W lipcu płacę gotówką!


Przejrzenie zestawień finansowych za ostatnie miesiące nieźle sprowadziło mnie na ziemię. Szczególnie czerwcowe, nad którym właśnie pracuję i które jasno pokazuje mi, że wydatki na jedzenie na mieście przekroczyły kwotę 200 zł. Niby mam na to wytłumaczenie w postaci pracy po 11h dziennie, co skutkuje totalnym lenistwem w kuchni, ale nie dajmy się zwariować. Nadal mam długi. Niemałe. A żyję co najmniej tak jakbym ich nie miała. 

Kilka ostatnich miesięcy z wydatkami na poziomie ponad 2 tys złotych miesięcznie to naprawdę dużo biorąc pod uwagę fakt, że nie mam do opłacenia żadnych rachunków oprócz telefonicznego, za internet i rat kredytów. Pofolgowałam sobie w niektórych kategoriach bardzo i przyznaję szczerze, że zatarł mi się cel, dla którego założyłam tego bloga - jak najszybsza spłata zadłużenia. 

Prawda jest taka, że gdybym sumiennie przez kilka miesięcy podporządkowała swoje życie i wydatki wyzwaniu 30 dni za 600 zł to w chwili obecnej byłabym debt free. Może obsunęłoby się to przez marcowe zawirowania, ale jestem pewna, że teraz lub niedługo nie miałabym żadnych zobowiązań finansowych wobec banków, a nadal je mam. Co prawda mam też oszczędności, których nie chcę ruszać, ale mój główny zamysł umarł z czasem. A teraz postanowiłam wrócić do niego w nieco zmienionej formie. 

W lipcu miałam co prawda testować kupowanie kociego jedzenia w sklepach stacjonarnych na bieżąco w miarę jego ubywania i sprawdzenie jak to się przekłada na finanse, a raczej na stan mojego konta, bo jednak regularnie z niego ubywa w imię magazynowania. Wyzwanie postanowiłam jednak przełożyć na sierpień, a w lipcu wrócić do wyzwania 30 dni za 600 zł tym razem w wersji gotówkowej. Pewnie bym na to nie wpadła, bo wiecie, że jestem absolutnym przeciwnikiem płacenia gotówką i szczerze tego nie cierpię, jednak chcę przystopować z wydatkami, zahamować apetyt na wszystko dookoła i opanować wszelkie 'no to to na pewno mi się przyda!'. Nie przyda. Widzę to po półkach, na których zalegają te przydasie. Szczęśliwy traf spowodował, że w moje ręce wpadło równe 600 zł w gotówce. Miałam je wpłacić na konto, ale postanowiłam zachować i oto od 1 lipca płacę za wydatki bieżące, czyli jedzenie/rozrywkę/kosmetyki inne codzienne rzeczy tylko z tego. Karty zostają w domu. Schowane. Głęboko. I nie wyciągam. Nie potrzebuję. Wyjątkiem jest jedna sytuacja, kiedy to muszę zapłacić za leki, ale wtedy będzie szybki kurs - przelew 100 zł na kartę, kurs do apteki, powrót, karta na dno szafy. 

Nie ukrywam, że jestem ciekawa jak to będzie. W tym roku gotówki używałam zaledwie kila razy w czasie wolnym i zachwytu to we mnie nie wzbudza. Namacam się tego w pracy tyle, że po pracy to dla mnie wręcz odpychające, ale dla dobra oszczędności chyba warto, prawda?



Komentarze

  1. Doskonale Ciebie rozumiem. Obecnie pracuję w supermarkecie. Wczoraj spędziłam 6godzin przy kasie, a w tym sklepie większość osób, ku mojemu zdziwieniu, płaci gotówką. Aż mnie zaczęła obrzydzać :) Zresztą gotówka jest po prostu niewygodna.
    W portfelu mam jedynie 16 groszy i bardzo chciałabym się ich pozbyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Gotówka jest obrzydliwa i naprawdę niewygodna, ale mimo to ciekawa jestem jak mi pójdzie z płaceniem nią na co dzień. Na pewno muszę się skupić, bo nie sprawdzę sobie potem w historii konta gdzie wydałam ;-)

      Usuń
    2. Za to mnie zainspirowałaś. Co prawda, gotówką płacić nie będę (bo nie chcę płacić za kartę płatniczą ;)), ale postanowiłam przez lipiec dokładnie spisywać wydatki na żywność, bo ja zawsze na początku miesiąca szaleje, a pod koniec "chleb z wodą" :D Muszę jakoś się ogarnąć i mieć mniej więcej stałe wydatki, niezależnie od tego, który to tydzień

      Usuń
    3. Na takie okazje zwykle mam pakiet w szafce i zamrażalce - ryż biały, ryż brązowy, kasza gryczana, kasza pęczak, warzywa na patelnie, kilka rodzajów mrożonych zup. Taki tam zapas na ciężki koniec miesiąca. Plus oczywiście mieszanka płatków owsianych, otręby różnego rodzaju, pestki dyni i słonecznika + jakieś tanie owoce + jogurt, albo jeszcze taniej mleko i spokojnie można przetrwać koniec miesiąca a pozostałe grosze wydać na jakiś owoc, żeby było zdrowiej ;) Zupy to mój ostatni hit w kategorii oszczędzania. Wrzucam co mam, jakieś udko albo skrzydełko albo bez mięsa jak nie mam ochoty, robi się samo, przyprawiam, jem. Jak mi wyjdzie za dużo to zamrażam i albo wykorzystuje jako podstawę sosu do makaronu albo bazę do gulaszu albo jem za jakiś czas.

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)