Wydatki maj cz. I



W poście o droższej połowie miesiąca pisałam o tym, że większa część moich wydatków kumuluje się między 1 a 13 dniem miesiąca. To wtedy z mojego konta wychodzą przelewy za raty kredytów, rachunki za telefon, internet i zakupy kociego jedzenia i/lub żwirku.

W tym miesiącu w ciągu pierwszych 10 dni wydałam już 945,50 zł, co stanowi 59 % kwoty przeznaczonej do wydania w maju - 1630 zł.

Na co przeznaczyłam te pieniądze?

415 zł poszło na raty
69 zł kosztował mnie internet + doładowanie karty dla kogoś z rodziny
86 zł poszło na rozrywkę - miałam zaplanowane na majówkę kilka spotkań z dawno niewidzianymi osobami
77 zł poszło na ubrania a dokładniej to 30 zł na uzupełnienie letniej garderoby o ubrania z lumpeksu oraz 47 zł na kilka par rajstop. Niezwykle przydatne o tej porze roku, kiedy rano jest za zimno na gołe nogi a wieczorem za gorąco na rajstopy ;) W ogóle zauważyłam, że od początku roku najwięcej w kategorii ubrania wydałam na takie bzdurki jak nowe wkładki do butów, cieńsze rajstopy na wiosnę. Niby takie pomijalne rzeczy a naprawdę potrafią zsumować się do sporych kwot.
75 zł doładowanie karty miejskiej, żebym mogła swobodnie kupować bilety kiedy potrzebuję, a nie latać specjalnie po gotówkę i szukać w osiedlowych sklepikach potrzebnych biletów. Nie sprzedają ich wszędzie, ale za to wszędzie za gotówkę, co dla mnie jako osoby niepłacącej gotówką jest bardzo frustrujące.
57 zł kosztowało mnie uzupełnienie kosmetyki o dezodoranty, maseczki, nową szczoteczkę do zębów, gumki do włosów 
47 zł wydałam na zakupy spożywcze - przerzuciłam się na przygotowywanie większej ilości rzeczy w domu oraz robienie w domu śniadania do pracy
46,50 zł wydałam na słodycze, napoje, przekąski w tym pyszny sernik za 20 zł, ale była okazja, więc staram się nie tragizować. 
37 zł jedzenie na mieście
26 zł wydatki na jedzenie w pracy w tym 15,95 na kupione śniadanie
10 zł na mokrą karmę dla kotów. Tym razem w sklepie stacjonarnym a nie internetowym. 


Stan środków na koncie bankowym na chwilę obecną to: 641,30 zł. 
Niewiele biorąc pod uwagę, że ma mi to wystarczyć do 31.05. a w planach mam jeszcze zapłatę za rachunek telefoniczny i ratę za telefon (80 zł), zakup lekarstw za 70-80 zł, badanie lekarskie za 100 zł, co daje jakieś 19 zł na wydatki bieżące na dzień do końca miesiąca. Niewiele. Bardzo niewiele. 

Czekam na moment, w którym pozbędę się wszystkich moich rat, kredytów i zobowiązań, bo cały czas brakuje mi tych kilku stówek, które ładuję w raty. Niepotrzebnie tak bardzo obciążyłam swój budżet, ale cóż. Głupia jestem.

Stan oszczędności: 1600 zł. 


Śniadanie zrobione vs. kupione


Kilka dni temu ściągnięto mnie nagle do pracy na 12 godzin. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że fizycznie dam radę, bo zawsze daję. Problemem stało się śniadanie. O pracy dowiedziałam się późno, rano nie miałam czasu na buszowanie w kuchni a i zawartość lodówki była, delikatnie mówiąc, bardzo uboga. Ot resztka płatków i mleka, które wystarczy akurat na śniadanie. Śniadanie w domu, bo na to w pracy nie wystarczy. Nie mówiąc już nawet o pozostałych owocach czy chociaż jakimś owocu. Czcze marzenia. Odsuwając marzenia i fantazje na bok postanowiłam skupić się na rzeczywistości i trafiłam do żabki. Żabka to prawdziwy luksus na trasie pełnej jedynie monopolowych z najróżniejszym asortymentem z wyjątkiem spożywczego. No może znalazłyby się jakieś czipsy, ale litości, mówimy o wałówce na cały dzień. Szybki rekonesans między półkami i wylądowałam obok lodówki z kanapkami. Nie wiem kto i kiedy wpadł na pomysł, żeby w żabkach sprzedawać kanapki, ale był to strzał w dziesiątkę. Kupiłam kanapkę z szynką, kanapkę z jajkiem i tosta z kurczakiem, sałatą i jakimś sosem. Tego ostatniego próbowałam sobie odmówić, ale moja słaba wolna przegrała z głodem. Cóż zrobić... Wzięłam jeszcze dwie paczki paluszków. 

Cena za wszystko 15,95 zł. 

??!?!?!?!?!?

Chciałam napisać coś, że kwota jest kosmiczna i astronomiczna, ale myślę, że sami dacie mi o tym znać w komentarzach.


Zabolało mnie to naprawdę bardzo i poczułam się mocno rozczarowana wspomnieniami ile razy bez przyczyny w postaci nagłego ściągnięcia do pracy kupowałam sobie podobne śniadanka, bo nie chciało mi się poświęcić chwili na zrobienie go w domu. Postanowiłam sama przed sobą, że przyłożę się do wyżerki do pracy, żeby tego typu kosmiczne i astronomiczne śniadanka ograniczyć do minimum i sytuacji naprawdę podbramkowych. Lenistwo jest drogie. Za drogie jak na moje możliwości. 

Nie chciałam zestawiać plebejskich kanapek z żabki z plebejskimi kanapkami z domu, bo to żadne porównanie. Wiadomo, że te z domu będą tańsze, ale nie na tyle wspaniałe, żeby od razu olewać dla nich żabkowe gotowce. Dla mnie porównywanie jednej kanapki do drugiej i bazowanie tylko na cenie to za mało. Trzeba mi więcej. Dużo więcej, dlatego też zafundowałam sobie do pracy coś naprawdę niesamowitego - sałatkę z kaszą pęczak. 

Składniki kupione od podstaw w dniu zrobienia:

* opakowanie pęczaku 4x100 g
* natka pietruszki
* słonecznik 200 g
* pomidor
* dwa ogórki gruntowe
* słoik krojonych oliwek (nie mam cierpliwości do wyławiania po jednej i krojenia na paski)
* słoik krojonej papryki konserwowej (wytłumaczenie jak wyżej ;))
* jedna większa cebula

przyprawy - pieprz + sól

Pęczak gotujemy według zaleceń na opakowaniu. Natkę pietruszki szatkujemy. Słonecznik prażymy na patelni. Składniki krojone odsączamy, składniki niekrojone kroimy, studzimy pęczak, mieszamy wszystko, przyprawiamy i GOTOWE. Cena za wszystko + 2 jabłka: 19,70 zł. Mnie starcza to na dwa dni jedzenia i podjadania w pracy, czyli +/- 10h. Wychodzi tego naprawdę dużo, jest aromatyczne i pyszne. Przeznaczyłam na dzień połowę tego wszystkiego, na drugi dzień resztę. Nie jadłam w te dni śniadania, po całym dniu z takimi pysznościami zjadłam jedynie malutką kolację. 

I to właśnie jest dla mnie ciekawa, pyszna, barwna i cudowna alternatywa dla gotowców ze sklepów. Nie inna kanapka, ale coś niecodziennego i bogatego w smak. Myślę, że spokojnie z powyższych składników wystarczyłoby mi jedzenia na 3 dni pracy, ale posmakowało mi tak bardzo, że zjadłam w dwa i marzyłam o dokładce. 

Tytułowe porównanie wychodzi na moim przykładzie następująco:

Śniadanie kupione na 1 dzień to 15,95 zł

Śniadanie zrobione na 1 dzień + owoc to 9,85 zł, a wyszłoby i mniej gdybym przygotowaną porcję podzieliła na trzy i zjadła śniadanie a nie szła na głodnego do pracy ;)

Odkrycie sałatek na bazie kaszy i tego jak dobrze smakują na zimno to mój najnowszy hit, który zamierzam dobrze wykorzystywać ;) To jest genialna alternatywa, która dodatkowo motywuje do poświęcenia chwili na przygotowanie lunch boxu zamiast chwili na wizytę w sklepie w drodze do pracy.