Finansowe dylematy



W życiu każdej takiej osoby jak ja, czyli walczącej z długami, pojawiają się wątpliwości i dylematy. Zaczyna się od tego na czym oszczędzić, żeby mieć na kolejne raty. Pojawia się mniej lub bardziej dokładna analiza wydatków, być może nawet ich spisanie, a potem decyzja z czego zrezygnować. Zwykle jest to obcięcie kosztów na rozrywkę, ubrania, kosmetyki, wyjścia ze znajomymi i oczyszczanie diety z drogich i pełnych cukru przekąsek oraz napoi. I choć w teorii brzmi to sensownie i oznacza, że przez jakiś czas po prostu żyjemy skromniej, a towarzysko raczej jak pustelnik, to jednak w praktyce jest naprawdę ciężko.  

Zmiana nawyków, ciągłe powstrzymywanie się, analizy, pytania czy naprawdę tego potrzebuję, czy warto, o ile bliżej byłabym braku długów, gdybym nie kupiła tej bluzki/tej sukienki, itp. itd. Na początku zawsze jest dużo zapału, potem ten zapał jakby gaśnie, ustępuje miejsca nowym nawykom i wstrzemięźliwości, a niekiedy niestety oznacza frustrację, bo ile razy można tłumaczyć się innym ludziom, że nadal nie mam kasy i przez najbliższy czas to się raczej nie zmieni. No co Ty? Nie masz na jedno piwo? Można oczywiście wspierać samego siebie w postanowieniu szybszej spłaty długów myślami o tym, że to zmiana priorytetów, dbanie o bezpieczeństwo finansowe, dbanie o swoje życie i komfort, ale czasem po prostu ma się tego dość. Tak po prostu, po ludzku chce się tym rzucić w pizdu i jestem pewna, że nie zrozumie tego osoba, która długów nie miała. Te ciągłe wyrzeczenia i odmowy choćby obkupione najwyższym dobrem dają czasem w kość aż za bardzo. Życie jakby wtedy daje więcej okazji, więcej możliwości, a my dłużnicy jak takie zgorzkniałe staruchy stale jesteśmy na nie, nie i nie, i jeszcze raz nie. Aż w końcu czujemy się jak taki pustelnik, bo tu nie pójdę, tego nie zrobię, a to muszę zamienić na coś tańszego, docelowo bezpłatnego. Albo częściej wychodzić na koszt innych osób. Kto co lubi, przyjemnie nie jest. 

Mimo całej tej wyboistej drogi, którą pokonałam i której jeszcze sporo mi zostało, znalazłam się ponownie w miejscu, w którym debt free jest niemal nieopodal. Było tak już kilka miesięcy temu, kiedy od braku długów dzieliły mnie zaledwie trzy wypłaty, ale życie pokazało mi środkowy palec, sprowadziło do rodziny i codzienności chorobę, która pochłonęła wszystkie nasze oszczędności oraz wymogła kolejny kredyt. I wtedy właśnie pożałowałam, że na taką skalę nadpłacałam kredyty, bo trzeba to było kurwa odłożyć i aż tak by cała ta sytuacja nie bolała. Tak też zrobiłam. Nasiedziałam się w pracy sporo, wyrobiłam full nadgodzin i odłożyłam trochę na konto oszczędnościowe, i nie ruszam tego, bo nie. Bo wiem, że mogę mieć bardziej przesrane niż teraz i będę tej kasy bardzo potrzebować na już i wolę wziąć ją od siebie, niż od kogoś i wiązać się na kolejne 12/15/20 czy ileś tam miesięcy. 

Teraz znów jestem trzy wypłaty od debt free, całkowitego braku zobowiązań finansowych wobec banków. Dosłownie 90 dni dzieli mnie od tego, żeby nie mieć żadnego kredytu i... znów mam wątpliwości czy warto zaciskać pasa, pilnować się co do złotówki, zrezygnować z imprezy w rodzinie i wakacyjnych drobnych przyjemności, i spłacić to wszystko raz na zawsze, czy raczej na spokojnie rozłożyć to w czasie i zamiast w 3 miesiące pozbyć się długu w 6. Nie ukrywam, że trochę zaczęło spędzać mi to sen z powiek i rozdzierać od środka, bo chciałabym mieć czyste konto i jednocześnie chciałabym mieć odrobinę z życia a nie tylko ograniczenia. Z drugiej zaś strony 90 dni wyrzeczeń to niewiele wobec tego ile mogę zyskać. Użeram się już z tymi kredytami tak długo, że dłużej mi się nie chce, no ale jest odrobinę stresu i paniki. I jakaś nieprzyjemna świadomość, że jak się nie zbiorę i nie spłacę teraz zaraz już natychmiast to i tak mi się ta kasa gdzieś rozejdzie i suma summarum nie spłacę tego ani w 3, ani w 6 miesięcy.




Komentarze

  1. Na takie dylematy zawsze mam tę samą metodę- rzut monetą. Serio. W przypadku mojego własnego wyboru i tak miałbym wątpliwości, a i może zmieniłbym zdanie. A tak, zawsze w świadomości mam, że "tak chciał los".

    PS Fajnie, że pokazujesz czasem pazur. Przynajmniej nie ma tu atmosfery "ę, ą, bułkę przez bibułkę" ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Od razu zastrzegam, że łapię się w grono osób, które problemu "nie czują", bo nigdy nie byłem finansowo przyciśnięty do ściany, ale na Twoim miejscu chyba bym te trzy miesiące starał się przeboleć. Kiedy już wyjdziesz na zero, raczej będziesz miała silne postanowienie żeby nie wrócić w stan zadłużenia, bo już wiesz, że nie czujesz się z tym dobrze, będziesz miała pewne oszczędności żeby temu zapobiec, i na tyle na ile domyślam się, że bolesna jest rezygnacja z atrakcji wakacyjnych... To tylko jedne wakacje, a jeszcze ich dużo przed Tobą. Z drugiej strony, jeśli przestrzelisz, to potem możesz mieć efekt nadmiernego odbicia. Pamiętaj jednak, że teraz udało Ci się i spłacać długi i budować oszczędności - kiedy długów nie będzie, pojawi Ci się nieco wolnych środków, które będziesz mogła podzielić między przyspieszenie budowania oszczędności, a "odbicie sobie" straconych przyjemności (na bieżąco, albo przez odłożenie większej sumy żeby w przyszłe lato faktycznie zaszaleć, bez długów i wyrzutów sumienia). Dodatkowo wchodzi aspekt bezpieczeństwa - jeśli uda Ci się pozbyć długów bez naruszenia posiadanych oszczędności, to w razie nagłego pogorszenia sytuacji (odpukać) będziesz w lepszej sytuacji, niż gdybyś długi nadal miała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Totalnie zgadzam się z Krzysztofem. Zacisnąć zęby, spłacić w trzy miesiące (czymże są 3 miesiące z szerszej perspektywy...). A jak się uda spłacić, a potem nawet coś odłożyć, to na jesieni/w zimie zrób sobie krótkie ferie- nawet wyjazd na weekend. W nagrodę, ale już za oszczędności, gdy zamiast na minus będziesz na plus.

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)