Codzienne zakupy spożywcze


Codzienne zakupy spożywcze to patent moich znajomych na oszczędzanie. Brzmi zapewne absurdalnie wobec nadsyłanych zewsząd porad typu rób duże zakupy raz na tydzień/dwa tygodnie/miesiąc, a potem dokupuj to, czego brakuje. Moi znajomi robią dokładnie odwrotnie. Codziennie kupują niemal wszystko od podstaw w ilości takiej, żeby wystarczyło na dzień dzisiejszy i ewentualnie jutrzejsze śniadanie. Niemal wszystko, bo zawsze mają przyprawy, wodę mineralną i lody w malutkiej zamrażalce. Lodówkę też mają bardzo malutką. Skąd się to w nich wzięło? Dlaczego postępują wbrew wszelkim finansowym poradom? Dlaczego nie magazynują jedzenia i nie kupują w promocji więcej? 

Ano nie lubią składować. Mają też malutką lodówkę i przez dłuższy czas mieszkali z rodzicami, którzy uwielbiali magazynować jedzenie i robić duże zakupy. Ogromna ich część marnowała się, lądowała w śmietniku, potem były kolejne zakupy i ciągłe narzekanie, że brakuje pieniędzy, a życie jest takie drogie. W ich przypadku było bardzo drogie, dlatego też znajomi postąpili zupełnie inaczej. A ja nie mogłam się powstrzymać i wypytałam ich o całą organizację spożywki i przede wszystkim o to, czy nie szkoda im czasu. Okazuje się, że bardziej szkoda im wyrzucanego jedzenia i jedzenia na siłę czegoś, co im zalega w lodówce od dawna, bo kupiło się i się nie zjadło, niż tych 10-15 minut na zakup tego, na co mają w danym dniu ochotę. I tym oto sposobem kupują dwie pietruszki, dwie marchewki, kawałek selera, 8 bułek, 15 dag szynki i 15 dag sera, dwa pomidory, jedną paprykę, ogórka, dwa skrzydełka, kilka ziemniaków, jedną cebulę, dwa jogurty, paczkę płatków, jeden filet z kurczaka. 

Znajomi mają o tyle wygodnie, że mieszkają w centrum miasta i sklepy mają wszędzie dookoła. Do wyboru do koloru. Codzienne zakupy pozwalają im nie marnować jedzenia, bo czy jedzą zupy czy drugie danie z sałatką - kupują dokładnie tyle, ile im trzeba. Zjadają, nic nie marnują i cieszą się tym, że jedzą to, na co mają ochotę. Starają się to robić jednak świadomie - nie kupują bardzo drogich rzeczy, a jak dzisiaj wydają nieco więcej, to jutro wydadzą nieco mniej. 

Zapytałam ich również czy nie szkoda im, że często przepadają im różne promocje. Usłyszałam, że promocje są codziennie, i w skali czasu to i tak się wyrównuje, bo czasem kupią coś drożej, a czasem taniej. I nie ma sensu za tymi promocjami gonić, bo po co ma to leżeć i się psuć w domu.

Ilekroć myślę o ich sposobie gromadzenia spożywki, widzę w tym wiele sensu i plusów. Jeśli nie mieszkamy na wsi/obrzeżach i nie mamy sklepów daleko, ba, mamy ich zatrzęsienie dookoła, to jaki sens jest w gromadzeniu jedzenia z tytułu promocji? Oczywiście rozmawiamy o modelu rodziny 2+0 z dwójką osób dorosłych, a nie o matce/ojcu z dzieckiem. Sama często łapię się na tym, że od taszczenia do domu ciężkich siatek i planowania posiłków wolę spontaniczny wypad do sklepu rano i zrobienie zakupów na dziś. Rozglądam się wtedy za promocjami, zastanawiam w drodze co bym zjadła, a jak jest pięknie to przed dotarciem do sklepu idę na spacer. 

Na przykładzie znajomych widzę, że podążanie za modelem wielkiej wypchanej po brzegi zapasami lodówki nie zawsze ma sens. Dwie osoby nie są w stanie przejść takie ilości. Często dochodzi kwestia tego, że wiele godzin spędzają poza domem i rozkład posiłków diametralnie się zmienia.

Za każdym razem, gdy widzę takie porady w stylu o robieniu zakupów raz na jakiś dłuższy czas, myślę sobie, że tego typu porady warto dostosować do osób, których problem dotyczy, a nie rzucać tym frazesem, jakby to było jedno jedyne właściwe rozwiązanie. Wydaje mi się ono właściwie, gdy ktoś ma dużo czasu na przygotowywanie posiłków albo regularny tryb pracy, który mu na to pozwala. W moim otoczeniu to rzadkość. Przeważają pary pracujące na różne zmiany, a czasem w równoważonym systemie 2 dni pracy/2 dni wolnego, a niektórzy pracują jak ja w trybie bliżej nieuporządkowanym. W przypadku takich osób ważne jest wypracowanie własnego systemu, który spełnia ich oczekiwania i potrzeby, a nie ślepe podążanie za schematami magazynowania i kupowania na zapas, bo promocja, bo się przyda, bo kiedyś się zje. Może i się zje, może wyrzuci. 

W moim przypadku najlepiej sprawdza się robienie zakupów na krótki okres czasu - dzień, max. dwa dni. Prowadzę nieregularny tryb życia, czasem w wolny dzień jestem ściągana do pracy, a czasem zamiast 3 dni siedzę w pracy tydzień. Chaos, mówię Wam chaos. Przy takim nieuporządkowaniu nie potrafię zaplanować jedzenia na ileś dni naprzód. Nie potrafię też przewidzieć na co będę mieć ochotę, a że gotuję głównie dla samej siebie dochodzi też kwestia lenistwa, bo dla siebie samej nie chce mi się stać nad garami dwóch godzin. Szkoda mi na to życia. Wolę zjeść sałatkę lub kanapkę niż bawić się w wymyślne drugie dania lub nawet w te proste drugie dania, które robię dla jednej osoby. Co prawda moim ostatnim hitem są zupy i staram się realizować w tej kwestii, ale to dalej nowe strony kuchni i poczytacie o tym innym razem ;)

Jak myślicie codzienne zakupy pozwalają na oszczędność pieniędzy czy raczej nie? Ważniejsze jest dla Was kupowanie odpowiedniej ilości jedzenia czy oszczędzenie czasu poświęcanego na zakupy? A może macie taką wprawę, że potraficie kupić odpowiednią ilość jedzenia na dłuższy czas, a przy tym marnowanie ograniczyć niemal do zera? 





Podsumowanie wydatków z czerwca



Czerwiec uszczuplił moje konto o 2300 zł. Złożyło się na to sporo czynników, w głównej jednak mierze spłata i nadpłata kredytów (750 zł z powyższej kwoty).  Jak widać cała reszta poszła na tzw. życie. Ciekawi na co przeznaczałam średnio 50 zł dziennie w ostatnich tygodniach?


W lipcu płacę gotówką!


Przejrzenie zestawień finansowych za ostatnie miesiące nieźle sprowadziło mnie na ziemię. Szczególnie czerwcowe, nad którym właśnie pracuję i które jasno pokazuje mi, że wydatki na jedzenie na mieście przekroczyły kwotę 200 zł. Niby mam na to wytłumaczenie w postaci pracy po 11h dziennie, co skutkuje totalnym lenistwem w kuchni, ale nie dajmy się zwariować. Nadal mam długi. Niemałe. A żyję co najmniej tak jakbym ich nie miała. 

Kilka ostatnich miesięcy z wydatkami na poziomie ponad 2 tys złotych miesięcznie to naprawdę dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie mam do opłacenia żadnych rachunków oprócz telefonicznego, za internet i rat kredytów. Pofolgowałam sobie w niektórych kategoriach bardzo i przyznaję szczerze, że zatarł mi się cel, dla którego założyłam tego bloga - jak najszybsza spłata zadłużenia. 

Prawda jest taka, że gdybym sumiennie przez kilka miesięcy podporządkowała swoje życie i wydatki wyzwaniu 30 dni za 600 zł to w chwili obecnej byłabym debt free. Może obsunęłoby się to przez marcowe zawirowania, ale jestem pewna, że teraz lub niedługo nie miałabym żadnych zobowiązań finansowych wobec banków, a nadal je mam. Co prawda mam też oszczędności, których nie chcę ruszać, ale mój główny zamysł umarł z czasem. A teraz postanowiłam wrócić do niego w nieco zmienionej formie. 

W lipcu miałam co prawda testować kupowanie kociego jedzenia w sklepach stacjonarnych na bieżąco w miarę jego ubywania i sprawdzenie jak to się przekłada na finanse, a raczej na stan mojego konta, bo jednak regularnie z niego ubywa w imię magazynowania. Wyzwanie postanowiłam jednak przełożyć na sierpień, a w lipcu wrócić do wyzwania 30 dni za 600 zł tym razem w wersji gotówkowej. Pewnie bym na to nie wpadła, bo wiecie, że jestem absolutnym przeciwnikiem płacenia gotówką i szczerze tego nie cierpię, jednak chcę przystopować z wydatkami, zahamować apetyt na wszystko dookoła i opanować wszelkie 'no to to na pewno mi się przyda!'. Nie przyda. Widzę to po półkach, na których zalegają te przydasie. Szczęśliwy traf spowodował, że w moje ręce wpadło równe 600 zł w gotówce. Miałam je wpłacić na konto, ale postanowiłam zachować i oto od 1 lipca płacę za wydatki bieżące, czyli jedzenie/rozrywkę/kosmetyki inne codzienne rzeczy tylko z tego. Karty zostają w domu. Schowane. Głęboko. I nie wyciągam. Nie potrzebuję. Wyjątkiem jest jedna sytuacja, kiedy to muszę zapłacić za leki, ale wtedy będzie szybki kurs - przelew 100 zł na kartę, kurs do apteki, powrót, karta na dno szafy. 

Nie ukrywam, że jestem ciekawa jak to będzie. W tym roku gotówki używałam zaledwie kila razy w czasie wolnym i zachwytu to we mnie nie wzbudza. Namacam się tego w pracy tyle, że po pracy to dla mnie wręcz odpychające, ale dla dobra oszczędności chyba warto, prawda?



Wydatki na koty w I połowie 2018 roku


Temat wydatków na koty jest nieodłącznym elementem mojego budżetu, ponieważ mam ich kilka i faktem jest, że takie stado czworonogów pożera naprawdę sporo pieniędzy. Uprzedzając wszelkich życzliwych, pozwolę sobie napisać, że nie żałuję żadnego wydanego na koty grosza i ba, wydałabym na nie jeszcze więcej, ale w chwili obecnej mają wszystko to, czego im trzeba. Czeka nas jeszcze wizyta u weterynarza, ale to załatwię podczas urlopu, ponieważ szczepienia, odrobaczenia i badania całej czwórki są czasochłonne i kosztują krocie. A całe stado trzeba odrobaczać i szczepić na raz. Na raty jest to bezsensowne. 

Poprzednie posty na temat wydatków na koty znajdziecie w odnośnikach poniżej:

Przypomnę również, że moim założeniem w kwestii kocich wydatków były wydatki na poziomie kwoty 240 zł/msc. Już teraz wiem, że raz mi się udawało a raz nie. W sumie w ciągu roku powinna wydać na moje koty maksymalnie 1440 zł. Kwota bliska minimalnej krajowej netto, czyli mój miesiąc pracy w poprzedniej epoce. Teraz zapewne łapiecie się za głowę ale uprzedzając podsumowanie wydatków z całego półrocza, więcej wydaję na rozrywkę i jedzenie na mieście. Pewnie bym o tym nie wiedziała, ale historia transakcji kartą nie kłamie, a że płacę tylko kartą... 

Wracając jednak do tej szokującej niejednego kwoty, chciałabym zwrócić uwagę, że są w naszym społeczeństwie osoby, i jest ich nawet całkiem sporo, które wydają podobne a czasem i większe kwoty na papierosy, alkohol, podróże, rower, siłownie, słodycze, cokolwiek innego i moim zdaniem wszystko z tymi wydatkami jest ok, do momentu aż tym osobom to nie przeszkadza. Albo nie brakuje im na jedzenie. Eksperci od finansów mają sztywne i schematyczne poglądy na to, który wydatek jest ok, a który trzeba wyeliminować w imię oszczędności, ale nie dajmy się zwariować z tym jedzeniem tylko w domu, spotkaniami tylko w domu, tanimi wakacjami i posiadaniem żadnych zwierząt, bo to koszty. W życiu ważne są też przyjemności i codzienne radości. Sami oceńmy co nam je daje i nie narzucajmy woli innym. 

Rewolucją w moich wydatkach na koty jest to, że w jednym z supermarketów znalazłam przypadkiem karmę o zawartości 55% mięsa w składzie. Radość niezmierzona. Taka karma w markecie? Bez jaj! Biorę. I wzięłam. O dziwo kociakom smakuje i miska po zjedzeniu lśni jak po umyciu, więc jak jestem to kupuję. 9 zł za 6 saszetek, czyli 1,5 zł za jedną. Dwa razy taniej niż ulubione felixy jednego z moich kotów i 55% mięsa zamiast 4% w tychże feliksach. Wybredny zadowolony nie jest. Jeszcze się przekonuje i zdecydowanie woli feliksy, ale liźnie trochę, czasem nawet zje pół jak go najdzie. No sukces. Swoją drogą zawsze kiedy patrzę na to z jakim uwielbieniem je ciągle te same feliksy myślę sobie - to musi być miłość. I to taka prawdziwa, aż po grób, bo gdyby feliksy nagle przestały istnieć to śmierć. Głodowa. Bo zawsze po chwili jedzenia Cosmy odmawia jedzenie i czeka na miłość, czyli Feliksy. Chyba napiszę do nich o moim kocie. Niech zostanie kotem z reklam. Piękny jest. A może i dali by tych feliksów na całą najbliższą dekadę albo chociaż rok.

Przez tę wspomnianą wyżej rewolucję są pewne nieścisłości, bo jednak karmę kupuję podczas zakupów spożywczych, a nie dam sobie ani ręki ani głowy uciąć, że zapisałam każdą jedną taką transakcję osobno. Na pewno gdzieś coś pominęłam, chociaż łudzę się, że jednak nie.


W poście tym znajdziecie też informację, że już na początku roku przegięłam z wydatkami i koty kosztowały mnie 683,29 zł zamiast planowanych 480 zł. 200 zł to jednak spora różnica.

W kwietniu koty kosztowały mnie równe 240 zł. Pewne bez kilku groszy albo zł, bo to info z aplikacji, więc zaokrąglone w górę. 

278 zł na kociaki przeznaczyłam w maju.

Marzec pozostaje zagadką ponieważ przez życiowe zawirowania nie miałam głowy do niczego w tamtym okresie, ale to się zaraz sprawdzi. Podobnie jak czerwiec. Uroki kupowania w jednym sklepie to raz, a dwa - od 1 maja znów spisuję wydatki w aplikacji. 

Mój ulubiony sklep internetowy zooplus. pl, który każdemu polecam, podpowiada mi, że wydatki na koty z marca wyniosły 288,88 zł w tym zapas żwirku, z którego korzystamy do dzisiaj i karmę suchą oraz mokrą. Czerwiec zaś obniżył stan mojego konta o 145 zł w tym trochę żwirku, bo w pierwszej połowie lipca nie będzie miał go kto odebrać w godzinach przyjazdu kuriera w głupio taszyć kilkadziesiąt kg żwirku skądś albo od kogoś. Przeżyłam to, nie polecam. Wykańcza. Podziwiam każdego kuriera. Naprawdę. 

W czerwcu nie planuję już żadnych zakupów dla kotów, bo mam kilkadziesiąt kilogramów żwirku i suchej karmy, a tak naprawdę blokuje mnie fakt, że przegięłam z wydatkami i zostało mi bardzo mało pieniędzy do wypłaty, ale o tym poczytacie pod koniec czerwca, chociaż mam opory czy publikować, bo mi zwyczajnie wstyd, że znowu popłynęłam.

Wydatki na koty za pierwszą połowę 2018 roku to... 1635,17 zł. Prawie 200 zł więcej niż planowane 1440 zł. Wychodzi z tego średnio 9,03 zł dziennie na koty i 2,25 zł na jednego kota. A miesięcznie zaś 273 zł. Myślę, że bez problemu zmieściłabym się w tych 240 zł, gdyby nie to moje składowanie, magazynowanie i chomikowanie kociej karmy i żwirku jakby jutra miało nie być.

Moim wyzwaniem w tej kwestii jest kupowanie w lipcu ukochanych (oczywiście przez wybrednego) feliksów w moim ulubionym markecie. Co prawda wychodzi to drożej, bo 4 feliksy kosztują 5,39 a w promocji 4,99 zł, czyli około 1,25-1,35 zł za saszetkę. A czasem nawet 5,99 zł... Podczas gdy przez internet płacę 1,15 zł za saszetkę.... Wiem, różnica śmieszna, ale kiedy kupuję się hurtem wychodzi sporo oszczędności, ale ale ale! Chcę sprawdzić ile będzie kosztowało mnie kocie jedzenie bez składowania takich jego ilości w ciągu miesiąca. Bo może wcale nie chodzi mi o oszczędność jako taką, ale o wygodę? Albo o ujście dla zakupoholizmu, bo jednak średnio co miesiąc wydaję prawie 300 zł na kocią karmę i żwirek, i mam coraz większy składzik. 



Jak zainwestować nadwyżkę pieniędzy?


Do napisania tego postu natchnęła mnie przypadkowo poznana osoba, z którą miałam okazję rozmawiać. Jakoś tak od słowa do słowa rozmowa zeszła na temat pieniędzy i inwestycji tej ich części, która nagle pojawiła się w naszym budżecie. Wiadomo, że absolutną podstawą jest oszczędzanie i spłata zadłużenia. Ta jednak osoba zwróciła mi uwagę na coś, co jest banalnie proste, możliwe zawsze i co kompletnie nie przyszło mi do głowy za co pluję sobie w brodę od tamtego czasu niemal co chwilę. Bo jak to w życiu bywa najprostsze sposoby są najlepsze i najczęściej nawet nie zwracamy na nie uwagi, aż do czasu gdy jakaś mądra głowa rzuci nam tym banałem w twarz z dumą, a nam szczęka do ziemi opadnie, bo jak to??? Ja na to nie wpadłam????

Jak odkryłam, że mam za dużo ubrań?



Stało się to zupełnie nie dawno. Rutynowe porządki w szafie z okazji przyjścia lata i wyczekiwanych temperatur bliskich 30 stopni. Ciepłe rzeczy powędrowały do pudeł i walizek, a cienkie zajęły ich miejsce na wieszakach i w komodzie. Niestety przy okazji odkryłam coś, co bardzo mnie zasmuciło. Część ubrań kompletnie przestała na mnie pasować. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przytyłam 10 kg przez siedzący tryb życia i cóż... Zupełnie tego nie zauważyłam, aż do momentu, gdy nie dopięłam się w ulubionej koszuli z 2016 roku, a obcisłe rurki z tego samego okresu nie pasują na mój tyłek. A raczej na uda, bo do tyłka to one nawet nie dotarły... Wstyd. Wiem. 

Początkowo pojawiło się wyparcie. Schowałam za małe rzeczy do szafy wraz z innymi wiosenno-letnimi i tak potykałam się o nie przez kilka ostatnich tygodni wzdychając i odsuwając od siebie myśl, że już na mnie nie pasują. Niedługo potem postanowiłam poświęcić popołudnie na przymiarkę wszystkiego, co mam w szafie, żeby objąć ogrom problemu i niestety, naocznie zobaczyłam ile z moich ubrań musi trafić do kogoś innego. Nie byłoby w tym może nic smutnego, gdyby nie to, że większość z tych ubrań to moje ulubione ubrania. Ulubione wizualnie i okazjonalnie, a dokładniej to takie ulubione-ulubione ubrania, które uwielbiamy, ale nie nosimy, żeby nie zniszczyć, aż się w końcu okazuje, że dupa i cycki tak urosły, że ulubione ubranie możemy wsadzić w worek i wynieść. Jest w tym coś paradoksalnie śmiesznego i wkurwiającego zarazem. Pochodziłam jeszcze kilka dni z ubraniowo złym nastrojem, wzięłam wdech i oto dzisiaj spakowałam  wszystko to, co za małe i wyniosłam dla innych. Niech mają i korzystają. KORZYSTAJĄ słowo klucz, bo mam wrażenie, że przez moje zbyt rzadkie korzystanie, spowodowane, nie inaczej, mnogością wyboru, nie mam okazji nacieszyć się większością moich ubrań. Schemat każdorazowo jest taki sam - ocham i acham w lumpeksie, przymierzam tą perełkę, kupuję, noszę i noszę, a potem trafiają się kolejne perełki i zwyczajnie nie jestem w stanie tego wszystkiego przenosić. 

Nie ukrywam, że jest to problematyczne, bo wciąż wzdycham do garderoby Carrie z Seksu w Wielkim Mieście i marzy mi się mnóstwo ubrań, a jednocześnie potykam się o myśli, że opisana wyżej sytuacja może się jeszcze nie raz powtórzyć - schudnę/przytyję na przestrzeni czasu i rzadko noszone, ale uwielbiane ubrania będę musiały powędrować gdzieś indziej, bo mam takie coś w sobie, że nie lubię składować tego, czego nie używam. Jak używam od czasu do czasu to jest ok, ale jeśli notorycznie patrzę na coś i wiem, że nie używam, to mnie to irytuję i muszę się tego pozbyć, bo rzeczy są do używania a nie zbierania kurzu. 

Do tego wszystkiego dochodzi również zmienność. Kiedy patrzę na ubrania kupione w 2016 roku już nie czuję tego zachwytu, który wzbudzały we mnie dwa lata temu. Uwielbiałam je, a teraz po prostu są i trafiły do pudełka mięczaka na czas, kiedy to będę zastanawiać się czy jest sens jeszcze je trzymać. Co prawda wyjściem z tej sytuacji wydaje mi się zakup prostej czarnej sukienki na ramiączkach, bo to z myślą o takiej kiecce nabyłam te ubrania, ale czarny przestał ostatnio być moim kolorem. Był nim przez lata a teraz lubimy się, ale nie identyfikujemy ze sobą kompletnie. 

Zabawne jest to, że zbyt duża ilość ubrań dociera do nas albo podczas przeprowadzek, albo podczas porannych poszukiwać, albo podczas walki z nagromadzonym przez tygodnie praniem, albo właśnie wtedy, kiedy plujemy sobie w brodę, że ulubione ubranie przysłoniły nam sterty innych ubrań i wybory innych rzeczy, a teraz po czasie po prostu na nas nie pasuje. 


L4 czy praca w chorobie?


Zaczęło się znienacka - silne uczucie chłodu i zimna, dreszcze, obfite poty, okrutny ból gardła podczas przełykania, ponad 38 stopni gorączki. Sięgnęłam po ibuprom. Dwie tabletki, potem kolejne dwie i jeszcze dwie. Poszłam do pracy na kilka godzin, bo już obiecałam, czułam się świetnie. Ibuprom zamaskował objawy i dał mi poczucie, że spokojnie przetrwam do jutra, wyleżę się i może pójdę do lekarza po antybiotyk. Zamaskował - słowo klucz. W nocy obudziły mnie dreszcze i poty, termometr wskazywał 39 stopni, a ja z trudem odliczałam czas do 8 rano - godziny rozpoczęcia rejestracji do lekarza. Dostałam się do lekarza nieco po 9, dowiedziałam, że mam poważne zapalenie będące powikłaniem po anginie. Fizycznie czułam się przecież dobrze. A może po prostu pędziłam tak bardzo, że nie zauważyłam, że coś jest nie tak? W końcu poprzednią anginę spędziłam w pracy. Zajadając na zmianę antybiotyki, leki przeciwbólowe i leki przeciwzapalne. I tak przechorowałam to wszystko pracując, bo obiecałam komuś pomoc. Lekarka wywracała na mnie oczami, ale przecież nie wypisze mi L4 na siłę, szczególnie, że skłamałam mówiąc, że kilka najbliższych dni mam wolne. Dzisiaj było już trochę inaczej. Bardziej ostro. Dosadnie usłyszałam, co lekarze myślą o osobach takich jak ja, które decydują się na pracę z ostrym zapaleniem mimo wysokiej gorączki. Nie sprzeciwiałam się, ba, nawet się z tym zgadzam. Po prostu z tyłu głowy mam to, że ktoś dostanie moje obowiązki, nadgodziny za mój brak i ograniczone wolne, bo praca musi być zrobiona, a nie wszyscy są. Gryzę się okrutnie, bo z jednej strony mam troskę o własne zdrowie, z drugiej zaś gryzie mnie sumienie, że ktoś będzie musiał pracować za mnie i mocno wpłynie to na jego życie i proporcje godzin pracy do czasu wolnego. W końcu za kilka dni koniec kwartału. Nieodebrane dni zastępstwa przepadają, w ich miejsce co prawda pojawiają się pieniądze za nadgodziny, ale to jednak piękne letnie dni, które nie wrócą.
Przewertowałam fora internetowe i okazuje się, że nie tylko ja mam takie dylematy. Sporo osób wybiera urlop zamiast L4 albo pracę w chorobie, mimo że mogą pozarażać innych. Zastanawiam się ciągle skąd w nas, skąd we mnie, takie opory, żeby zadbać o siebie. Odpocząć, odetchnąć, zatrzymać się i zregenerować. Wciąż myślę o innych, którzy przeze mnie będą mieć gorzej, a zapominam o tym, że pracuję z klientami, pracuję z pieniędzmi i wypadałoby być w jakiejś formie, żeby szło to sprawnie, zgodnie, nie było manka. Żebym przede wszystkim nie padła w tej pracy na pysk, bo i tak może się zdarzyć. Wykończony organizm w końcu upomni się o swoje. Nie da się ciągle żyć na 100 %, nie da się uszczęśliwić każdego i wiecznie iść na przód na pełnych obrotach. Kiedy w chorobie jest ten moment, że trzeba odpuścić pracę i powiedzieć - wiem, że jestem zawalona i przeze mnie zawaleni będą inni, ale od teraz dbam o swoje zdrowie, bo zdrowie mam jedno, a pracę zawsze gdzieś znajdę? Czy wybieranie L4 zamiast pracy w chorobie jest chamstwem w stosunku do innych pracowników czy zdrowym egoizmem? 
Za pójściem na L4 wiążę się również aspekt finansowy - zmniejszona pensja, zwiększone wydatki na lekarstwa, dodatkowe obciążenie budżetu. Sama kilka godzin temu wydałam w aptece kilkadziesiąt złotych, a i tak nie kupiłam wszystkiego. Z niektórych rzeczy zrezygnowałam, bo już je miałam i widzę, i wiem, że to tylko produkt zapisywany przez lekarzy jak leci każdemu po kolei. Są lepsze i tańsze odpowiedniki, trzeba się po prostu zorientować w temacie i kupić to, co faktycznie wspomoże antybiotykoterapię, a nie marketingowe polecacze. 

Niby zdrowie powinno być najważniejsze, a mimo to zamiast rzucać wszystko i chorować mamy same dylematy - aspekt finansowy, aspekt społeczny, bo jak tutaj nie podpaść innym idąc na L4 w nerwowym okresie, aspekty organizacyjny - problem z uzyskaniem urlopu po L4, bo szef złośliwy... Chciałabym móc z czystym sumieniem i spokojną głową iść na L4, gdy faktycznie tego potrzebuję a nie gryźć się i wyliczać czy warto czy nie warto. 



Podsumowanie wydatków za maj



Końcówka maja była dla mnie prawdziwym zaskoczeniem. Niespodziewanie otrzymałam od znajomego zwrot pieniędzy, które otrzymał ode mnie wiele miesięcy temu. Przez ostatnie miesiące próbował zaaklimatyzować się w nowym mieście i rozpocząć tam całkowicie samodzielne życie. Szło mu różnie dlatego też cierpliwie czekałam na zwrot pożyczonych mu pieniędzy, ale nie ukrywam, że miałam momenty, kiedy to byłam niemal pewna, że nigdy więcej ich nie zobaczę. 
A jednak! Dosłownie dzień po poprzednim poście otrzymałam na konto przelew z wielkim DZIĘKUJĘ w tytule oraz telefon z dłuuugą historią co tam u niego. Jeśli kiedykolwiek tak jak on rzucę wszystko i postanowię z dnia na dzień na spontanie wyprowadzić się do innego miejsca bez pracy i oszczędności to finalnie też chcę wykonać tak optymistyczny telefon. Prawdziwy happy end i mam nadzieję, że ta dobra passa będzie mu się ciągnęła jeszcze długo długo. Dobry facet zasługuje na dobre życie, prawda? ;) A i miłość pojawiła się w tle, także wszystko idealnie ;)

Wracając jednak do moich finansów to niespodziewane pieniądze pozwoliły mi zadbać o to na czym od pewnego czasu próbuję oszczędzać poprzez przekładanie na bliżej nieokreślone potem. Odkładanie na wieczne potem skończyło się jednak i oto w maju wzięłam urlop, żeby zadbać o swoje zdrowie i samopoczucie oraz zredukować stres. Wolny będzie ze mnie dumy, bo zrobiłam pakiet badań, odwiedziłam lekarzy, których miałam odwiedzić, sprawdziłam dokładnie wszelkie objawy i dolegliwości, które mi doskwierały i nawet zaczęłam jeździć na rowerze. Po raz pierwszy od kilku lat udało mi się nawet opalić i to na przełomie maja i czerwca. 

Luźny czas zaowocował co prawda wydatkami na poziomie 2900 zł za maj, ale kto bogatemu zabroni zainwestować w siebie? Każdemu się czasem należy a świadomość, że z moim ciałem wszystko już jest w porządku jest naprawdę bezcenna i warta wydanych pieniędzy. 

Na co wydałam te 2900 zł w maju?

610 zł poszło na najważniejsze - raty kredytu oraz nadpłaty. Chcę wreszcie pozbyć się tych wszystkich kredytów, bo ciągnie się to za mną i ciągnie... W każdym razie już bliżej niż dalej.

386 zł kosztowała mnie inwestycja w zdrowie. Było warto i wierzcie mi, że dla tego jak czuję się teraz wydałabym jeszcze więcej. Zdrowie jest najważniejsze. Bez zdrowie nie ma niczego. 

325 zł szeroko pojęta rozrywka, ale urlop rządzi się swoimi prawami. Przy okazji urlopu i ogólnie letniego czasu bardzo zachęcam Was do odświeżania znajomości z dawnych lat. Internet i możliwość napisania do ludzi w każdej chwili jakoś tak zepchnęła na dalszy plan chęć spotkań twarzą w twarz, bo przecież wiemy co tam u kogo. Nieprawda. Nie wiemy. Widzimy tylko wycinek a dopiero spotkanie na żywo pozwoli nam zobaczyć całokształt a nie tylko słowa wyrwane z kontekstu. Mnie na przykład udało się spędzić wiele czasu z babcią. Niby mamy kontakt, spotykamy się na obiadach, ale to jednak niewiele. Wspólne spacery, wypad do kina, spędzenie kilku dni razem pozwala nam na lepsze poznanie się, a nie dwie godzinki dla odhaczenia.

278 zł wydatki na zwierzaki. Bardzo blisko założonych 240 zł/msc

267 zł poszło na ubrania. Chyba po raz pierwszy w tym roku wydałam na ubrania aż taką kwotę. Wiem, że niektórzy wydają więcej na jedną parę butów albo spodni, ale ja jako osoba ubierająca się w lumpeksie widzę tę kwotę jako iście astronomiczną. Złożył się na nią zakup pasa do pończoch, rajstop, wspólne buszowanie po lumpeksach z babcią. Skutek? Babcia ma fury ubrań a ja świetną kurtkę dżinsową ; )

219 zł poszło na internet, abonament za telefon oraz doładowania dla babci, którą wreszcie przekonałam do używania telefonu. Lepiej późno niż wcale, a zadowolenie bezcenne!

199, 50 zł - jedzenie dom

175 zł - prezenty - dzień matki, urodziny, imieniny i kasa nie moja, ale na bliskich nie oszczędzam.

Słodycze, napoje i przekąski - w sezonie letnim to głównie woda, lody i okazjonalnie cola, a jednak kosztowało mnie to... 121 zł. No dobra... przyznaję się. Jest jeszcze w tym mój słonecznik, który po prostu uwielbiam skubać.

Jedzenie na mieście - 121 zł. Przyznaję się. W maju niemal mnie w domu nie było, a jeść trzeba.

Kosmetyki 87 zł. Kosmetyki są naprawdę drogie a wierzcie mi skupiam się niemal na samej pielęgnacji bez kolorówki. To smutne, że kupię raptem kilka rzeczy i jestem stówkę w plecy.

Bilety na autobus/tramwaj kupione na kilka najbliższych tygodni 75 zł.

Wydatki na jedzenie kupowane do pracy 36,50 zł.

Łącznie wydałam 2900 zł. Obecne oszczędności 1800 zł. 



Cały czas zastanawiam się jak obniżyć wydatki na kosmetyki. Jak to u Was wygląda? Co kupujecie? Macie jakieś oszczędne zamienniki? A może jakieś eko zamienniki?