Kocie odkrycie - poduszki z walerianą



Na poduszki z walerianą trafiłam przypadkiem. Jak wiecie od lat zaopatruję się w kocie jedzenie, kuwety, żwirki itp. w zooplusie, który gorąco polecam. Za każde zamówienie dostaję punkty bonusowe adekwatne do wydanej kwoty i gdy trochę mi się tych punktów uzbiera, to wybieram coś z premii. Jakiś czas temu dorzuciłam do koszyka poduszeczki z walerianą. Dwie sztuki warte niecałe 10 zł. Tak w sumie, żeby wykorzystać te punkty. W sumie zainwestowałam w nie bez przekonania, bo była okazja dostać je za darmo i... okazało się, że to strzał w dziesiątkę. 

Moja czwórka kotów po prostu oszalała na ich punkcie. Tulą, miętolą, liżą, kopią te poduszeczki na zmianę i są przy tym niesamowicie zadowolone. W dodatku poduszeczki powodują, że rzadziej są między nimi spięcia, bo w momentach znudzenia, gdy nie ma pod łapką człowieka albo innego chętnego do zabawy kota, pojawia się poduszeczka. Idealny kompan do zabawy albo skopania poduszkowego tyłka - wszystko w zależności od nastroju. 

Szczerze mówiąc nie sądziłam, że taki drobiazg może aż tak cieszyć. Niesamowicie pozytywne zaskoczenie, aż musiałam się z Wami tym podzielić, bo ostatnio o kotach tutaj jakby mniej. 

Nie ukrywam, że im bliżej debt free, tym bardziej zastanawiam się, co dalej będzie z moim blogiem. Pisać? Nie pisać? O czym pisać? Finansowi giganci z uporządkowanymi do granic możliwości finansami są jakby bardziej pożądani niż 25 latka mieszkająca z rodzinką bez własnych zobowiązań finansowych w postaci zakupu mieszkania albo procesu wynajmu. Niby takich ludzi jak ja jest wiele, ale czy to kogoś w ogóle interesuje? Czy czytanie o porażkach i zarobkach rzędu 2200 zł netto jest interesujące? Podobno zarabia tak grono ludzi. Podobno. W blogosferze tych bogatszych jakby więcej ;) Biedni chyba wyrabiają nadgodziny, żeby coś z życia mieć. Albo tak jak ja - spłacić długi i wreszcie odetchnąć ;) 

Jak mi poszedł letni detoks zakupowy?



Kilkanaście tygodni temu postanowiłam, że nie kupię żadnych ubrań do końca września. Zostało co prawda jeszcze kilka dni, ale do dnia wypłaty mam aż 100 zł, więc raczej nie przehulam tego na ubrania. Nie miałabym za co kupić jedzenia, a do wypłaty jeszcze jakieś 9-10 dni. Minimum.

Jak poszło mi tym razem z niekupowaniem ubrań? Będę nieskromna - fantastycznie. Miałam co prawda momenty, gdy weszłam do ulubionego lumpeksu, ale akurat trafiłam na dzień przed dostawą i zostały same resztki, co skutecznie mnie ostudziło. W dodatku pomiędzy kolejnymi wieszakami zdałam sobie sprawę, że niczego nie potrzebuję. Jedyne czego mi było trzeba to nowe sandałki, które kupiłam przed rozpoczęciem wyzwania oraz spodenki, bo jak się okazało, w moje ulubione przestałam się mieścić. Zabawne. Człowiek oszczędza, zasuwa jak głupi, żeby pozbyć się długów, a mimo to przybyło kilka kg i masa ubrań przestała pasować. 

Spodenki kupiłam finalnie w lumpeksie. Oprócz nich kupiłam cudowną koszulkę i to było moje jedyne śróddetoksowe przewinienie. Myślę, że zakup dwóch rzeczy w ciągu kilkudziesięciu dni i to na kwotę 20 zł, to bardzo dobry wynik.

Spodenki są naprawdę świetne, ale nie chodziłam w nich zbyt często. Uwielbiam je co prawda bardzo, ale sukienki wygrały. Na szczęście mam pomysł wykorzystania tych ekstra spodenek w zestawach jesiennych i zimowych, ale o tym może za chwilę. Moja nowa miłość do sukienek naprawdę mnie zadziwia. Kiedyś chodziłam tylko w spodniach, obecnie mam zestaw sukienek na lato, zestaw sukienek przejściowych i sukienki stricte na zimowe dni. Czuję się w nich naprawdę dobrze. 

Jestem już po przeglądzie szaf i wszelkich ubraniowych zakamarków. Poczekałabym z tym trochę, ale w mojej mieścinie od kilku dni w nocy temperatury spadają poniżej 3 stroni, a poranki są naprawdę chłodne. Musiałam więc zabrać się do odgrzebania ubrań jesiennych i zimowych dużo wcześniej. 

Całe to odgrzebywanie trochę mnie zasmuciło. Moja jesienno-zimowa garderoba nie wygląda za dobrze. Potrzebuję nowych ciepłych butów na zimę, dwóch par spodni, w które bez problemu się zmieszczę (zabawne jak ciągłe siedzenie w pracy wpływa na wzrost wagi), jakiejś bluzy albo może i dwóch. Mam co prawda sporo swetrów, ale irytują mnie. Tak zwyczajnie. Są piękne i ciepłe, ale mają szerokie rękawy 3/4 co powoduje zawijanie się pod kurtką i utrudnia poruszanie rękami. Dyskomfort ogromny. Od razu włącza mi się wyższy poziom drażliwości. Postanowiłam więc, że czas ruszyć się na jakieś lumpeksowe łowy, kiedy tylko moja szałowa wypłata wpłynie na konto. 

Lubię to, że po długim niekupowaniu niczego po prostu nie chce się iść do sklepu. Jakoś tak zaczyna wystarczać mi to, co mam. Zaczynam dostrzegać to, jak wiele tego jest i jak to mogę wykorzystać. To miłe uczucie. Takie poczucie dostatku. Szkoda, że to tylko na okres letni. Okres chłodnych dni prędzej czy później zmusi mnie do tego, żeby wyruszyć na poszukiwania tego, czego mi brakuje.

Mam dylemat czy szukać w sklepach z używaną odzieżą i spróbować skompletować garderobę za gorszę, czy może tym razem wydać nieco więcej na nowe ubrania? Chodzi mi po głowie ta druga opcja. Nie dlatego, że od wieków nie byłam w sklepie z nowymi ciuchami. Lumpeksy wybieram z własnej woli, nie z konieczności. Drażni mnie to, że nowe ubrania mają tak kosmiczne ceny, ale może to tylko dla mnie. Korci mnie to poczucie komfortu podczas kupowania spodni - jakie chce takie są, rozmiary przeróżne, kolory, fasony. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Tylko wiadomo - drożej niż w lumpeksie. Nie mam też niestety żadnego zaplanowanego budżetu na tego typu wydatki. Musiałabym ruszyć moje oszczędności, a nie bardzo mi się chce. 


Usunęłam konto na FB



I nie, nie było to ani proste, ani szybkie. Był to dość długi proces, trwający gdzieś tak od maja 2015 roku, a tak naprawdę od końca studiów, kiedy to fb stał się tak cudowny, że woleliśmy prowadzić zbiorowe konwersacje zamiast wyjść na piwo. Nie nie dzieliły nas duże odległości. Żeby było ciekawiej mieszkaliśmy może ze 30-40 minut od miejsca spotkania, a i tak niewiele to dało. FB wygrywał. I działo się tak przez wiele wiele lat. 


Doskonale pamiętam, że w liceum prowadziłam beztroskie życie bez FB. Wtedy to jeszcze żyło się bardziej naszą klasą, którą z czasem zastąpił FB, ale, rozczarowana popularnym nk, odpuściłam sobie posiadanie FB. Czy coś mnie wtedy ominęło? Szczerze mówiąc nie wiem. Nie odczuwam tego. Nawet jeśli ominęły mnie najdziksze imprezy, to jakoś to do mnie nie dotarło. Żyłam sobie więc bardzo spokojnie, bez tych wszystkich bodźców, tablic, lajków i innych, aż do 2012 roku, kiedy zaczęłam studia i okazało się, że bez fb się nie da, bo to przecież główny kanał informacji. AHA. Dobrze, że wykładowcy mieli adresy mailowe, bo teraz to nie wiadomo czy mają, czy jednak kontakt z nimi odbywa się za pośrednictwem fb. Trochę już w końcu nie studiuję, mogło się wiele zmienić. 

W każdym razie czas na jednych i drugich studiach upłynął mi na ciągłym fejsbukowaniu. Naprawdę. Fejsbukowaliśmy o wszystkim, a z czasem nasze rozmowy zastąpiły wypady na kawę, ciacho, piwo, a nawet na imprezy. Dobrze, że jest jeszcze Sylwester i ludzie chętniej wtedy wychodzą, bo impreza sylwestrowa za pośrednictwem facebooka byłaby już dla mnie przegięciem, ale wszystko jest dla ludzi. Podobno. 

Już wtedy bolało mnie to, że mając ponad 600 znajomych nie bardzo było z kim wyjść. Na pierwszych studiach jeszcze nie było aż takiej tragedii, ale ludzie byli zdecydowanie nerdami, więc i tak nie pili alkoholu, ani nie chodzi w miasto, ale już na drugich studiach, gdzie byłam nieco starsza, uderzyło mnie to jak ważną częścią życia jest fb. A było to parę lat temu. Teraz jest jeszcze instagram, insta stories, kanały na yt, snapchat i inne, których nazw i funkcji nawet nie kojarzę. Mnie osobiście bardzo to przytłacza. Takie rozmienianie się na drobne i wielowymiarowe publikacje. Podziwiam ludzi, którzy mają na to chęci i czas. I przede wszystkim pamiętają, żeby opublikować coś na instagramie, wrzucić post na fb, nagrać podcast, napisać post na bloga, skonstruować newsletter, itp. itd. Nie dziwię się, że tak wielu blogerów nie pracuje na etacie, bo i kiedy. Niemniej taka wielowymiarowa obecność w siebie wzbudza mój szacunek, bo ja bym zwyczajnie oszalała. Wiecie, tak po ludzku - non stop myślałabym o czym napisać, co sfotografować, co napisać, żeby nie zacząć zjadać własnego ogona itp. itd. Odbiegłam jednak nieco od tematu.

Nigdy nie byłam osobą lubiącą internetowy ekshibicjonizm. Mogę coś napisać, bo lubię i myślę, że robię to nieźle, ale daleko mi do ciągłego fotografowania siebie, innych oraz miejsc, mebli, jedzenia itp. Wolę po prostu cieszyć się chwilą, a nie myśleć czy dobrze wygląda i ile osób już ją polubiło. Fb traktowałam po prostu jako narzędzie, konieczność komunikacji na studiach, ale studia się skończyły. Już jakiś czas temu. Każdy poszedł w swoją stronę, zaczął prace, podjął inne studia, wyjechał i tak się jakoś kontakty poluzowały. Zostało jednak bardzo wiele osób tutaj na miejscu, w mieście obok, nawet w tym samym mieście. A mam też takich, którzy pracują niedaleko mnie i wiecie, co? Świetnie nam się gada na fb, ale nie możemy się spotkać. Bo dzisiaj mi się nie chce, jutro mam pracę, pojutrze to nie wiem, zgadamy się na fb. Ok. Ok. To. Pa. Pa. Co tam? Wszystko ok. I tak w kółko. 

Zmęczyło mnie to i rozleniwiło. I wkurwiło, bo zdarzyło mi się oberwać w realu pretensją w twarz, że odczytuje i nie odpisuję od razu. Przepraszam, że co? Przegapiłam widocznie moment, w którym odpisywanie po 20 minutach, godzinie, a nawet dwóch dniach stało się nietaktem. Gdy spałam, świat zaczął wymagać bycia online 24/7, odpisywania natychmiast, pod wpływem chwili, bez zastanowienia, bez refleksji i bez przemyśleń. Bez starań, żeby odbębnić. 

Moje konto na fb istniało prawie 6 lat. Bardzo mi w międzyczasie pomogło, ale najbardziej wartościowe znajomości zawarłam bez tego wynalazku. Podczas wyjazdu z pracy, na korytarzu na uczelni (bez późniejszego kontaktu na fb), podczas wypadu do baru, podczas wolontariatu w schronisku. I wiecie co? Od 2015 roku, od maja, próbowałam odświeżać znajomości z ludźmi, których mam na fb. Trochę pogadać, wyjść na kawę, spotkać się. Szczerze mówiąc niewiele z tego wyszło. Wiele spośród tych 600 osób do dzisiaj nie odpisało na moje wiadomość, inna część pogadała i na tym się skończyło, z kilkoma już prawie prawie udało się spotkać, reszta wyjechała i poczułam się rozczarowana. Kiedyś byliśmy dla siebie mniej lub bardziej ważni. Kiedyś. Albo po prostu mi się wydawało. Bardzo możliwe. Zaczęłam więc usuwać kolejno osoby, z którymi kontakt był zerowy. Z 600 osób zrobiło się 550, 450, 250, 100, w końcu tylko 30 i... usunęłam konto. 

Tak po prostu, pierwszego dnia tegorocznej jesieni. Poczułam ulgę i zdałam sobie sprawę, jak mnie to męczyło. Wiecie, taka świadomość, że macie tyyyylu znajomych na wyciągnięcie ręki, a jednak jesteście zwyczajnie sami. W żadnym razie nie była to prosta decyzja, bo zamknęłam sobie drogę do kontaktu z kilkoma wartościowymi osobami, ale jednocześnie wiem, że z ich strony od dawna nie było żadnych prób kontaktu ze mną. Tzn. Popisaliśmy chwilę i tyle. Spotkania nie doszły do skutku. 

Od wielu miesięcy mam w głowie mojego znajomego. Młody facet, pełen pasji, ma więcej znajomych niż ja przez całe życie poznałam ludzi. Ale co ważne - prawdziwych znajomych. Spotykają się, imprezują, wyjeżdżają razem, odwiedzają, dzwonią i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że ów znajomy nie ma ani konta na fb, ani maila. Nigdy nie miał. Ma telefon, można do niego zadzwonić, napisać i tyle. A mimo to ma niesamowicie bujne życie towarzyskie. Takie wiecie, jak kiedyś prowadzili nasi rodzice albo dziadkowie - realne, rzeczywiste, szczere i niewirtualne. Nie prowadzi dyskusji na fb, jeśli czegoś potrzebuje to dzwoni albo, o zgrozo, jedzie do domu tego kogoś. Wyobrażacie sobie, że takie coś ma jeszcze miejsce? Odwiedzanie się? W moim świecie, dwudziestoparolatków, odwiedzanie się to prawie zapomniany obyczaj. Niemniej jednak podziwiam za każdym razem to w jaki sposób żyje ten znajomy. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to, że to naprawdę wyjątkowy i charyzmatyczny człowiek, i ludzie szczerze chcą z nim rozmawiać, spotykać się itp., ale jest w tym coś prawdziwego. Coś, czego mnie brakuje. Sama dałam się wpędzić w życie z substytutem. Fb zaczęłam traktować jako zamiennik życia towarzyskiego i spotkań z ludźmi. Mam do siebie o to sporo pretensji, bo pomijając wygodę innych ludzi, sama wielokrotnie wolałam popisać z kimś z łóżka, niż wstać, umyć się, ubrać i iść na spotkanie. Kiedy o tym myślę, widzę ile wartościowych ludzi przeszło przez moje życie i poszło dalej. A mogłam ich zatrzymać. Nawiązać lepszy kontakt. Zwyczajnie się zaangażować zamiast po prostu pisać kolejne wiadomości.