80 dni do debt free



80 dni - tyle dokładnie dzieli mnie od tego, żeby być osobą wolną od zadłużenia. Całkowicie wolną od zadłużenia i to bez ruszenia oszczędności, które do tej pory udało mi się uzbierać. Przyznam szczerze, że im bliżej tego dnia, tym bardziej korci mnie, żeby zaryzykować i pozbyć się oszczędności na rzecz wyzerowania zadłużenia. Niestety w moim życiu za każdym razem, gdy tak robiłam, pojawiało się jakieś coś, które wymagało ode mnie wyskoczenia z dodatkowej gotówki, której akurat nie posiadałam, bo akurat spłaciłam jakiś kredyt albo jakąś jego część. Błędne koło zadłużenia. No po prostu błędne koło. Dlatego też zacisnęłam zęby, gromadziłam oszczędności i jednocześnie wzdychałam głęboko, gdy znów musiałam spłacić kolejne raty kredytów. To boli. Naprawdę boli, gdy przelewacie ledwie otrzymane pieniądze na rzecz zadłużenia i nic z tego nie macie. Tzn. macie - mniejszy kredyt, ale to takie zachowanie w stylu sztuka dla sztuki. Wiadomo - za kilka miesięcy będziemy wolni, będziemy bez zobowiązań, ale to wątłe pocieszenie, które osobiście wolę zastępować myśleniem o tym, ile mogłabym mieć, zobaczyć, zwiedzić, doświadczyć, pomóc komuś za te pieniądze, które miesiąc w miesiąc wywalam na nadpłaty. Masochistka ze mnie, wiem. Lubię sobie dokopać, wiem. Ale lubię też się pocieszać w chwilach zwątpienia. 

Taki moment jest właśnie teraz - oglądam długoterminową prognozę pogodę i z bólem stwierdzam, że pojutrze nastaje koniec lata. Temperatury spadają do ledwie 20 stopni, pojawią się deszcze, piękne letnie sukienki wrócą na dno szafy, a ja nic z tego lata nie miałam. Zapieprzałam jak głupia, robiłam nadgodziny, doszło nawet do tego, że musiałam tłumaczyć się przed znajomymi i facetem dlaczego ciągle tyle pracuję, czemu nigdzie nie jadę, dlaczego rezygnuję z wyjazdu, po co mi te nadgodziny skoro nic z życia nie mam. No nie mam nic z życia i nie będę nic z niego miała jeszcze tylko przez 80 dni. 80 dni. Ktoś tam opłynął nawet ziemię dookoła w takim czasie, no to ja nie pozbędę się zadłużenia? Jak nie ja, to kto? Teraz liczy się tylko moja determinacja, motywacja, decyzja i w ogóle tylko ja. Pociesza mnie myśl, że to już bliżej niż dalej i w spadku pogody dopatruję się plusów w postaci lepszego i tańszego jedzenia, za którym to właściwie bardzo tęsknie. Brakuje mi zup, gulaszów, sałatek z kaszą i zapiekanek makaronowych. Nie jem ich latem, bo jest zbyt gorąco na takie dania, a ich niewątpliwą zaletą jest to, że składniki co prawda trochę kosztują, ale da się je wymienić na tańsze, a nawet jeśli nie, to później w przeliczeniu na jedną porcję wychodzą groszowe sprawy.

Trzymajcie kciuki za moją 80 dniową podróż do pozbycia się długów. To w sumie tylko 40 zł nadpłaty każdego dnia i będę mogła zacząć nowy, czysty, pozytywny etap życia. Da się przecież. Wiele się da. Nie wszystko, ale wiele. 






Co dał mi internetowy detoks i bycie offline?



Kilka tygodni temu, zmęczona tym, że niemal cały czas spędzam z twarzą w monitorze, postanowiłam zrobić sobie 10 dni internetowego detoksu. Zużyłam transfer danych w telefonie, oddałam laptopa pod opiekę babci, a sama skupiłam się na pracy, bo na czas mojego bycia offline wypadło mi bardzo dużo nadgodzin. Nadgodziny są w moim przypadku bardzo w cenie, bo zostało mi już naprawdę niewiele do pozbycia się długów. Dzielą mnie od tego zaledwie dwie wypłaty, dlatego też moja motywacja jest naprawdę wysoka, ale o tym przeczytacie w innym poście. 

Początek mojego detoksu był bardzo nerwowy. Mimo kilku dni mentalnego przygotowania i tak odczuwałam rozdrażnienie tym, że nie mogę włączyć sobie filmu w tle domowych obowiązków albo posłuchać muzyki w drodze do lub z pracy. Była też frustracja, że nie jestem na bieżąco z tym, co u znajomych i, mimo tłumaczeń, że w razie czego można zadzwonić/ napisać smsa, było mi bardzo ciężko. Stan ten utrzymywał się jednak bardzo krótko. Po zaledwie czterech dniach poczułam spokój i odprężenie. Udało mi się położyć wcześniej spać, wyciszyć, odetchnąć i posłuchać tego, co tak naprawdę we mnie się dzieje, a dzieje się wiele. Jest w moim życiu kilka spraw, o których zdaję sobie sprawę, jednak spycham je stale gdzieś w zakamarki umysłu, zagłuszam nawoływanie do tego, aby się nimi zająć. Stale tłumaczę się przed sobą, że nie mam na to czasu, że później do tego wrócę, że jutro już na pewno się tym zajmę. Tym razem tak nie było. Celowo odcięłam się od wielu rzeczy zajmujących mój umysł, żeby poczuć wszystko to, dla czego na co dzień nie mam ani chwili. Nie było to przyjemne. Było wręcz bolesne. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile rzeczy zagłuszam i wypieram, w ilu kwestiach próbuję oszukać samą siebie. Nie udało mi się rozwiązać tych problemów przez te 10 dni, to znacznie dłuższy proces. Udało mi się natomiast znaleźć w sobie siłę do tego, aby się z nimi zmierzyć. Siłę do tego, aby walczyć o równowagę w życiu, której nie zagraża ogrom nierozwiązanych spraw i porzuconych problemów. 

Bycie offline i bycie świadomą sobą przez cały czas, bez udziału żadnych rozpraszaczy, zwróciło też moją uwagę na zachowania, które przejawiam i z których nie jestem dumna. Nie sądziłam, że mam takie cechy charakteru, wydawało mi się, że tylko czasem zdarza mi się zachować w nieciekawy sposób. Wydawało mi się to dobre określenie. Te nieciekawe przejawy to nie przejawy. To niestety błędy, które popełniam raz za razem i za które jest mi wstyd. Zachowania, za które mam do siebie samej pretensje, bo nie lubię tych zachować u innych, a tymczasem jestem niezłą hipokrytką, bo sama je przejawiam. 

Bagaż negatywnych odkryć na temat mojej osoby nieźle mną wstrząsnął i zbił moją pewność siebie. Nie byłam świadoma tego, że mam aż tyle wad i że tak często milczę, gdy coś mi nie pasuje. Nie sądziłam, że aż tak często odpuszczam walkę, biorę wodę w usta i popełniam gafy. Myślałam, że jestem lepszym człowiekiem. Zabawne, że tak wiele minusów odkryłam dopiero wtedy, gdy wyłączyłam to, co zagłusza moje myśli. Nie sądziłam, że rozpraszacze mogą być aż tak destrukcyjne dla psychiki. 

Destrukcyjny wpływ rozpraszaczy oprócz psychiki rozciąga się również na ciało. Niby o tym wiedziałam, ale dopiero świadomość, że nie muszę niczego sprawdzać, na nic odpisywać, niczego szukać i sprawdzać, dała mi możliwość stuprocentowego odpoczynku. Spokojna głowa i czysty umysł to prawdziwy komfort. A nieprzerwany i niezmącony nadmiarem myśli sen, to coś, czego życzę każdemu. Nie na jedną noc, ale na wiele więcej. Dopiero po kilku dniach dotarło do mnie jaka byłam wykończona i jak wiele odpoczynku mi trzeba. Odbieranie bodźców i korzystanie z internetu, który pobudza naszą ciekawość i skłania do coraz dłuższego bycia online zaburza nasze postrzeganie, kiedy czujemy się zmęczeni. Po kilku dniach bez tych bodźców spadło na mnie całe zmęczenie. Kiedy wsłuchałam się w swój organizm zrozumiałam, że jestem wyczerpana i wykończona, ale na co dzień stale spycham te uczucia na odległy plan, bo wydaje mi się, że muszę być gotowa, muszę czuwać, bo tyle może mnie ominąć w razie czego. Ale czy faktycznie coś mnie ominęło w ciągu tych 12, a nie 10 dni, bycia offline? Prawdę mówiąc niewiele. Dostrzegłam za to ogrom sfer życia, które zaniedbałam ze względu na potrzebę bycia online. Niewinną potrzebę kontaktu ze światem, która finalnie okryła kurzem resztę mojego życia. To przykre odkrycie sugerujące, że mam głębszy problem. Problem, do którego mam wreszcie odwagę się przyznać. Problem, którym muszę zajmować się dzień w dzień, żeby nie pochłonął mnie za bardzo i nie przejął kontroli nad moim życiem.




Moje wydatki z lipca



Lipiec miał być powrotem do korzeni, czyli wyzwania 30 dni za 600 zł. Miał też być miesiącem, w którym płacę tylko gotówką. Takie dwie pieczenie na jednym ogniu. Jedna się udała, druga niestety nie. O dziwo udało mi się powstrzymywać od płacenia kartą i to bez zostawiania jej w domu. To dla mnie duży szok, bo spodziewałam się, że będzie mi trudniej, będę musiała stosować jakieś sztuczki albo inne cuda, żeby powstrzymać się od używania karty. A jednak udało mi się to nadzwyczaj dobrze - po prostu sięgałam po gotówkę i tyle. Dobrze się do tego przygotowałam - zorganizowałam papierki, drobne i włączałam pełne skupienie podczas płacenia. Doświadczenie miłe, ale tęsknie za komfortem płacenia kartą, chociaż czasem mnie to gubi i kartę wyciągam aż za często. 

Nie udało mi się zmieścić w kwocie 600 zł. W pewnym momencie musiałam po prostu podejść do bankomatu i wypłacić dodatkową gotówkę, bo mi zabrakło. Czułam się z tym niezbyt dobrze, było mi wstyd przed samą sobą, ale jednocześnie patrząc na zestawienie całego miesiąca, wydatków w poszczególnych kategoriach oraz tego ile finalnie wydałam jestem zadowolona, bo wydałam mniej niż w miesiącach poprzednich. Nie dużo mniej, ale mniej. Pojawiło się też sporo nadwyżek, które dla odmiany zamiast ładować w nadpłacanie kredytów, postanowiłam zainwestować w nadpłacanie rachunków za telefon i internet. Opłaciłam je z góry do końca 2018 roku. Głównym powodem było to, aby zdjąć z głowy odrobinę zobowiązań finansowych, a to płatności stałych jeszcze nie całkiem się przyzwyczaiłam. Niby są w porządku, ale potem za dużo pieniędzy na raz ucieka mi z konta i czuję się jakaś taka zubożała. 

Jak więc wyglądały moje lipcowe wydatki? Poniżej zobaczycie listę od najdroższych kategorii do najtańszych, a na końcu rozpiskę ile z tego zapłaciłam gotówką. 

1. Raty kredytów + nadpłaty 910 zł. 
2. Koty 332 zł
3. Spożywka 321 zł 
4. Rachunki za media 130 zł 
5. Rozrywka 107 zł 
6. Zdrowie 86 zł
7. Praca 80 zł - to niestety skutek nadgodzin. Czasem nie miałam siły na robienie kanapek, a z czasem po prostu nie miałam ochoty na pieczywo i musiałam ratować się innym jedzeniem. 
8. Jedzenie na mieście 40 zł 
9. Słodycze, napoje, przekąski 39 zł
10. Prezenty 34 zł 
11. Kosmetyki 16 zł
12. Transport 5 zł 

Łącznie wydałam: 2100 zł 
Płatność gotówką: 870 zł

Moje postanowienie wydzielenia dodatkowych pieniędzy na transport zostało porzucone. Nadgodziny skutecznie odebrały mi i chęci, i czas na podróże oraz wyjścia. 

Szczerze mówiąc jest w tym coś smutnego, że omija mnie ogromna ilość wakacyjnych rozrywek i atrakcji. Nie mogę w tym roku pozwolić sobie na zbyt wiele. Zrezygnowałam z urlopu, bo po prost mnie na niego nie stać. Nie mam też czasu na choćby opalanie się, bo najlepsze i najcieplejsze dni spędzam w pracy. Próbuję pocieszać się tym, że to jeszcze kilkadziesiąt dni, ale jest mi ciężko, bo oprócz drobnych sukcesów widzę też pasmo porażek, które towarzyszą mi od samego początku założenia bloga i rozpoczęcia walki z długami. Wolna od kredytów mogłam być dawno temu, ale nie potrafię aż tak zacisnąć pasa. Po prostu nie potrafię. Nie jest to dla mnie aż tak ważne, żeby niektóre kategorie całkiem wyzerować. Może to kwestia charakteru, słabej woli albo innych wad, ale nie potrafię podejść do zadłużenia tak zero-jedynkowo, żeby od teraz wydawać tylko i tylko na jedzenie i rzeczy niezbędne, a całą resztę ładować w nadpłatę kredytów. Próbuję ze sobą walczyć każdego dnia, godzę się z porażkami i lista pretensji do siebie narasta. Stale czuję się rozerwana pomiędzy akceptacją tego jaka jestem, a ganieniem się za długi, opóźnienia nadpłat czy choćby batonika. Mam wrażenie, że w mojej głowie stale toczy się walka pomiędzy rzeczywistością, a moimi wyśrubowanymi oczekiwaniami, aby faktycznie wyzerować wszystko to, co nie jest niezbędne i spłacić to wszystko w pizdu. Chciałabym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło i żeby w mojej głowie ucichły te stałe pretensje, gdy tylko wydaję kilka złotych na piwo podczas wieczoru ze znajomymi, bo nie mogę swobodnie cieszyć się ich towarzystwem mając z tyłu głowy myśl, że robię krok w tył. Tak wiem, to tylko kilka złotych, ale na każdym kroku wydajemy tylko te kilka złotych, a potem orientujemy się, że z drobnych kwot robią się dziesiątki i setki, a niekiedy i tysiące. 


Za dużo myśli i pretensji. Zbyt wiele oczekiwań. Pytanie tylko czy to naprawdę są moje oczekiwania. Moje własne wyśrubowane oczekiwania. Oczekiwania, przez które stale odczuwam rozdarcie i przykrość...