10 dni OFFLINE - internetowy detoks



Od dłuższego czasu myślałam o tym, żeby odciąć się na jakiś czas całkiem od internetu, aplikacji, stron www, komunikatorów, seriali, filmów i innych dobrodziejstw, które dają nam komputery i telefony mające LTE. Sporo czytałam o tym u innych, próbowałam to przełożyć na swoje życie i przyznam szczerze, że zwlekałam. Wyszukiwałam kolejnych argumentów dlaczego zacząć jutro, za tydzień za miesiąc. Widziałam same przeszkody, chociaż dostrzegałam również z plusy jakie mógłby mi dać internetowy detoks i kilka dni całkowicie offline. Zdawałam sobie też sprawę z tego, że od pewnego czasu idę przez życie z twarzą wpatrzoną w monitor. Otrzeźwienie nadeszło, kiedy kilka razy przyłapałam się podczas spotkania ze znajomym, przyjaciółką, rodziną a nawet ukochanym, na tym, że... sięgam do torebki, wyciągam telefon i odczytuje jakieś wiadomości. To naprawdę mnie zabolało, bo po pierwsze nie cierpię, kiedy mój rozmówca tak robi, a po drugie uświadomiłam sobie, że robię to mimo woli. I tu poczułam przerażenie. Mam tak paskudny nawyk? Mnie też to spotkało? Dołączyłam do grona tych osób, dla których spotkanie we dwoje oznacza spotkanie we troje, a nawet czworo, bo telefony są cały czas w użyciu dosłownie w każdej minucie i stanowią integralną część spotkania?

A może to już uzależnienie? 

Czy to możliwe, że jestem uzależniona? 

Uzależniona? 

W końcu zasypiam z telefonem w dłoni, co chwila odpisuję znajomym, wstaję i łapię za telefon, bo budzik, bo trzeba sprawdzić pogodę na dzisiaj, bo wiadomości, bo przesyłka, bo stan konta, bo jakieś piosenki na drogę do pracy albo na umilenie sprzątania...  I tak cały czas, aż do wieczora i w pracy też, w wolnych chwilach, i przy stole, i w kuchni sprawdzam przepisy... I jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się jak radzi sobie w życiu osoba, która ma jedną rękę to pomyśl, że ostatnio niemal każdy z nas robi coś tylko jedną ręką, bo w drugiej trzyma telefon. Chyba że sytuacja do tego zmusza to telefon do kieszeni, ale to z pewnością wyjątkowe sytuacje, w końcu trzeba być online, czytać, pisać, odbierać, sprawdzać, a potem jest to tak naturalne, że podróż w autobusie z rozładowanym telefonem wzbudza jakiś taki niepokój, no bo co tu robić bez muzyki...

Myślę, że bycie online na taką skalę jak teraz stało się u mnie już problemem, bo piętrzą mi się zaległości, ciągle za czymś gonię, robię wszystko na hura bez chwili wytchnienia, a jednocześnie daję radę być na bieżąco z całym moim internetowym światem. I zaczęłam szukać na to sposobu, ale nie do końca usatysfakcjonowały mnie odpowiedzi znalezione w internecie, bo jednak bycie offline podczas urlopu to nie jest wyjście. Jeszcze nie jestem takim internetowym freakiem, który najpierw wydaje kilka tysięcy na wyjazd, a potem spędza go z twarzą w telefonie. Jeszcze to słowo klucz, bo ile zajmie mi dojście do takiego stanu, jeśli niczego teraz nie zrobię? Teraz. Własnie teraz. Nie jutro, nie pojutrze, nie za miesiąc. Problem polega na tym, że rozpoczęcie bycia offline, czyli bez komunikatorów, bez fb, bez poczty, całkiem bez internetu w laptopie i w telefonie wymaga przygotowania. Osiągnęłam taki stan symbiozy z internetem, że nie mogę od tak w tym momencie przestać używać go w ogóle przez 10 dni. Chore to i ograniczające, ale kiedy kupuje się kocie jedzenie przez internet, płaci za jego pomocą wszelkie swoje i nie swoje rachunki to jest to kurwa zwyczajnie trudne, żeby krzyknąć jestem offline i rzucić tym wszystkim. Trzeba ogarnąć zobowiązania, załatwić wszelkie sprawy wymagające bycia online i kiedy mamy to wszystko już uporządkowane można zacząć. Zacząć znaczy określić od kiedy do kiedy offline, czy offline całkowicie czy może częściowo, chociaż dla mnie ograniczenie częściowe jest zwykłym oszustwem. 

W moim detoksie internetowym nie chodzi o to, żeby przesiąść się z jednego urządzenia na drugie, ale o to, żeby je całkowicie na te kilka dni wyeliminować i zobaczyć jak bardzo jestem przywiązana zarówno do mojego komputera jak i mojego telefonu. Ważne jest dla mnie to, aby robić to w warunkach codziennych, a nie wyjątkowych typu wyjazd/wakacje, bo to po prostu zastępowanie jednego zajęcia drugim. Ważnym jest dla mnie również to, aby w trakcie internetowego detoksu odciąć się również od seriali, filmów i muzyki. Wyrzuciłam więc wszystko, co zgromadziłam na telefonie i komputerze, bo jak wylogować się do życia, to wylogować się do życia na całego - odejść od monitora, zdjąć słuchawki i ich nie zakładać, telefon odłożyć na półkę. 

W internetowym detoksie i całym procesie wylogowania się do życia, żeby skupić się na codzienności i znów żyć swoim prawdziwym życiem, ważne jest odcięcie się od bodźców i usunięcie ich z otoczenia. W zależności od tego jak u Was z samodyscypliną możecie albo schować laptopa w szafce i wyłączyć internet w telefonie będąc pewnymi, że przez bite 10 dni nie wyjmiecie ani laptopa, ani nie włączycie internetu ALBO iść o krok dalej i tak jak ja zużyć transfer w telefonie szybciej, bo w 10 dni, a laptopa pozbyć się na ten czas przez oddanie go komuś zaufanemu. Można też oddać samą ładowarkę, jeśli oddanie laptopa wprawia Was w zakłopotanie. Mój laptop powędruje dzisiaj wieczorem do babci, którą aż rozpiera z radości, że może mi pomóc w takim wyzwaniu, bo żyć trzeba naprawdę a nie w komputerze... 

Nie ukrywam, że odczuwam lęk i niepokój, bo tak trochę głupio nie mieć kontaktu ze światem, a jednocześnie próbuję wytłumaczyć sobie, że to tylko internet. Dalej będę korzystać z telefonu bez transferu, więc można do mnie swobodnie dzwonić, smsować itp. Ludzie przecież nadal tak żyją i jest ich całkiem sporo - telefon jest ich źródłem kontaktu ze światem. Nie mają maila, fb, instagrama ani niczego innego w tym stylu i mają się dobrze. Ba, mają nawet znajomych, przyjaciół i wychodzą z domu bardzo często. A wydawać by się mogło, że bez internetu można co najwyżej leżeć i patrzeć w sufit...

Opiszę Wam 26 lipca jak mi poszło. Będę co prawda notować moje spostrzeżenia w notesie, czego dawno nie robiłam, ale myślę, że warto wyjść ze strefy komfortu i wiecznego online i spróbować żyć odrobinę inaczej. Tak dla własnego zdrowia psychicznego warto czasem odpocząć od informacji i stałego bycia w kontakcie. Podobno.... 







Moje wydatki z I połowy lipca



Lipiec mija mi pod znakiem płacenia gotówką. Nie zawsze jest to przyjemne, często rozmieniam swoje prywatne pieniądze w pracy, żeby podczas zakupów móc płacić mniej więcej zgodnymi. Sama na co dzień pracuję z gotówką i wiem jakie to irytujące, kiedy ktoś płaci za towar o cenie 5 zł banknotem 200 zł i jeszcze rzuca fochem, że śmiem niemieć wydać. Niestety dwa razy w miesiącu w czasie okołowypłatowym autentycznie nie mam czym wydawać, bo człowiek za człowiekiem przylatuje ze stówką i z absolutną pewnością, że ja to na pewno mam w dupie rozmieniarkę, więc to za problem. Ano spory. Bardzo spory, ale to doskonale rozumieją tylko osoby, które pracowały przy gotówce i obsłudze klienta. Po cichu liczę na to, że reszta ludzi też mniej lub bardziej rozumie to, że rozmieniarka nie jest częścią sprzedawcy, bo sprzedawca to nie inspektor gadżet, sorka. Wracając jednak do meritum - od 1 lipca płacę gotówką, założono kwota na te 31 dni to... 620 zł, czyli średnio 20 zł/dzień. Jak to ze średnimi bywa - czasem wydaję więcej, czasem mniej, a czasem wcale, bo staram się wydawać jak najmniej, a przynajmniej mniej niż wcześniej. 

Jeśli chodzi o wydatki dokonane za pomocą przelewów internetowych to:
Raty kredytów i nadpłaty: 840 zł
Zapas kociego jedzenia i żwirku: 319 zł
Rachunki: 130 zł
Wpłata na nextbike: 20 zł

Razem: 1309 zł

Płatności gotówką (zaokrąglone do 0,50 gr albo częściej do pełnych złotówek):

Spożywka: 136 zł
Wołowina dla kotów: 10 zł 
Rozrywka: 69 zł - dużo za dużo, dlatego też do końca lipca nie planuję już żadnych wypadów na piwo/pizze/jedzenie/cokolwiek. Nie wiem jak to się dzieje, ale każdy z moich wypadów ze znajomymi kończy się w barze na piwie...
Zdrowie: 60 zł
Praca: 44 zł - tutaj niestety wpadło ciasto, które kupiłam na firmową imprezę. Miałam upiec, ale nie starczyło mi czasu. 
Słodycze, napoje i przekąski: 33,50 zł - aktualnie głównie woda i soki
Jedzenie na mieście: 25 zł 
Prezenty: 22,50 zł
Kosmetyki: 10 zł 
Transport: 5 zł 

Razem: 415 zł (zostało do wydania w lipcu 205 zł)

Łącznie moje wydatki to 1724 zł. Ogromna część to kredyty oraz uzupełnienie zapasów kociej karmy o karmę mokrą, bo o ile suchej mam multum o tyle wszelkich saszetek i puszek mam niewiele. 


Trochę mam ciągoty, żeby iść kupić jakieś koszule, bo bardzo mi się ostatnio podobają, jednak zdecydowałam, że zaciskam pasa i pozbywam się kredytów, bo mam ich naprawdę dość. Za tyle ile ostatnio na nie wydałam miałabym genialne wakacje, a niestety siedzę w pracy i odliczam złotówki do końca tego kanału.  

Finansowe dylematy



W życiu każdej takiej osoby jak ja, czyli walczącej z długami, pojawiają się wątpliwości i dylematy. Zaczyna się od tego na czym oszczędzić, żeby mieć na kolejne raty. Pojawia się mniej lub bardziej dokładna analiza wydatków, być może nawet ich spisanie, a potem decyzja z czego zrezygnować. Zwykle jest to obcięcie kosztów na rozrywkę, ubrania, kosmetyki, wyjścia ze znajomymi i oczyszczanie diety z drogich i pełnych cukru przekąsek oraz napoi. I choć w teorii brzmi to sensownie i oznacza, że przez jakiś czas po prostu żyjemy skromniej, a towarzysko raczej jak pustelnik, to jednak w praktyce jest naprawdę ciężko.  

Zmiana nawyków, ciągłe powstrzymywanie się, analizy, pytania czy naprawdę tego potrzebuję, czy warto, o ile bliżej byłabym braku długów, gdybym nie kupiła tej bluzki/tej sukienki, itp. itd. Na początku zawsze jest dużo zapału, potem ten zapał jakby gaśnie, ustępuje miejsca nowym nawykom i wstrzemięźliwości, a niekiedy niestety oznacza frustrację, bo ile razy można tłumaczyć się innym ludziom, że nadal nie mam kasy i przez najbliższy czas to się raczej nie zmieni. No co Ty? Nie masz na jedno piwo? Można oczywiście wspierać samego siebie w postanowieniu szybszej spłaty długów myślami o tym, że to zmiana priorytetów, dbanie o bezpieczeństwo finansowe, dbanie o swoje życie i komfort, ale czasem po prostu ma się tego dość. Tak po prostu, po ludzku chce się tym rzucić w pizdu i jestem pewna, że nie zrozumie tego osoba, która długów nie miała. Te ciągłe wyrzeczenia i odmowy choćby obkupione najwyższym dobrem dają czasem w kość aż za bardzo. Życie jakby wtedy daje więcej okazji, więcej możliwości, a my dłużnicy jak takie zgorzkniałe staruchy stale jesteśmy na nie, nie i nie, i jeszcze raz nie. Aż w końcu czujemy się jak taki pustelnik, bo tu nie pójdę, tego nie zrobię, a to muszę zamienić na coś tańszego, docelowo bezpłatnego. Albo częściej wychodzić na koszt innych osób. Kto co lubi, przyjemnie nie jest. 

Mimo całej tej wyboistej drogi, którą pokonałam i której jeszcze sporo mi zostało, znalazłam się ponownie w miejscu, w którym debt free jest niemal nieopodal. Było tak już kilka miesięcy temu, kiedy od braku długów dzieliły mnie zaledwie trzy wypłaty, ale życie pokazało mi środkowy palec, sprowadziło do rodziny i codzienności chorobę, która pochłonęła wszystkie nasze oszczędności oraz wymogła kolejny kredyt. I wtedy właśnie pożałowałam, że na taką skalę nadpłacałam kredyty, bo trzeba to było kurwa odłożyć i aż tak by cała ta sytuacja nie bolała. Tak też zrobiłam. Nasiedziałam się w pracy sporo, wyrobiłam full nadgodzin i odłożyłam trochę na konto oszczędnościowe, i nie ruszam tego, bo nie. Bo wiem, że mogę mieć bardziej przesrane niż teraz i będę tej kasy bardzo potrzebować na już i wolę wziąć ją od siebie, niż od kogoś i wiązać się na kolejne 12/15/20 czy ileś tam miesięcy. 

Teraz znów jestem trzy wypłaty od debt free, całkowitego braku zobowiązań finansowych wobec banków. Dosłownie 90 dni dzieli mnie od tego, żeby nie mieć żadnego kredytu i... znów mam wątpliwości czy warto zaciskać pasa, pilnować się co do złotówki, zrezygnować z imprezy w rodzinie i wakacyjnych drobnych przyjemności, i spłacić to wszystko raz na zawsze, czy raczej na spokojnie rozłożyć to w czasie i zamiast w 3 miesiące pozbyć się długu w 6. Nie ukrywam, że trochę zaczęło spędzać mi to sen z powiek i rozdzierać od środka, bo chciałabym mieć czyste konto i jednocześnie chciałabym mieć odrobinę z życia a nie tylko ograniczenia. Z drugiej zaś strony 90 dni wyrzeczeń to niewiele wobec tego ile mogę zyskać. Użeram się już z tymi kredytami tak długo, że dłużej mi się nie chce, no ale jest odrobinę stresu i paniki. I jakaś nieprzyjemna świadomość, że jak się nie zbiorę i nie spłacę teraz zaraz już natychmiast to i tak mi się ta kasa gdzieś rozejdzie i suma summarum nie spłacę tego ani w 3, ani w 6 miesięcy.




Dziękuję, nie kupuję


... czyli drugi etap mojego noworocznego wyzwania - przez 3 miesiące nie kupuję żadnych ubrań. 

Musicie wiedzieć, że wyzwanie to okazało się w moim przypadku ogromnym sukcesem - przez pierwsze 3 miesiące 2018 roku na ubrania wydałam zaledwie 129,58 zł o czym więcej pisałam tutaj.  Biorąc pod uwagę to, że większość stanowiły rzeczy z lumpeksu oraz taki raczej backstage garderoby, czyli wkładki do butów, rajstopy, odświeżacze do obuwia zimowego, to jest to kwota naprawdę niewielka i godna podziwu. 

Następny kwartał był już bardziej kosztowny, ponieważ wszelkie zakupy ubraniowe wyniosły mnie 483 zł. Do mojej szafy trafiły m. in. nowy pas do pończoch, zapas rajstop, buty na wczesną jesień, trochę sukienek i bazowych bluzek z lumpeksu, lniana koszula, wkładki do butów, dwie kurtki dżinsowe, nowy portfel oraz ubrania dla osób z rodziny, bo wiedziałam, że takich akurat potrzebują. 

Jak widać pierwsze pół roku w kategorii odzież to raptem 612,58 zł. Niby niewiele, a dawno już nie miałam tak pięknej letniej garderoby. Jestem w niej w 100% zadowolona, dlatego też postanowiłam, że nie będę do niej niczego nowego dokładać. Mam już wszystko i chcę się tym cieszyć, bo w Polsce mamy tego lata jednak niewiele. Żeby utrzymać ten efekt i niepotrzebnie się nie zagracać, a co za tym idzie - nie wydawać, postanowiłam, że rozpoczną kolejną turę wyzwania - nie kupuję ubrań do 1 października. Dzisiaj co prawda dopiero 6 lipca, ale jestem absolutnie pewna, że moja szafa da sobie przez taki czas radę bez żadnych nowości.

Myślę, że gdybym się bardzo uparła to i do kolejnej wiosny nie musiałabym niczego kupować, jednak kiedy lepiej się zastanowię i wezmę pod uwagę to ile czasu nie ma mnie w domu i ile czasu spędzam w pracy, to wiem, że byłoby mi bardzo, bardzo ciężko. Aktualnie posiadam raptem 3 pary dżinów na okres jesień-zima, z czego jedne i tak powędruje lada dzień w świat, bo przestałam się w nie mieścić, a drugie są już naprawdę bardzo zniszczone. Brakuje mi również zimowych butów, które nie będą przemakać. Obecne dwie pary są uszkodzone i naprawa jest niemożliwa, ponieważ pęknięcia jednej z nich są zbyt głębokie, a drugie okrutnie przemakają nie wiem czemu i nie wiem dlaczego. Nadają się tylko na suche dni, a tych jesienią i zimą zbyt wielu nie ma. Jeśli zaś chodzi o ciepłe swetry i bluzy to cóż... w szafie mam sam akryl, a wiecie sami, że nie grzeje to zbyt dobrze, dlatego też jesień będzie dla mnie okresem poszukiwać czegoś, co uchroni mnie zmarzlucha przed zimnem. A co do będzie, to jeszcze nie wiem. W zeszłym roku weszłam na chwilę w posiadanie bluzy mojej przyjaciółki i byłam nią zachwycona - luźna, cieplutka, nie zbiera kłaczków. Ideał. Chciałabym coś podobnego, ale poszukiwania w lumpeksie są czasochłonne, a nie chcę pałętać się po sieciówkach. Zakupy tam bardzo mnie rozczarowują. Jakoś nieadekwatna do ceny, a cena nieadekwatna do mojego portfela. 

Jak widzicie jesień w mojej garderobie stoi pod dużym znakiem zapytania i szczerze mówiąc nie chcę o niej na razie myśleć. Przyjdzie na to czas. Póki co zamierzam delektować się nielicznymi wolnymi dniami oraz letnimi sukienkami. Wszystko inne potem.




Ile czasu faktycznie spędzamy w pracy?


Nie odpowiem na to pytanie za Was, ale napiszę Wam jak to wygląda u mnie. Pracuję w miejscu, gdzie pracuje się 7 dni w tygodniu +/- 10 godzin dziennie + w niektóre święta. Tzw. równoważony czas pracy. Teoretycznie w pracy jestem 9,5h, w praktyce wygląda to tak, że aby wyrobić się ze wszystkim przychodzę nieco wcześniej i wychodzę nieco później. Z tego nieco robi się często ekstra pół godziny dziennie, więc mój czas pracy wydłuża się z 9,5h na 10h. Te pół godziny to oczywiście wolontariat. Uprzedzając pytania w moim zakładzie pracy działają związki zawodowe, które nie potrafią wywalczyć tego, abyśmy mieli więcej płatnego czasu przed otwarcie i po zamknięciu. Wiecie, chodzi o czas, kiedy nie ma klientów. Nie da się jednocześnie sprzątać, przeliczać kasy, robić zamknięcia dnia i obsługiwać klientów. Tak więc moje 18-19 dni pracy w miesiącu zmienia się w 18-19 dni pracy po 10h, a czasami nawet po 12h, ale to już osobna kwestia, plus do tego wszystkiego godzina na dotarcie i powrót z pracy. To oczywiście optymistyczna wersja, bo bardzo często do tych 18-19 dni dochodzą kwestie delegacji na zastępstwo w inne miejsce, co ten mój czas pracy w miesiącu jeszcze zwiększa albo tak jak to się dzieje w lipcu, sierpniu i wrześniu - sezon urlopowy. Lipiec jest dla mnie miesiącem, w którym 23 dni spędzam w pracy, a zaledwie 8 dni mam wolnych. W dodatku tak się to jakoś ułożyło, że większość wolnych dni mam na początku miesiąca, a potem tyram sobie niemal dzień w dzień. Daje to 230h spędzonych w pracy plus jakieś 20 godzin na dotarcie do pracy i powrót do domu. A to już daje 250 godzin w skali miesiąca. Biorąc pod uwagę, że lipiec sam w sobie ma 744 godzin, to na życie, sen i coś poza pracą zostaje mi raptem 494 godziny. Niewiele, prawda?

Te wszystkie wyliczenia i informacje napisałam Wam po to, żebyście poświęcili chwilę i zastanowili się ile tak naprawdę czasu zajmuje Wam praca i cała otoczka z nią związana - dotarcie do niej, powrót, przygotowanie jedzenia do pracy. Ile godzin wychodzi z tego przychodzenia odrobinę wcześniej i zostawania odrobinę dłużej? Ile zostaje Wam czasu wolnego na wszystko inne - zarówno te konieczne czynności jak sen, jedzenie, toaleta, jak i te tylko dla nas - czytanie książki, film, kino, koncert, kawa ze znajomymi, obiad z rodziną, rozwój osobisty? 

Myślę, że każdemu z nas należy się raz na jakiś czas chwila z kartką papieru i analiza, ile swojego czasu poświęcamy na co, bo czas to też zasób, w dodatku taki, którego nie da się zyskać, można go tylko zaoszczędzić. Chciałabym, żeby każdy z nas spróbował dostrzec jak wygląda w jego przypadku rozkład życie vs. pracy oraz co zyskujemy kosztem pracy, a co jej kosztem tracimy, bo może tracimy zbyt wiele? Jakkolwiek przykro to brzmi, bo żyć przecież trzeba, a bez pracy żyć się nie da. 




Wyzwanie finansowe na ten kwartał to...



Poprzedni kwartał  uszczuplił moje konto o 7386 zł. Wychodzi z tego średnio 2470 zł miesięcznie, 586 zł tygodniowo i 81 zł dziennie. Naprawdę sporo. Co prawda najwięcej wydałam z tego na spłatę i nadpłatę kredytów, jednak kwota i tak nieźle mnie szokuje. Zupełnie inaczej wyglądają wydatki po miesiącu, a inaczej po całym kwartale. Bardzo łatwo można wyłapać kategorie, które w dłuższym okresie czasu generują największe koszta i szybko przeanalizować czy stoi za tym jednorazowy wydatek czy może stale wrzucamy najwięcej do tego akurat wora. 

Dzięki mojej bardzo prostej aplikacji w telefonie mogę nie tylko zobaczyć kwartalne kwoty w poszczególnych kategoriach, ale również ich procentowy udział w tych 7386 zł. 

24,9 % kredyty (1838 zł)
12,3% zakupy spożywcze i chemia ( 910 zł)
10,9% zdrowie (807 zł)
9 % koty (663 zł)
7,4 % abonament za telefon, internet (548 zł)
7% jedzenie na mieście (513 zł)
6,7 % czas wolny (498 zł)
6,5% ubrania (483 zł)
4,4% słodycze, napoje przekąski (323 zł)
4,3% prezenty (314zł)
3,7% kosmetyki (272 zł)
1,3% praca (95 zł)
1,3 % transport (94 zł)
0,4% inne (26 zł)

Kategorie zaznaczone na czerwono to te, z których nie jestem dumna. Szczerze mówiąc to wręcz się ich wstydzę, bo to naprawdę duże sumy jak na osobę walczącą z długami. Przyznam się Wam, że miałam momenty, w których zastanawiałam się czy nie ukryć części spośród tych nieciekawych wydatków. Stwierdziłam jednak że to bezsensu i nic mi to nie da. Nie po to zakładałam tego bloga, żeby ściemniać. Założyłam go po to, żeby mi pomógł. 

Jeśli zaś chodzi o te zaznaczone na zielono, to jestem z nich bardzo zadowolona. Po pierwsze dlatego, że nadpłaciłam dużą część moich kredytów, a po drugie - udało mi się opanować kosmetyczny zakupoholizm. Jakoś tak z czasem moje potrzebny znacznie się obniżyły. Wydaję co prawda trochę pieniędzy na różnego rodzaju ampułki na wypadanie włosów, ale od pewnego czasu mam z tym problem, co odbija się na kategorii zdrowie.

A co jest tytułowym wyzwaniem finansowym na ten kwartał?


1. Nie kupuję ŻADNYCH ubrań. 
Mam ich zwyczajnie za dużo i nie mam kiedy nosić wszystkich spośród nich, co skutkuje tym, że z czasem muszę je wydawać dalej, bo przestają na mnie pasować albo już mi się nie podobają. Kupowanie kolejnych ubrań w sytuacji, gdy brakuje mi czasu nacieszyć się obecnymi jest dla mnie pozbawione sensu. 

2. Wydatki z obecnego kwartału (lipiec/sierpień/wrzesień) chcę zamknąć w kwocie maksymalnie 6500 zł. 
Początkowo myślałam o kwocie 6000 zł, jednak szykuje mi się większa impreza w rodzinie i nie zdecydowałam jeszcze czy się na nią wybiorę czy nie. Wolę więc dorzucić kilka stówek do planu budżetu niż potem biczować się, że nie dałam rady zmieścić się w założonej kwocie. Jestem przeciwniczką optymistycznego planowania budżetu, w którym zakładam, że nagle obniżam wszelkie koszty życia o 50%. Przyciśnięta do muru na pewno dałabym jakoś radę, bo po prostu musiałabym dać, jednak przyciśnięta do muru nie jestem, więc wolę uciąć mniej niż uciąć tyle, że już w połowie drogi rozjedzie mi się budżet. Wtedy zwykle włącza się demotywacja, zwiększona chęć wydawania więcej i porzucenie spisywania wydatków, bo i tak już się wszystko rozjechało. 

A jak tam u Was z wyzwaniami finansowymi? Macie jakieś na ten miesiąc lub kwartał? 

W lipcu płacę gotówką cz. I


Lipcowe wyzwanie miesiąc za 600 zł + płacenie gotówką nieoczekiwanie zmieniło się w miesiąc za 620 zł, bo w czeluściach portfela znalazłam zagubione 20 zł. Nawet nie wiem skąd się tam wzięło i ile tam było. Z portfela wyciągam tylko kartę. Wyciągałam właściwie, bo od kilku dni sięgam też po gotówkę. Kompletnie za tym nie przepadam. W pracy namacam się tyle, że łapie mnie obrzydzenie, ale chcę sprawdzić czy płacenie gotówką pomoże mi okiełznać bałagan w codziennych wydatkach. Póki co to jednak wieczne 'ma pani drobniej?', 'a te 2,51 zł dostanę?', 'naprawdę nie ma pani 51 groszy?'. Odzwyczaiłam się od tego kompletnie. Aż takich drobnych do portfela nie wrzuciłam, bo nie miałam skąd, ale 600 zł zamieniłam na 20 zł, żeby było łatwiej i przyjemniej i żebym pamiętała o tym, że te 620 zł ma mi starczyć na 31 dni lipca, czyli na dzień mam właśnie 20 zł. Mniej więcej, bo wiadomo że raz się wyda więcej raz mniej. Mimo wszystko wydaje mi się, że kiedyś za ten różowy banknot dało się kupić jakby więcej niż teraz... 

Lipcowe wydatki to na dzień dobry trochę zapasu jedzenia w tym sok pomarańczowy, dorsz, cytryna do herbaty, banany, jogurty na śniadania, camembert, trochę pieczywa i 35,51 zł poszło w świat z portfela, a nie starczy to na jakoś długo. Następnie wydałam calutkie 2 zł na mój ulubiony słonecznik. Skubanie go to już rodzaj uzależnienia i postanowiłam zacząć to ograniczać. A spontaniczny 8 godzinny spacer połączony z jazdą na rowerze poskutkował wydaniem 13 zł na jedzenie na mieście, bo dosłownie umierałam z głodu.

Planując lipiec z gotówką popełniłam jednak spory błąd, bo w codziennych wydatkach nie uwzględniłam transportu. Nie uwzględniłam tej kategorii zupełnie, co jest ogromnym błędem, bo w ciągu miesiąca zdarza mi się jeździć do znajomych lub do ulubionego parku, a to generujesz koszty. Jakaś zaćma mózgu mnie dopadła w trakcie planowania wydatków i rozważam opcje dorzucenia pewnej kwoty do budżetu właśnie z myślą o takich spontanicznych wycieczkach.

Finalnie pierwsze cztery dni lipca kosztowały mnie 120 zł, czyli aż 20 % z założonych 600 zł. Na spożywkę poszło 52,50 zł, płyn do płukania to wydatek 6 zł, wspomniane jedzenie na mieście 13 zł, piwo podczas spotkania ze znajomymi 12 zł, kanapki do pracy 12 zł, wołowina i przysmaki dla kotów 10 zł, napoje 9,5 zł i 5 zł za bilety na autobus. Niby takie drobiazgi a w kilka chwil zsumowały się do trzycyfrowej kwoty.