Codzienne zakupy spożywcze


Codzienne zakupy spożywcze to patent moich znajomych na oszczędzanie. Brzmi zapewne absurdalnie wobec nadsyłanych zewsząd porad typu rób duże zakupy raz na tydzień/dwa tygodnie/miesiąc, a potem dokupuj to, czego brakuje. Moi znajomi robią dokładnie odwrotnie. Codziennie kupują niemal wszystko od podstaw w ilości takiej, żeby wystarczyło na dzień dzisiejszy i ewentualnie jutrzejsze śniadanie. Niemal wszystko, bo zawsze mają przyprawy, wodę mineralną i lody w malutkiej zamrażalce. Lodówkę też mają bardzo malutką. Skąd się to w nich wzięło? Dlaczego postępują wbrew wszelkim finansowym poradom? Dlaczego nie magazynują jedzenia i nie kupują w promocji więcej? 

Ano nie lubią składować. Mają też malutką lodówkę i przez dłuższy czas mieszkali z rodzicami, którzy uwielbiali magazynować jedzenie i robić duże zakupy. Ogromna ich część marnowała się, lądowała w śmietniku, potem były kolejne zakupy i ciągłe narzekanie, że brakuje pieniędzy, a życie jest takie drogie. W ich przypadku było bardzo drogie, dlatego też znajomi postąpili zupełnie inaczej. A ja nie mogłam się powstrzymać i wypytałam ich o całą organizację spożywki i przede wszystkim o to, czy nie szkoda im czasu. Okazuje się, że bardziej szkoda im wyrzucanego jedzenia i jedzenia na siłę czegoś, co im zalega w lodówce od dawna, bo kupiło się i się nie zjadło, niż tych 10-15 minut na zakup tego, na co mają w danym dniu ochotę. I tym oto sposobem kupują dwie pietruszki, dwie marchewki, kawałek selera, 8 bułek, 15 dag szynki i 15 dag sera, dwa pomidory, jedną paprykę, ogórka, dwa skrzydełka, kilka ziemniaków, jedną cebulę, dwa jogurty, paczkę płatków, jeden filet z kurczaka. 

Znajomi mają o tyle wygodnie, że mieszkają w centrum miasta i sklepy mają wszędzie dookoła. Do wyboru do koloru. Codzienne zakupy pozwalają im nie marnować jedzenia, bo czy jedzą zupy czy drugie danie z sałatką - kupują dokładnie tyle, ile im trzeba. Zjadają, nic nie marnują i cieszą się tym, że jedzą to, na co mają ochotę. Starają się to robić jednak świadomie - nie kupują bardzo drogich rzeczy, a jak dzisiaj wydają nieco więcej, to jutro wydadzą nieco mniej. 

Zapytałam ich również czy nie szkoda im, że często przepadają im różne promocje. Usłyszałam, że promocje są codziennie, i w skali czasu to i tak się wyrównuje, bo czasem kupią coś drożej, a czasem taniej. I nie ma sensu za tymi promocjami gonić, bo po co ma to leżeć i się psuć w domu.

Ilekroć myślę o ich sposobie gromadzenia spożywki, widzę w tym wiele sensu i plusów. Jeśli nie mieszkamy na wsi/obrzeżach i nie mamy sklepów daleko, ba, mamy ich zatrzęsienie dookoła, to jaki sens jest w gromadzeniu jedzenia z tytułu promocji? Oczywiście rozmawiamy o modelu rodziny 2+0 z dwójką osób dorosłych, a nie o matce/ojcu z dzieckiem. Sama często łapię się na tym, że od taszczenia do domu ciężkich siatek i planowania posiłków wolę spontaniczny wypad do sklepu rano i zrobienie zakupów na dziś. Rozglądam się wtedy za promocjami, zastanawiam w drodze co bym zjadła, a jak jest pięknie to przed dotarciem do sklepu idę na spacer. 

Na przykładzie znajomych widzę, że podążanie za modelem wielkiej wypchanej po brzegi zapasami lodówki nie zawsze ma sens. Dwie osoby nie są w stanie przejść takie ilości. Często dochodzi kwestia tego, że wiele godzin spędzają poza domem i rozkład posiłków diametralnie się zmienia.

Za każdym razem, gdy widzę takie porady w stylu o robieniu zakupów raz na jakiś dłuższy czas, myślę sobie, że tego typu porady warto dostosować do osób, których problem dotyczy, a nie rzucać tym frazesem, jakby to było jedno jedyne właściwe rozwiązanie. Wydaje mi się ono właściwie, gdy ktoś ma dużo czasu na przygotowywanie posiłków albo regularny tryb pracy, który mu na to pozwala. W moim otoczeniu to rzadkość. Przeważają pary pracujące na różne zmiany, a czasem w równoważonym systemie 2 dni pracy/2 dni wolnego, a niektórzy pracują jak ja w trybie bliżej nieuporządkowanym. W przypadku takich osób ważne jest wypracowanie własnego systemu, który spełnia ich oczekiwania i potrzeby, a nie ślepe podążanie za schematami magazynowania i kupowania na zapas, bo promocja, bo się przyda, bo kiedyś się zje. Może i się zje, może wyrzuci. 

W moim przypadku najlepiej sprawdza się robienie zakupów na krótki okres czasu - dzień, max. dwa dni. Prowadzę nieregularny tryb życia, czasem w wolny dzień jestem ściągana do pracy, a czasem zamiast 3 dni siedzę w pracy tydzień. Chaos, mówię Wam chaos. Przy takim nieuporządkowaniu nie potrafię zaplanować jedzenia na ileś dni naprzód. Nie potrafię też przewidzieć na co będę mieć ochotę, a że gotuję głównie dla samej siebie dochodzi też kwestia lenistwa, bo dla siebie samej nie chce mi się stać nad garami dwóch godzin. Szkoda mi na to życia. Wolę zjeść sałatkę lub kanapkę niż bawić się w wymyślne drugie dania lub nawet w te proste drugie dania, które robię dla jednej osoby. Co prawda moim ostatnim hitem są zupy i staram się realizować w tej kwestii, ale to dalej nowe strony kuchni i poczytacie o tym innym razem ;)

Jak myślicie codzienne zakupy pozwalają na oszczędność pieniędzy czy raczej nie? Ważniejsze jest dla Was kupowanie odpowiedniej ilości jedzenia czy oszczędzenie czasu poświęcanego na zakupy? A może macie taką wprawę, że potraficie kupić odpowiednią ilość jedzenia na dłuższy czas, a przy tym marnowanie ograniczyć niemal do zera? 





Komentarze

  1. Ja też nie lubię robić ogromnych zapasów (wyjątkiem jest woda w butelkach), ale z drugiej strony nie miałabym ochoty na robienie zakupów codziennie. I też raczej codziennie nie dałabym rady. Miałabym tego zwyczajnie dosyć. Osobiście chyba najbardziej sprawdza mi się robienie zakupów co 2-4 dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Codzienne zakupy latem bardzo spoko :D Słoneczko, spacerek i można kupić coś dobrego :D

      Usuń
  2. Krzysztof A.2 lipca 2018 09:41

    Jestem gdzieś pośrodku - robię zakupy co 3-4 dni, dzięki czemu nie poświęcam na nie zbyt dużo czasu, a z drugiej strony lodówka nie jest przepełniona. Jak zrobiłem zakupy na tydzień, to ciężko mi się było poruszać i to mimo tego, że w zasadzie były to zakupy dla jednej osoby. Fakt, że było tego dużo, bo w zasadzie nie kupuję gotowych posiłków, tylko przygotowuję sam, a z tytułu lata było dużo warzyw i owoców ;) Ostatecznie niemal nic się nie zmarnowało (poza jedną papryką, która chyba już w sklepie była nieświeża, ale tego nie zauważyłem), ale stwierdziłem, że jednak lepiej pójść dwa razy w tygodniu i mieć luźniej w lodówce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo zazdroszczę tego przygotowania posiłków od podstaw :-) chciałabym żeby u mnie takie jedzonko od podstaw było czymś więcej niż zupa i leczo. I przede wszystkim, żebym miała na to czas, bo znów mamy sezon urlopowy i znowu wyrabiam nadgodziny. Mnie takie zakupy na tydzień nieco ograniczają, bo mam takie poczucie, że muszę jeść, żeby to zjeść, bo tyle i tyle na to wydałam. A często zmienia mi się plan na cały tydzień i przy zakupach na tyle dni sporo mi się marnowalo.

      Usuń
    2. Krzysztof A.5 lipca 2018 10:09

      Staram się na codzienne gotowanie za dużo czasu nie poświęcać (mimo, że to lubię i pozwalają mi na to regularne godziny pracy, wiem że u Ciebie z tym drugim jest gorzej) - na ogół przygotowanie czterech posiłków zajmuje mi nie dłużej niż godzinę dziennie (nie liczę czasu na zmywanie i spożycie). Bardzo sobie cenię garnek do gotowania na parze - w 2-3 poziomowym garnku przygotowuje się cała potrawa i na ogół nie trzeba gotować dłużej niż 30 minut, a przy okazji zdrowo i smacznie wychodzi.

      Usuń
    3. Tym garnkiem to mnie zaciekawileś. Ma jakąś konkretną nazwę?

      Usuń
    4. Krzysztof A.9 lipca 2018 10:32

      Nie, po prostu wpisałem w Allegro hasło "garnek do gotowania na parze", posortowałem rosnąco po cenie i wybrałem najtańszy 3-poziomowy :) W okolicach 60zł można znaleźć najczęściej taki, który ma garnek i dwa koszyki, mi udało się kupić taki z trzema koszykami (a konkretnie ten, mam nadzieję że nie przeszkadza Ci wklejenie linku: https://allegro.pl/garnek-garnki-do-gotowania-na-parze-parowar-bohman-i7180562642.html) i cieszę się, że nie wziąłem jednak dwupoziomowego - pozwala to na przygotowanie większej porcji lub obiadu dla dwóch osób (o ile obie nie jedzą bardzo dużych porcji).

      Dla oszczędności czasu kluczowe jest wybranie warzyw, które nie wymagają długiego przygotowania przed gotowaniem, ideałem jest np. brokuł/kalafior, który trzeba tylko porozdzielać na mniejsze części, dalej np. marchewka/ziemniaki/bataty (obranie i pokrojenie w plasterki/słupki). Fasolka szparagowa jest nieco uciążliwa, bo najlepiej jest obciąć końcówki, co może być czasochłonne dopóki nie nabierzesz wprawy w obcinaniu kilku(nastu) strąków naraz. Żeby oszczędzić czas na przygotowaniu mięsa, najczęściej przyprawiam z góry większą porcję (np. 1kg) i przyprawione mrożę - wymaga to poświęcenia trochę więcej czasu jednego dnia, ale potem wyjmuję mięso z zamrażarki i tylko wrzucam do gotowania.

      Co do samego gotowania:
      - warzywa siłą rzeczy trudno będzie przyprawić, bo przyprawy nie będą się ich trzymać, wiec jeśli nie jesteś przyzwyczajona do smaku czystych warzyw to najlepiej wypróbuj najpierw u kogoś żeby sprawdzić czy Ci to odpowiada (aczkolwiek mnie np. pozytywnie zaskoczyło jak bardzo lubię niektóre warzywa, których przez długi czas mi się zdawało nie lubiłem, bo w wodzie zwyczajnie traciły smak i robiły się papkowate)
      - z przyprawianiem mięsa nie ma problemu i smakowo jest moim zdaniem porównywalne z pieczonym, ale w zasadzie nie da się przypalić ani przesuszyć
      - im dalej od wody tym niższa temperatura pary wodnej, więc na wyższych poziomach lepiej gotować rzeczy, które łatwiej się rozgotowują, na najniższy poziom zwykle wrzucam mięso (robiłem drób i ryby, nie próbowałem jeszcze gotowania wieprzowiny) i warzywa wymagające dłuższej obróbki (np. fasolkę szparagową).

      Usuń
    5. ja do gotowania na parze mam multicookera, ale to trochę droższa zabawka

      Usuń
  3. Muszę przyznać, że zainspirowałaś mnie tym postem. Do tej pory również optowałam za rozwiązaniem wielkie zakupy raz w tygodniu w przedziale 120-150 zł. I to się nawet sprawdzało jak pracowałam (2+0). Ale. Aktualnie jestem na urlopie macierzyńskim, więc siedzę w domu z dzieckiem. I tak zdarza się co najmniej raz w tygodniu, że robię dodatkowe zakupy (chleb, szynkę itp.) a wydaję 50-70 zł (wiadomix, że weźmie się coś spoza listy...)! Więc wychodzi prawie 200 zł na tydzień w modelu 2+1! Z czego dziecko aktualnie jest karmione piersią. Teraz mam dużo więcej czasu na gotowanie, a i spacery z potomkiem mogą uwzględniać zakupy spożywcze na bieżąco, może nie codziennie, ale co dwa/trzy dni?
    Muszę przetestować ten model - bardzo mi przypadł do gustu.
    Super, że o tym napisałaś :-)
    Pozdrawiam, Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem bardzo polecam :-) można przy okazji zakupów zaliczyć spacer i uzupełnić słońcem witaminę D ;-)

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)