Dziękuję, nie kupuję


... czyli drugi etap mojego noworocznego wyzwania - przez 3 miesiące nie kupuję żadnych ubrań. 

Musicie wiedzieć, że wyzwanie to okazało się w moim przypadku ogromnym sukcesem - przez pierwsze 3 miesiące 2018 roku na ubrania wydałam zaledwie 129,58 zł o czym więcej pisałam tutaj.  Biorąc pod uwagę to, że większość stanowiły rzeczy z lumpeksu oraz taki raczej backstage garderoby, czyli wkładki do butów, rajstopy, odświeżacze do obuwia zimowego, to jest to kwota naprawdę niewielka i godna podziwu. 

Następny kwartał był już bardziej kosztowny, ponieważ wszelkie zakupy ubraniowe wyniosły mnie 483 zł. Do mojej szafy trafiły m. in. nowy pas do pończoch, zapas rajstop, buty na wczesną jesień, trochę sukienek i bazowych bluzek z lumpeksu, lniana koszula, wkładki do butów, dwie kurtki dżinsowe, nowy portfel oraz ubrania dla osób z rodziny, bo wiedziałam, że takich akurat potrzebują. 

Jak widać pierwsze pół roku w kategorii odzież to raptem 612,58 zł. Niby niewiele, a dawno już nie miałam tak pięknej letniej garderoby. Jestem w niej w 100% zadowolona, dlatego też postanowiłam, że nie będę do niej niczego nowego dokładać. Mam już wszystko i chcę się tym cieszyć, bo w Polsce mamy tego lata jednak niewiele. Żeby utrzymać ten efekt i niepotrzebnie się nie zagracać, a co za tym idzie - nie wydawać, postanowiłam, że rozpoczną kolejną turę wyzwania - nie kupuję ubrań do 1 października. Dzisiaj co prawda dopiero 6 lipca, ale jestem absolutnie pewna, że moja szafa da sobie przez taki czas radę bez żadnych nowości.

Myślę, że gdybym się bardzo uparła to i do kolejnej wiosny nie musiałabym niczego kupować, jednak kiedy lepiej się zastanowię i wezmę pod uwagę to ile czasu nie ma mnie w domu i ile czasu spędzam w pracy, to wiem, że byłoby mi bardzo, bardzo ciężko. Aktualnie posiadam raptem 3 pary dżinów na okres jesień-zima, z czego jedne i tak powędruje lada dzień w świat, bo przestałam się w nie mieścić, a drugie są już naprawdę bardzo zniszczone. Brakuje mi również zimowych butów, które nie będą przemakać. Obecne dwie pary są uszkodzone i naprawa jest niemożliwa, ponieważ pęknięcia jednej z nich są zbyt głębokie, a drugie okrutnie przemakają nie wiem czemu i nie wiem dlaczego. Nadają się tylko na suche dni, a tych jesienią i zimą zbyt wielu nie ma. Jeśli zaś chodzi o ciepłe swetry i bluzy to cóż... w szafie mam sam akryl, a wiecie sami, że nie grzeje to zbyt dobrze, dlatego też jesień będzie dla mnie okresem poszukiwać czegoś, co uchroni mnie zmarzlucha przed zimnem. A co do będzie, to jeszcze nie wiem. W zeszłym roku weszłam na chwilę w posiadanie bluzy mojej przyjaciółki i byłam nią zachwycona - luźna, cieplutka, nie zbiera kłaczków. Ideał. Chciałabym coś podobnego, ale poszukiwania w lumpeksie są czasochłonne, a nie chcę pałętać się po sieciówkach. Zakupy tam bardzo mnie rozczarowują. Jakoś nieadekwatna do ceny, a cena nieadekwatna do mojego portfela. 

Jak widzicie jesień w mojej garderobie stoi pod dużym znakiem zapytania i szczerze mówiąc nie chcę o niej na razie myśleć. Przyjdzie na to czas. Póki co zamierzam delektować się nielicznymi wolnymi dniami oraz letnimi sukienkami. Wszystko inne potem.




Komentarze