W lipcu płacę gotówką cz. I


Lipcowe wyzwanie miesiąc za 600 zł + płacenie gotówką nieoczekiwanie zmieniło się w miesiąc za 620 zł, bo w czeluściach portfela znalazłam zagubione 20 zł. Nawet nie wiem skąd się tam wzięło i ile tam było. Z portfela wyciągam tylko kartę. Wyciągałam właściwie, bo od kilku dni sięgam też po gotówkę. Kompletnie za tym nie przepadam. W pracy namacam się tyle, że łapie mnie obrzydzenie, ale chcę sprawdzić czy płacenie gotówką pomoże mi okiełznać bałagan w codziennych wydatkach. Póki co to jednak wieczne 'ma pani drobniej?', 'a te 2,51 zł dostanę?', 'naprawdę nie ma pani 51 groszy?'. Odzwyczaiłam się od tego kompletnie. Aż takich drobnych do portfela nie wrzuciłam, bo nie miałam skąd, ale 600 zł zamieniłam na 20 zł, żeby było łatwiej i przyjemniej i żebym pamiętała o tym, że te 620 zł ma mi starczyć na 31 dni lipca, czyli na dzień mam właśnie 20 zł. Mniej więcej, bo wiadomo że raz się wyda więcej raz mniej. Mimo wszystko wydaje mi się, że kiedyś za ten różowy banknot dało się kupić jakby więcej niż teraz... 

Lipcowe wydatki to na dzień dobry trochę zapasu jedzenia w tym sok pomarańczowy, dorsz, cytryna do herbaty, banany, jogurty na śniadania, camembert, trochę pieczywa i 35,51 zł poszło w świat z portfela, a nie starczy to na jakoś długo. Następnie wydałam calutkie 2 zł na mój ulubiony słonecznik. Skubanie go to już rodzaj uzależnienia i postanowiłam zacząć to ograniczać. A spontaniczny 8 godzinny spacer połączony z jazdą na rowerze poskutkował wydaniem 13 zł na jedzenie na mieście, bo dosłownie umierałam z głodu.

Planując lipiec z gotówką popełniłam jednak spory błąd, bo w codziennych wydatkach nie uwzględniłam transportu. Nie uwzględniłam tej kategorii zupełnie, co jest ogromnym błędem, bo w ciągu miesiąca zdarza mi się jeździć do znajomych lub do ulubionego parku, a to generujesz koszty. Jakaś zaćma mózgu mnie dopadła w trakcie planowania wydatków i rozważam opcje dorzucenia pewnej kwoty do budżetu właśnie z myślą o takich spontanicznych wycieczkach.

Finalnie pierwsze cztery dni lipca kosztowały mnie 120 zł, czyli aż 20 % z założonych 600 zł. Na spożywkę poszło 52,50 zł, płyn do płukania to wydatek 6 zł, wspomniane jedzenie na mieście 13 zł, piwo podczas spotkania ze znajomymi 12 zł, kanapki do pracy 12 zł, wołowina i przysmaki dla kotów 10 zł, napoje 9,5 zł i 5 zł za bilety na autobus. Niby takie drobiazgi a w kilka chwil zsumowały się do trzycyfrowej kwoty.




Komentarze

  1. o wow, 20% w 4 dni... Niby nic niesamowitego nie kupowałaś, ale... 120zł to nie mało. Dla porównania napiszę jak to u mnie wygląda: 1000 - 1200 zł miesięcznie na wszelkie zakupy spożywcze, chemiczne, domowe (bez ubrań) i transport dwóch osób mieszkających samodzielnie (bez zwierząt), pracujących na cały etat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym osiągnąć taki poziom wydatków. Co prawda wydaje mi się, że gdybym wyrzuciła wszelkie zachciewajki i śmieci z moich zakupów to udałoby mi się zejść z wydatkami na bardzo niski poziom, bo jak tak patrzę na moje ostatnie wydatki to cóż... popłynęłam znowu w różnych kategoriach.
      Czekam na porady :) Przyda mi się dobry przykład :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)