZŁOTYCH. W mojej ocenie sporo, bo potrafię znaleźć wiele dużo lepszych zastosowań dla takiej kwoty niż przejadanie cukru, ale miłość nie wybiera. 

W bardzo precyzyjnym spisie wydatków z 12 miesięcy, który prowadziłam od 1 czerwca 2016 roku do 31 maja 2017 roku podałam do informacji publicznej, że słodycze kosztowały mnie 513 zł w ciągu 12 miesięcy i były to słodycze kupowane poza pracą i poza zakupami robionymi do domu, czyli takie podjadanie przy okazji przebywania poza domem. A dochodzą do tego jeszcze słodycze kupowane w czasie pracy... Znając siebie jestem w stanie określić, że lekką ręką wydałam grubo ponad 1000 zł na same słodycze w ciągu roku. To jakieś 3 pary świetnych skórzanych butów, na które ciągle mnie nie stać. No ciekawe czemu ;) 

Styczniowe wydatki słodyczowe są dużą niewiadomą. Miałam wtedy sporo problemów i trudnych sytuacji i finanse spadły na dno listy priorytetów o ile były na niej w ogóle, za to w lutym sumiennie do aplikacji trafia każdy jeden batonik, ciasteczko, czekoladka i zaraz zobaczycie coś bardzo fajnego. Patrzcie:

2 zł
2 zł 
2 zł 
2 zł 
2 zł
5 zł 
3 zł 
2 zł 
2 zł
4 zł
4 zł
4 zł 
2 zł 
3 zł 
3 zł 
4 zł 
5 zł
2 zł 
2 zł 
5 zł 
4 zł 
5 zł 
7 zł 
3 zł

Założę się, że wszyscy widzimy to samo - dwójka, dwójka, dwójka, dwójka, moneta, moneta, moneta, potem większa moneta, dwie monety, moneta, dwie monety itp. itd. Jedynie to 7 zł jakoś się odznacza, ale poza tym to drobne, no nie? Małe, malutki kwoty. Mniejsze nominały. Zaledwie damy wśród monetowych kart ;) A kto mi powie ile z tych drobnych i niewielkich kwot wyszło po całym lutym? To co widzicie to tylko same kwoty żywcem ściągnięte z mojej aplikacji wpisywane z zaokrągleniem w górę bez groszy od 1 lutego dzień po dniu jedno pod drugim. Drobiazgi, absolutne drobiazgi niby że nieistotne dla całego budżetu. A ile % wydatków stanowiły te nieistotne kwoty, skoro założyłam sobie, że w lutym wydam 600 zł? 



Jestem na minusie



Moja finansowa klapa roku 2018 zaczęła się niedługo po Sylwestrze. Wszystko szło dobrze przez kilka dni, byłam pełna entuzjazmu, miałam ogromne plany finansowe, cieszyłam się, że czeka mnie udane kilka tygodni podczas których zaoszczędzę sporo i dorzucę trochę gorsza do mojego własnego finansowego dołka. Niestety plany poszły się.... Wiecie co. Zaczęły się zawirowania w pracy, w domu, opcja zamiany miejsca pracy na inne, brak konkretnych informacji ze strony pracodawcy, zbywanie, problemy zdrowotne, kilka nieplanowanych wydatków i wszystkiego mi się odechciało. W kategorii zawirowań moje finanse spadły gdzieś na samo dno. Zupełnie przestałam się nimi interesować, wydawałam na co musiałam i na co chciałam, a potem moje długi powiększyły się jeszcze bardziej, bo myślami byłam przy sprawach, które wtedy wydawały mi się najważniejsze. Po kilku tygodniach widzę, że niepotrzebnie zawracałam sobie tym wszystkim głowę. Niepotrzebnie pozwoliłam sobie na to, żeby kilka spraw tak mocno zburzyło cały mój spokój i wprowadziło taki chaos w moim życiu. Przestałam działać racjonalnie, wodzę przejęły moje emocje i w pewnym momencie zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Kilka dni zajęło mi przepracowanie problemu, uspokojenie wszystkich moich emocji i ponowne narzucenie sobie dyscypliny finansowej choć w moim przypadku to zbyt szumne określenie. Po prostu zaczęłam się pilnować dużo bardziej niż pilnowałam się w styczniu, pobrałam na telefon prostą aplikację i skrupulatnie przez cały luty spisuję każdy wydatek. Wiem dokładnie ile i na co wydałam, wiem jakie błędy popełniłam, wiem, że za często pozwalam sobie na wydatki typu energetyk, baton, czekolada, bo dobre i lubię, a przecież miał to być czas cięć i odmawiania sobie tego, co nie jest niezbędne. Ten mój nadrzędny cel spłaty długów spadł mocno w hierarchii i próbuję go obecnie wyciągnąć na szczyt listy priorytetów, bo mam do siebie ogromny żal. Żal o to, że pojawił się u mnie jakiś słomiany zapał, żal o to, że za szybko poddałam się z walką i zamiast od razu zweryfikować, że zadłużenie się powiększa, odpuszczałam sobie z myślą, że zacznę od następnego miesiąca. Co z tego, że zostały do niego długie dni podczas których mogę wydać krocie. Spokojnie. Będzie dobrze. Nie ma się co szczypać. I inne takie myśli. Znów biorę oddech, głęboki oddech, jeden, drugi i trzeci. Patrzę w mój telefon i na 610 zł na minusie. Miałam wydawać maksymalnie 600 zł w 30 dni. Takie podjęłam wyzwanie. A tu w ciągu 22 dni mam minus w wysokości 610 zł. Niefajnie i nieciekawie, ale nie robię sobie dużych pretensji. Poprawię się. Widzę dokładnie czarno na białym gdzie uciekły mi spore kwoty, gdzie zadziałało lenistwo, gdzie zgubiła mnie pokusa i łatwy dostęp do pieniędzy. Znowu nauczyłam się czegoś o sobie w różnych sytuacjach. Wyciągnęłam wnioski i dostrzegłam jak małe i drobne kwoty zmieniają się w duże sumy rozwalające budżet. 


Wydatki na koty styczeń-luty 2018


Tak, jak obiecałam, publikuję zestawienie wydatków na moje 4 koty. Zestawienie to obejmuje wszystkie wydatki poniesione od początku 2018 roku. 


Zamówienie nr 1:
Schmusy Nature Balance 36 x 100 g 51,20 zł
Felix Junior 96 x 100 g 105,60 zł
- rabat 

152,08 zł 

Zamówienie nr 2:

Felix Junior 48x 100 g  52,80 zł 
Żwirek Tigerino 2x14 kg 44,80 zł 
- rabat 

94,86 zł 

Zamówienie nr 3:

Catz Finefood 18 x 200 g 80, 40 zł 
O'canis 18x200 g 98,40 zł 
- rabat

173,44 zł

Zamówienie nr 4

Felix Junior 144 x 100 gr 
- rabat 

149 zł 

Zamówienie nr 5 
Applaws 7,5 kg karma sucha 113,91 zł 


Zamówienia nr 1-4 pochodzą ze sklepu zooplus.pl a zamówienie nr 5 z telekarma.pl. Zdecydowałam się na zakup karmy suchej w innym sklepie internetowym z powodu różnicy w cenie. W zooplusie kosztuje obecnie 145 zl. Ja kupiłam ją ponad 30 zł taniej. A 30 zł to ogromna oszczędność.

Ponownie zmagazynowałam naprawdę sporo kociego jedzenia, wydaje mi się wręcz, że to jakiś sposób odreagowania ucinania wydatków w pozostałych kategoriach. To magazynowanie to zdecydowanie kwestia do poprawienia i pracy nad sobą, bo plan zakładał 240 zł/msc, czyli budżet na styczeń-luty to 480 zł. A wydałam... 683,29 zł. 
Dużo za dużo wobec założonego planu, że wydaję 240 zł/msc i nie magazynuję. Mam w tej kategorii wewnętrzny konflikt - kupować, kiedy trzeba czy kupować kiedy tanie i robić zapasy? Sytuacja wygląda tak, że przecież suchą karmę i tak muszę kupić w marcu. Pytanie czy kupić wcześniej i dużo taniej, czy jak zostanie niewiele i wydać więcej, bo gwarancji, że za 3 tygodnie będzie promocja nie mam żadnej. 


Dlaczego nie płacę gotówką


Od wielu miesięcy przeglądam blogi finansowe oraz wątki na forach związanych z finansami i niezmiennie w każdym niemal miejscu przejawia się ta sama porada - płać gotówką.  
Niezmienne w tym wszystkim jest również moje zdziwienie, bo gotówka jako taka kojarzy mi się, szumnie nazywając, z poprzednią epoką i ludźmi z innego pokolenia. Nie jest to żaden przytyk, ani krytyka, po prostu najzwyczajniej w świecie uważam, że ludziom przyzwyczajonym do płacenia gotówką łatwiej jest nią operować. Ludziom młodym z ciągłym dostępem do smartfona, aplikacji bankowych, możliwością na każdym kroku zalogowania się do swojego banku i sprawdzenia historii konta, gotówka jako taka nie ułatwia życia w ogóle. Jak potem przypomnieć sobie gdzie trafiło 3 złote, którego nie ma nigdzie w portfelu? 

Płacenie gotówką bardziej boli 
Możliwe, że tak, ale mnie nie boli wcale. Codziennie przez moje ręce przechodzą dziesiątki tysięcy złotych i potem takie 100 zł w ręce, nie ważne czy moje czy nie moje, nie robi na mnie żadnego, absolutnie żadnego wrażenia. Środek płatności, tyle. Dużo większe wrażenie robi na mniejsza wartość pieniężna widoczna przy stanie konta po zalogowaniu do bankowości internetowej. 

Gotówka jest obrzydliwa
Podstawowy i pierwotny powód, dla którego przestałam płacić banknotami i monetami, a wybrałam pieniądz wirtualny - pieniądze mnie obrzydzają. Są brudne, wstrętne, miały je w rękawach najdziwniejsze persony, nie da się ich wyczyścić, a po zaledwie kilku godzinach przy kasie moje ręce są niemal czarne i okropnie pachną. Nie ma żadnej siły na świecie, która spowodowałaby, że w czasie wolnym od pracy świadomie zdecydowałabym się na płacenie gotówką. Żadnej.

Niewygoda
Wszelkie te pytania przy kasie - ma pani drobniej? Ma pani 20 groszy? Będzie ta końcówka? Sama mam okazje je zadawać i wiem, że mało jest ludzi, którzy wykazują chęć pogrzebania w kieszeni/portfelu i poszukania drobnych. Czasem też po prostu przychodzą celowo z banknotami o nominale 100/200 a nawet 500 zł, żeby sobie rozmienić, bo czemu by nie? Ludzkie prawo, ale nie przepadam za całą tą okołokasową otoczką ze zgodnymi, drobnymi, rozmienianiem itp. 

Muszę być bardziej skupiona
Żeby dobrze odliczyć należność i przeliczyć resztę. Nie przepadam za tym. Wolę sprawdzić zgodność kwoty na terminalu z wysokością należności na kasie, przyłożyć kartę i gotowe.

Nie lubię kiedy inni widzą ile mam pieniędzy w portfelu
Wyjdę na paranoika, ale wiedza innych na temat zawartości mojego portfela jest mi nie w smak. Wiadomo - są i tacy, którzy w portfelu noszą na luzie 12 tysięcy złotych, znam takich osobiście, ale wiem też, że dla nich te 12 tysięcy to strata jak 12 złotych dla mnie. Odczuwalne, ale nie rozwali budżetu. Mimo to nie chcę, żeby inni widzieli co ja tam mam, bo jestem małą i drobną kobietką i niezwykle łatwo pozbawić mnie torebki/portfela. 

Nieważne czym płacisz, ważne czy kontrolujesz swoje wydatki 
To moja stała myśl, kiedy widzę te porady o gotówce. Porada sama w sobie neutralna, ani dobra, ani zła. Mam jednak wrażenie, że stała się ogólnikiem powtarzanym zbyt często i bez zagłębiania się w temat, bo tak jak wspomniałam na początku - wszystko zależy od człowieka. Mojej babci sto razy łatwiej byłoby panować nad wydatkami wracając do gotówki niż dalej płacąc kartą, bo to jej nawyk. Płaciła tak przez większość swojego życia, zna to doskonale i odnajduje się w tym jak nikt. Dla mnie? Czarna magia, bo od kiedy mam pierwsze pieniądze płacę kartą. Paradoksalnie najwięcej moich długów pojawiło się w okresie, kiedy postanowiłam, że zacznę płacić gotówką. Nagle pojawił się problem zgubionego/ niezabranego paragonu, jakiś napiwek, jakieś reszty nie trzeba a po kilku tygodniach dziura w mózgu gdzie, kiedy, na co wydałam, komu co dałam. Do tej pory nie mogę przypomnieć sobie gdzie wyparowało grubo ponad kilkaset złotych z poprzedniego roku, a i nie mam pewności czy to na pewno kilkaset złotych czy może już kwoty w tysiącach, bo sprawdziłam ile zarobiłam, sprawdziłam ile wydałam kartą i gdzieś umknęły mi naprawdę spore kwoty, które na koncie beztrosko wiszą sobie jako gotówka. 


Moje wydatki 9.02-17.02

Ostatnie kilka dni obfitowało w wydatki. Część była potrzebna, część wydatków wynikała z mojego lenistwa lub uwielbienia do dobrego pieczywa. Musicie wiedzieć, że kiedy tylko wejdę do piekarni, w której można dostać prawdziwe bułki a nie te głęboko mrożone, to kompletnie przepadam. Kocham dobre pieczywo i nie potrafię odmówić sobie pysznych ziarnistych i jeszcze cieplutkich bułeczek albo pysznego żytniego chleba. Na co dzień zadowalam się zwykłym białym i mam się dobrze, ale kiedy przestąpię próg piekarni.... Żadna bułka nie ukryje się przede mną ;) Niestety dobre pieczywo pociąga za sobą koszty, a pieczenie ciągle nie ciągnie mnie na tyle, żeby zająć się własnym wypiekiem bułek i chleba. Chyba za mały popyt wśród domowników ;)

W ciągu ostatnich 8 dni wydałam naprawdę sporo, co możecie zobaczyć poniżej.

Transport, czyli bilety do pracy 25 zł. Wydałabym więcej, ale sporą część kupiła mi babcia, bo akurat była obok kiosku. Bardzo miło z jej strony. 

Praca, czyli zakupy w czasie pracy kosztowały mnie... 12,49 zł, +6,48 + 8,40 + 20 zł wydane na kawę. Razem wydałam w tej kategorii 47,37 zł, z czego 20 zł wydane na kawę pochodziło z napiwków, więc w sumie to nic na nią nie wydałam z własnych ;). Ta piekarnia obok to moje nowe uzależnienie, ale postanowiłam, że w lutym nie będę już do niej zaglądać, bo obiecałam sobie kanapki do pracy, a kończy się tym, że kupuję pyszne bułeczki albo chlebek, potem idę do żabki po jakiś serek do smarowania i przepadam. 

Słodycze, czyli coś z czym walczę, ale wybitnie nieskutecznie pochłonęły z mojego budżetu 9,56 zł. 

Czas wolny - ogólny worek sytuacji typu wyjście na piwo, wypad na kolację z partnerem, koncert to na chwilę obecną 31 zł. 

109 zł pochłonął zakup żarówek energooszczędnych oraz chemii do domu. To jest ten mój udział w utrzymaniu domu, o którym kiedyś pisałam. 

Na zakupy spożywcze do domu wydałam 52,78 zł. Kupiłam m. in. paprykę, serek do sałatek, oliwki, sporo owoców do smoothie, warzywa na patelnie (za dużo na to wydaję), sos do makaronu w słoiku, bo od wieków nie jadłam, trochę suszonych moreli, gotową kanapkę za 3 zł, bo byłam ciekawa czy w ogóle są dobre, twaróg. 

Ostatnie 8 dni pochłonęło mi z konta.... 274,71 zł. Bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że tak naprawdę nic wielkiego nie kupiłam. 

Moja aplikacja podpowiada mi, że od początku lutego wydałam na wydatki bieżące 435 z groszami, co oznacza, że na najbliższe 11 dni mam 165 zł. 

Moje wydatki 1.02-8.02



Po styczniowych zawirowaniach powróciłam do skrupulatnego spisywania wszystkich wydatków, bo tylko to pomaga mi opanować swoje finanse. Jak na chwilę się rozkojarzę z wydatkami, to niezwykle ciężko dojść mi potem do ładu z tym gdzie i na co wydałam. 


Wydatki z 1 lutego znajdziecie w tym pościeA kosztowały mnie one.... 66,39 zł.
2 lutego nie wydałam nic, co bardzo mnie cieszy. 
3 lutego kosztował mnie: 8,26 zł za dwa serki danio kupione na szybko na śniadanie w pracy i dwa energetyki. Nie lubię sytuacji, gdy nagle ściąga się mnie do pracy i rano muszę wydać z tej okazji trochę pieniędzy, bo albo jest to kolejny długi dzień w pracy i na samej kawie nie dam rady. Albo w lodówce nie znajduję niczego sensownego na kanapki. Musicie wiedzieć, że w kwestii zakupów na kanapki do pracy kompletnie leżę. Prowadzę bardzo nieregularny tryb życia, z pracy mam daleko do sklepów i w efekcie zakupy robię od przypadku do przypadku i nigdy nie potrafię ocenić ile mam kupić tego jedzenia do kolejnych zakupów. Efekt jest taki, że albo w lodówce mam potem za mało, albo za dużo i wyrzucam. Ogólnie nieciekawa sytuacja. Oprócz serków i energetyków kupiłam również makaron, koncentrat, cukier i przyprawy za 11,76 zł oraz dorzuciłam 5 zł do kasy, bo się pomyliłam.

W ciągu kolejnych 5 dni moje konto wzbogaciło się o 1860 zł wypłaty z czego 360 zł od razu powędrowało na nadpłatę kredytu. Dokładnie tak jak to sobie postanowiłam kilka tygodni temu - wszystko ponad 1500 zł wędruje na nadpłatę. Jeśli chodzi o ubytki to - 11,40 zł na minusie z tytułu zakupu biletów. 26 zł zakupy spożywcze - ryba, sałatka, serki homogenizowane, jabłka, czipsy (tak, wiem, puste kalorie i zbędny wydatek). 20 zł dorzucone do pracowej kasetki na wypadek ewentualnego manka, żebym nie musiała biegać do bankomatu w razie braku kilku złotych. Ponadto 7 zł wydane na jogurt naturalny i czekoladki, bo dopadło mnie cukrowe ssanie i nie mogłam wytrzymać bez słodkiego. Znacie jakieś sposoby na ograniczenie spożycia cukru? Przydałoby mi się, bo na słodycze w ostatnich kilku dniach wydałam wszystkie zaskórniaki z konta w innym banku założonego dla pewnej promocji. Jakiś niedobór kaloryczny mam czy co. Nie wiem. Nie znam się na odżywianiu kompletnie.

Z innych wydatków, które jeszcze mi się nasuwają to 2,50 zł za wypłatę z bankomatu. Jakoś tak nie mogłam skojarzyć czy w tym bankomacie wypłacę pieniądze z prowizją czy bez prowizji. Okazało się, że z prowizją.

Sumując te wszystkie wydatki oraz 49 zł opłaty za internet mamy minus w wysokości.... 49 zł + 360 zł + 158, 31 zł na wydatki tzw. codzienne...  567,31 zł wydane w 8 dni.

Opłaty stałe i nadpłaty kredytu to dla mnie ta część budżetu, której nie analizuję zbyt wnikliwe. Opłaty mam jakie mam, póki co nie ma jak na nie podziałać. Nadpłaty to mój wybór. Manewrować mogę moimi codziennymi wydatkami. 158,31 zł na 8 dni daje średnio 19,41 zł na dzień i 441,69 zł na resztę miesiąca.

Muszę Wam się przyznać, że najwięcej wydaję na głupoty i pierdoły typu baton, czekolada, słonecznik, kiedy siedzę pod rząd w pracy przez kilka dni (więcej niż pięć dni) i mocno rozregulowuje mi to odżywianie, spanie i cały rytm życia. Nie wiem od czego dokładnie to zależy, może od zmęczenia, ale łapię się na większej ochocie na słodycze i inne przekąski.



Moje wydatki z 1 lutego



Optymistyczny luty zaczęłam zakupami. A dokładniej to pracą, a dopiero po pracy wyruszyłam na zakupy, bo na liście do kupienia miałam kilka rzeczy. Te kilka rzeczy, mieszczące się swobodnie w jednej materiałowej reklamówce kosztowały mnie.... 66,39 zł. Całkiem sporo jak na moje założenie 600 zł na 30 dni. Ponad 10% całego budżetu za jednym razem. A co takiego kupiłam? Same burżujstwa ;)


5,79 zł - ibuprom, bo nadal walczę z przeziębieniem. Przydałoby mi się wyleżeć w łóżku, ale cóż... Urlopu nikt mi nie chce dać, bo braki kadrowe ;)

2,99 zł - kanapka kupiona z powodu iście wilczego głodu. Ostatnie godziny pracy były dla mnie tak dramatyczne, że jeszcze trochę a zaczęłabym patrzyć na klientów jak na mięso. Na taki głód nie pomoże żadne danio czy inne coś. Dopadłam więc kanapkę, bo gdybym taka głodna poszła na zakupy to pewnie skończyłabym z jeszcze większym długiem na koncie ;) A skoro wspomniałam o serkach danio to...

2,90 zł - dwa serki danio. Uwielbiam je....

5,99 zł - morele suszone, czyli burżujstwo z mojej listy. Burżujstwo z gwiazdką opisane komentarzem kupić, jeśli będą w promocji. I akurat były. Przyznaję się - nigdy nie jadłam suszonych moreli. Naprawdę. Kupiłam je na spróbowanie. Calutkie 100 gram. Głównie z powodu dużej zawartości żelaza, którego bardzo mi brakuje, co dobitnie pokazały wyniki badań. 

6,99 zł - mak. Kupiony z tego samego powodu, co suszone morele - duża ilość żelaza. 

3,49 zł - warzywa na patelnię

2,75 zł - ogórki do sałatki

2,92 zł - jabłka do smoothie 

0,67 zł - burak do smoothie

1,92 zł - papryka do sałatki

29,98 zł - chusteczki do prania pochłaniające zanieczyszczenia i kolor. Innymi słowy mój wkład w utrzymanie domostwa. Mamy z rodzinką taki deal, że nie dokładam się do rachunków a w zamian za to kupuję do domu różne rzeczy. Najczęściej jest to chemia typu dzisiejsze chusteczki, proszek do prania, zapasy kosmetyków itp. itd.  


Im dłużej patrzę na ten spis wydatków, tym bardziej zastanawiam się jak to się dzieje, że raptem kilka rzeczy może kosztować aż tyle kasy .