Ile wydałam na koty przez 10 miesięcy?



Pamiętacie mój plan budżetu na 2018 rok? Ja też nie. Ostatnie 9 miesięcy przeciekło mi przez palce niesamowicie szybko. Większą część czasu spędziłam w pracy, przez wiele miesięcy moje myśli zajmowała choroba, która dopadła bliską mi osobę i właściwie nadal dużo o tym myślę, ale udało mi się nieco uspokoić i zdystansować w tej kwestii. Pamiętam jednak, że miałam ambitny plan pozbycia się długów, co się udało. Następnie był długotrwały detoks zakupowy nastawiony głównie na kupowanie ubrań. Myślę, że to mi się udało, bo na dzień dzisiejszy wydałam na ubrania niecałe 700 zł (od początku roku!), a potrzebuję jeszcze tylko butów na zimę oraz 3-4 par grubszych rajstop. I pamiętam, że były jeszcze wydatki na koty. 

Wspomniane wydatki na koty zakładały, że na moje sierściuchy wydaję maksymalnie 240 zł na miesiąc, czyli maksymalnie 2880 zł. Cel wówczas wydawał mi się w zasięgu ręku. Dokonałam jakichś obliczeń i wyszło mi, że ta oto kwota będzie adekwatna. Nie do końca pamiętam jednak jak doszłam do takiej kwoty. Wtedy może i była ona adekwatna do sytuacji, obecnie jednak wydaje mi się dość skromna. Co prawda w pierwszej połowie roku szło mi całkiem dobrze, ale potem było już gorzej. W tak zwanym międzyczasie odkryłam karmę mokrą concept for life dla kociąt, która została ulubioną pożywką mojego wybrednego kocura. Cieszę się, że udało mi się znaleźć jakieś urozmaicenie od feliksów i że jest coś, co może jeść na zmianę z feliksami. Problem polega jednak na cenie tych saszetek oraz w ich dostępności. Dostać je można jedynie w zooplusie, a często nie ma ich również i tam, co wiąże się z tym, że jak już się pojawią, muszę zrobić większy zapas, czyli wydać więcej. Cena nie jest aż tak porażająca, bo saszetka 85 g kosztuje 1,98 zł przy zakupie całego pakietu, ale to dwa razy więcej niż felix. Biorąc pod uwagę, że wybredny zjadałby tylko te saszetki w ilości 3 dziennie, wychodzi to już 3x1,98x30, czyli około 180 zł na miesiąc na jednego kota, a są też inne. Na szczęście je te saszetki zamiennie z tańszymi, więc nie wychodzi to aż tak drogo. 

Głównie zmiana kociej karmy spowodowała, że do dnia dzisiejszego wydałam na moje kociaste aż 2776,77, czyli 99% założonego budżetu na rok 2018. A do końca roku jeszcze ponad dwa miesiące. Nieźle się przeliczyłam, a raczej nie doliczyłam w tej kategorii. A to tylko wydatki na karmę, żwirek zakup nowej kuwety oraz kilku poduszek z walerianą. Nic ponad to. A gdzie jeszcze weterynarz, szczepienia, odrobaczenia? Szczepienia zdecydowałam się przełożyć na rok następny, natomiast w kwestii odrobaczeń jestem do przodu, bo w zeszłym roku zrobiłam zapas tabletek na odrobaczenie. Zbiorowy wypad do weterynarza w celu zadbania o kocie zdrowie oraz profilaktykę będzie sporym wydatkiem w przyszłym roku, dlatego w najbliższym czasie czeka na mnie duże oszczędzanie. 





Miesiąc bez fb


Miesiąc temu usunęłam swoje konto na fb. Przymierzałam się do tego od wielu miesięcy, głównie dlatego, że fb jako narzędzie przestał być dla mnie użyteczny. Czułam się wręcz zmęczona posiadaniem tam konta oraz konta na messengerze. Ciągłe bycie online nie jest dla mnie. Podejrzewałam to od bardzo dawna, ale dopiero ten miesiąc w pełni potwierdził moje przypuszczenia - nie potrafię być online 24/7. Ba. Dla mnie bycie online nawet przez 12 h dziennie to przegięcie. Oczywiście mówię tylko o sobie, bo moi znajomi bez problemu się w tym odnajdują i bardzo to lubią. 

Przez ostatnie 30 dni byłam niesamowicie spokojna. Nic mi nie wibrowało, a sprawdzenie godziny nie wiązało się z odczytaniem szeregu mnie lub bardziej ważnych informacji. Głównie tych mniej ważnych. Nie myślałam też o tych wszystkich podróżach znajomych, imprezach, na które nie mam czasu lub pieniędzy, ani nie bombardowały mnie sugestie jak powinnam żyć, co kupować. To niezwykle wyzwalające. Stałam się panią swojego czasu, bo wreszcie mogę włączyć swoje skupienie na pełnych obrotach. Niby odpisanie na wiadomość to tylko chwila, ale ta chwila wypadała akurat w takim momencie, że musiałam się oderwać od czegoś innego. 

Najbardziej lubię jednak to, że z mojej codzienności wypadły propozycje spotkań oraz odpadła konieczność natychmiastowego odpisywania. Musicie wiedzieć, że bardzo lubię swoich znajomych, ale pod kątem kontaktu internetowego i częstotliwości spotkań różnimy się pięknie. Oni odnajdują się w byciu online 24/7, natychmiastowym odpisywaniu, a do mnie zupełnie to nie przemawia. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć odpowiedź, bo nie lubię odpowiadać po łebkach, byle co, byleby było. Nie potrafię od razu sprecyzować czy idę gdzieś dzisiaj czy nie, bo nie odtwarzam na bieżąco mojej listy zajęć i bez zastanowienia się, nie umiem w 15 sekund odpowiedzieć. Ponadto część z nich uważa, że odpisywanie po czasie jest brakiem szacunku, bo odpisanie trwa tylko chwilę. A dla mnie to nieco odrealniona opinia i za każdym razem opowiadam się za tym, że komunikatory są dla mnie, a nie ja dla komunikatorów. 

Wspomniane propozycje spotkań, to dla mnie również kwestia męcząca. Bardzo cenię znajomości, które dają mi przestrzeń i swobodę. Mam kilka takich osób w swoim życiu, z którymi spotykamy się z dużą nieregularnością, czasem nawet co kilka miesięcy, ale zawsze rozmawiamy ze sobą w taki sam sposób - o wszystkim, jak przyjaciele, bez bólu dupy, że tyyyle się nie odzywałeś/odzywałaś, pretensji o olewanie itp. Uwielbiam takie ciepłe, dobre relacje, których fundamentem jest wzajemna sympatia, a nie częstotliwość spotkań. Mam natomiast problem w odnalezieniu się w relacjach z osobami, które wiecznie mają czas i ochotę na wyjście i spotkanie oraz oczekują ode mnie tego samego. Tu zaczynają się schody, bo w pewnych przypadkach zaczynam się dusić, gdy ktoś 5 razy  w tygodniu proponuje mi spotkanie i odbija się od niego, że nie mam czasu/ochoty/będę chciała się spotkać,to napiszę/zadzwonię. Czuję się wręcz osaczana. Lubię mieć swobodę wyboru czy chcę się spotkać i świadomość, że osoba, z którą mam się spotkać nie wywiera na mnie presji. Na pewno sami kojarzycie takie osoby z zacięciem bluszcza. Niby ich lubimy i fajnie jest się spotkać, ale ciągłe spędzanie z kimś czasu nie jest dla nas.

Przez ostatni czas zdarzało mi się bywać w różnych miejscach w ciemno, czyli bez sprawdzenia na fb czy aby na pewno dzisiaj tam się co dzieje. O dziwo przez te 30 dni poznałam więcej osób niż przez ostatnie kilka miesięcy za pomocą fb. Myślę też, że poznałam je dużo lepiej niż gdybym tego fb nadal miała, bo skupiałam się na rozmowie tu i teraz, pozyskaniu kontaktu i namiaru oraz miałam z tyłu głowy myśli, że do kolejnego spotkania nie porozmawiamy sobie na fb. Trzeba więc człowieka chłonąć. Bardzo przyjemna sprawa! Uświadomiłam sobie, że możliwość rozbudowania znajomości przez internet rozleniwia mnie podczas rozmowy na żywo, bo mogę się potem w domu z łóżka wysilić bardziej. Ta możliwość pozbawiała mnie też odwagi pytania o pewne sprawy, bo e tam, najwyżej podpytam go po dodaniu do znajomych. Teraz nie ma tak dobrze. Furtka została zamknięta.

Były i są oczywiście nadal osoby, z którymi kontakt po usunięciu konta na fb urwał mi się na dobre. O jednej myślałam szczególnie dużo, bo dowiedziałam się, że przeprowadziła się do mojego miasta, ale nie miałam nr ani żadnej informacji, gdzie mieszka lub gdzie bywa, i tu już był problem. Życie lubi jednak niespodzianki i dosłownie kilka dni temu wpadłam na nią w sklepie, do którego weszłam chyba pierwszy raz od kilku lat. Moja radość nie miała końca ;)

Póki co widzę same plusy usunięcia konta na fb. Takie plusy dla mnie, bo wiadomo - każdy ma inne potrzeby, oczekiwania, sposób użytkowania, priorytety. Dla mnie priorytetem jest to, żeby wrócić z życiem do rzeczywistości, zamiast uciekać od życia do wirtualnego świata. Świetnie prowadzi mi się z ludźmi rozmowy pisane, genialnie wypowiada mi się moje myśli w internecie, ale w rzeczywistości wysiadam. Brakuje mi praktyki, odwagi, zaangażowania. Często nie umiem znaleźć słów albo mówię za dużo ze stresu i obawy sama nie wiem przed czym. Przeszkadza mi ta rozbieżność, bo myślę, że jestem wartościowym człowiekiem. Problem w tym, że nie potrafię pokazać tego poza internetem. 



Zmiany po spłacie długów



Spłata długów była celem, który zajmował mi ostatni rok. Właściwie to zajmowało mnie to przez dłuższy okres czasu, ale na poważnie poświęciłam się temu dopiero po założeniu bloga. Nie wyszło to jednak tak jak chciałam. Miało być idealistycznie, minimalistycznie i zawsze 600 zł na 30 dni, ale życie zweryfikowało moje ambitne plany i wiele razy moje plany rozminęły się z rzeczywistością bardzo bardzo. Guru finansów osobistych nie zostanę nigdy, to już wiem. Za mało jest we mnie dyscypliny i determinacji w dążeniu do celu, a wiedzcie, że to moja bolączka od wielu wielu lat. Myślę, że gdybym była bardziej zdyscyplinowana, zdeterminowana i nie odpuszczała na ostatniej prostej, to dzisiaj byłabym w zupełnie innym, lepszym miejscu. Ale czy aby na pewno? Na pewno nigdy się nie dowiem, ale wiem, jakie mam wady i co mnie w sobie denerwuje. Wiem, nad czym mogę pracować i co może uczynić mnie lepszą wersją siebie dla samej siebie. 

Wiele spośród moich wad odkryłam właśnie podczas spłaty długów - odpuszczanie, tłumaczenie się, wyszukiwanie wymówek dla różnych wydatków, poddawanie się zero-jedynkowej presji bycia albo ekspertem i wzorem, albo odpuszczania tematu, bo nie jestem wystarczająco dobra. Z perspektywy czasu wiem, że nie muszę być ani najlepsza, ani bardzo dobra, żeby pisać o moich słabościach, błędach, potknięciach, doświadczeniu z finansami oraz o sukcesach w życiu codziennym. Nie musze mieć fanów i setki czytelników, wystarczy, że to, co piszę wpływa pozytywnie na moje życie, a może przy okazji wpłynie dobrze na kogoś jeszcze. 

Życie po spłacie długów nie jest zbyt kolorowe. Zostało mi na koncie niewiele pieniędzy, nietykalne 500 zł oszczędności oraz mocne postanowienie, żeby nie zadłużać się najdłużej jak się da, bo nie mam pewności, że nigdy nie będę do tego zmuszona. Przy okazji spłaty zadłużenia, podjęłam kilka decyzji: 


1. W najbliższym kwartale nie biorę nadgodzin, korzystam z urlopu ile się da oraz spędzam w pracy minimum z minimum. 

Ten rok dał mi w kość niesamowicie. Praca stała się moją codziennością zarówno w wolne dni robocze jak i wolne weekendy oraz święta. Cel był ważny - pozbycie się zadłużenia, ale okupiony licznymi wyrzeczeniami. Przede wszystkim ten rok przeciekł mi przez palce. Spędziłam niewiele czasu ze znajomymi i przyjaciółmi, wiele relacji rozluźniło się naprawdę bardzo, a przede wszystkim mam wrażenie, że zaniedbałam rodzinę i partnera i to bardzo zaniedbałam. Dlatego też uprzedziłam szefa oraz współpracowników, że koniec z pracowaniem za kogoś. W tym kwartale nie biorę żadnych zastępstw, żadnych nadgodzin, nie zamieniam się z nikim i proszę, żeby do mnie nie dzwonić, gdy wydarzy się nagle coś pilnego i ważnego, bo w pracy się nie zjawię. Są inne osoby, które przez ostatnie 9 miesięcy miały wiele wolnego moim kosztem, są bardziej doświadczone i najwyższy czas, żeby i one spędziły w pracy ekstra godziny. Ja przestałam być dyspozycyjna. Szok i niedowierzanie na twarzach szefa i współpracowników bezcenne. Prawdopodobnie zyskałam tytuł buraka roku, bo niektórzy już zaczęli planować sobie świąteczne wolne i ferie zimowe kosztem mojego wolnego bez mojej wiedzy, a tu taka niespodzianka. Nie przyjdę. Nie pojawię się w wolny dzień w pracy. Nie wiem jak ta firma radziła sobie beze mnie, serio ;)

2. Oszczędzam minimum 500 zł miesięcznie przez najbliższe 6 miesięcy. 

Spłata zadłużenia wymagała ode mnie pozbycia się oszczędności, a że chcę być gotowa na jakieś W albo inne czarne chwile, zdecydowałam się na oszczędzanie przez najbliższe pół roku. Tyle mi trzeba, żeby być spokojna i nie sięgać w chwili kryzysu po pożyczki, debety, kredyty itp. Ponadto nie chcę od razu rzucać się na głęboką wodę i odbijać sobie słabszy czas, bo boję się, że znów zacznę wydawać dużo i finalnie za kilka miesięcy będę dalej miała jedno wielki nic. 

3. Dalsze prowadzenie bloga 

To było coś, co trapiło mnie od jakiegoś czasu - czy po spłacie zadłużenia będzie sens w prowadzeniu bloga? Założyłam go dla wyzwania, którego właściwie nigdy na dobre nie rozpoczęłam oraz dla zmobilizowania się do spłaty zadłużenia. Spłata się udała. Moje życie pozbawione jest zadłużenia,więc co teraz? Pisanie dla siebie, czyli to, co było pierwotnym założeniem bloga. Lepiej mi się  pisze, gdy wiem, że jest szansa, że ktoś to przeczyta. Czuję się wtedy bardziej zmotywowana, zobowiązana, żeby coś robić ze swoim życiem. Poza tym ja po prostu lubię pisać, mam z tego zwyczajną radochę, a czasem potrzebę, żeby coś z siebie wyrzucić i taki oto mam sposób. Pozanudzam Was trochę tym, co u szarej masy polskich pracowników, jak się żyje bez ekstra kasy z nadgodzin oraz jak układa się życie bez długów i z czystą kartą. Ponadto zrobię to, co obiecałam wiele miesięcy temu - dobrowolnie i bez presji zadłużenia, poświęcę się wyzwaniu 30 dni za 600 zł, bo wreszcie mogę to zrobić dla siebie, a nie z konieczności. Bo mogę i chcę - piękne słowa, ale więcej o tym za jakiś czas. Póki co rodzina, partner, przyjaciele i bliscy. Nadrabiam stracony czas i chwile, których nie odzyskam. Mogę za to stworzyć nowe. 













Pozbyłam się wszystkich długów!


Długo czekałam na ten dzień. Obliczyłam sobie moment, w którym przeleję pieniądze na poczet spłaty wszystkich kredytów i okazało się, że nie bardzo mogę wytrzymać do tego 10 listopada. Głównie przez to, że świadomość posiadania długów zagnieździła się w moim umyśle na tyle, że trochę zaczęłam świrować. Ograniczyłam spotkania ze znajomymi do minimum, w sklepie zastanawiałam się nad każdą wydaną złotówką i czy aby na pewno muszę jeść śniadanie, bo w końcu banany dzisiaj takie drogie... Potem nadszedł czas na rozważania czy aby na pewno potrzebna mi lampa. Bo może jakoś da się żyć w pokoju bez jedynego źródła światła. Chodzić spać z kurami, używać latarki. Trochę mi się odpłynęło. Najgorsze jednak było to tłumaczenie się przed wszystkimi z wszystkiego, które automatycznie ze mnie wychodziło, i to przeliczanie ile jeszcze muszę zaoszczędzić w październiku, żeby w listopadzie być wolną od długów.

Rozumiecie to? Zapieprzam bite 3 miesiące w pracy za każdego niemal dzień w dzień, potem padam na twarz, a jeszcze potem przychodzi moment, w którym czeka mnie kolejne 5 tygodni oszczędzania i... trochę mnie to podłamało. Postanowiłam przeliczyć wszystko jeszcze raz, wszystko to, co mam, czego potrzebuję, na co już wydałam, a co jeszcze będzie mi potrzebne i zdecydowałam, że zamiast dalej oszczędzać, poświecę część moich oszczędności, dla spokoju ducha. W końcu oszczędzałam również po to, żeby w razie czego upaść na poduszkę, a nie wprost na twarz.

Wczoraj na moje konto wpłynęło wynagrodzenie za pracę we wrześniu, całość nadgodzin oraz oszczędności jakie zgromadziłam od marca tego roku. Trochę się wahałam, trochę rozproszyłam myślą o jakimś wyjeździe albo może zakupach, na które tak czekam. A potem podjęłam jedyną słuszną decyzję - spłaciłam całość swojego zadłużenia i wreszcie swobodnie odetchnęłam. Poczułam się wolna. Wolna od myślenia o tym ile mi zostanie. Wolna od myślenia o tym, ile ekstra godzin muszę spędzić w pracy, aby pozbyć się długów. Wolna od ograniczeń narzuconych przez wcześniejszy brak ograniczeń. Wolna od ciągłego sprawdzania konta i analiz ile nadpłacić, ile zostawić, ile mi zostało wolnych środków, i jak znowu odmówić jakiegoś wyjścia.

To niesamowite doświadczenie. Trochę jak uwolnienie się spod ciężkiego plecaka, który dźwigało się przez ostatnie wiele dni z konieczności, a nie dla przyjemności. Poświęciłam na to sporą część oszczędności, na które długo pracowałam. Poszły na to moje wszystkie nadgodziny, ale zyskałam wiele więcej - spokój ducha, czas dla rodziny, która potrzebuje mnie teraz bardziej niż zwykle, wolność wyboru, co zrobię z nadwyżką pieniędzy, zamiast świadomości, że muszę nadpłacić kredyty. Wiele straciłam przez ostatnie miesiące. Wiele chwil z rodziną, z partnerem, z bliskimi i cieszę się, że teraz jest moment na to, aby to wszystko nadrobić. Bez tego głosu w głowie, że znów muszę być w pracy 240 godzin zamiast 160, bo czekają na mnie kredyty, bo jak nie spłacę tego teraz, to będę się z tym bujać kolejne 10 miesięcy, a wszystkie ekstra pieniądze i tak mi się gdzieś rozejdą. Jak zwykle zresztą. Jak to się w ogóle dzieje, że wszelkie nadwyżki tak często zwyczajnie przejadamy?

Stan zadłużenia na dzień 10.10.18r. 0 zł

Stan oszczędności: 500 zł 






Moje wydatki z sierpnia i września



Mamy 6 października i szczerze mówiąc, gdzieś umknęły mi spisy wydatków z sierpnia i września. Zbierałam się, żeby je napisać, ale tutaj internetowy detoks, tutaj kilkudniowa przerwa od telefonu, potem nadgodziny i jakoś tak to wszystko zleciało aż do dzisiaj. Dlatego też nadrabiam braki i spieszę wyjaśnić na co i gdzie wydawałam pieniądze od 1 sierpnia do 30 września.


Sierpień
Piękny letni miesiąc, który był stanowczo za krótki. Niby aż 31 dni, ale ja miałam w jego trakcie wolnych może z 5, z czego jeden spędziłam na ślubie. Wesele zobaczyłam jedynie na początku, ponieważ musiałam od razu zacząć zbierać się i wracać do domu, bo na drugi dzień praca... Wyrabianie nadgodzin tylko po to, żeby spłacić zadłużenie jest zwyczajnie przykra. Słowo. To takie zapieprzanie po nic. Niby w imię bezpieczeństwa finansowego i pozbycia się balastu, ale kurwa, to życie przemija tak szybko, kasa ucieka jeszcze szybciej i niemal dzień w dzień doskwierała mi myśl o tym ile to mnie omija. A ominęło bardzo dużo. Z wielu imprez zrezygnowałam, bo nie wypadało iść z pustymi rękami, inne odpuściłam, bo byli tam ludzie, przy których po prostu automatycznie wydaję więcej. Macie tak czasem? A potem po prostu już mi się nie chciało, bo byłam zbyt zmęczona i sfrustrowana. 

Spożywka w sierpniu kosztowała mnie 228 zł. Jedzenie na mieście 112 zł. Mam wrażenie, że w sierpniu odżywiałam się energią słoneczną, owocami, sokiem pomarańczowym i wodą mineralną. Nie pamiętam niczego konkretnego, co wtedy bym jadła w domu albo w pracy. Kanapkę, wiadomo, sałatka też się zdarzyła i naleśniki, ale jakieś mięso? Moje sierpniowe menu zdominowały placki z cukinii ze śmietaną oraz gorące ziemniaki z gzikiem. A i to sporadycznie, bo temperatury zniechęcały do jedzenia. 

Wspomniane wesele zamknęło się dla mnie w kwocie 380 zł. 300 zł poszło do koperty, reszta to koszty dojazdu i powrotu. Myślałam czy nie dać więcej, bo ponoć tak wypada (???????), ale ostatecznie stwierdziłam, że skoro jestem tylko w kościele i przez dwie godziny wesela to nie będę szaleć. 

Rozrywkę zamknęłam w kwocie 220 zł. Dużo, ale wrzuciłam tam też okazjonalny obiad w restauracji z bliską mi osobą. To było coś ważnego i wymagało wyjątkowej oprawy, a praca nie pozwalała mi na zaaranżowanie tego we własnym zakresie. 

Koty kosztowały mnie 283 zł. Rozczarowana brakiem saszetek concept for  life zdecydowałam się zrobić zapas innej mokrej karmy i żwirku. 

Ubrania to wydatek 20 zł i to nie na miesiąc, ale na cały kwartał. Bardzo mnie to cieszy, że wydawałam tak mało, ale jednocześnie mam świadomość, że większe zakupy nieuchronnie się zbliżają. Nie cieszy mnie to jakoś, mimo że za niedługo będę mieć na to wolne środki.

Kosmetyki - niewielkie uzupełnienie najpotrzebniejszych rzeczy to w moim przypadku wydatek 40 zł. Szampon, odżywka, żel pod prysznic, dezodorant, pasta do zębów i gotowe. 

Słodycze, napoje, przekąski - głównie sok pomarańczowy, woda mineralna oraz lody. 87 zł.

Ile łącznie kosztował mnie sierpień? 1370 zł. I myśląc o tym z tej perspektywy to... żałuję, że wybrałam się na to wesele. Nie miałam okazji za bardzo porozmawiać z rodziną, bo wszyscy dotarli dopiero do kościoła, a tam wiadomo - gadać nie wypada, potem było składanie życzeń, obiad, pierwszy taniec i musiałam zacząć się zbierać. Oczywiście nasłuchałam się przy tym niemal od każdego, że praca nie jest najważniejsza, powinnam wziąć sobie wolne, potem będę żałować, że wolałam pracę i życie mi ucieknie a nic z niego nie będę miała. I inne tego typu złote mądrości starszych wiekiem i rozumem skarbnic wiedzy wszelakiej. Najgorsza osoba w rodzinie to teraz ja. Możecie mi pogratulować. W każdym razie nie podjęłabym drugi raz takiej decyzji. Szkoda było na tę imprezę czasu, cudowania w pracy w grafikiem oraz zwyczajnie pieniędzy. To pewnie dość mocne słowa, ale tak na chłodno minusów jest znacznie więcej niż plusów. Nie jestem zbyt sentymentalna, nie odczuwam potrzeby bratania się z kuzynostwem oraz plotkowania o tym co u ciotki Wiśki, wujka Antka i ciotecznej babki Eli. 


Wrzesień

Wrzesień rozpoczął się wydatkiem na lampę. Poprzednia dosłownie rozpadła się podczas czyszczenia i konieczny był zakup nowej. Tym sposobem 140 zł zostało w Castoramie.

Kocie wydatki pochłonęły we wrześniu 430 zł. Naprawdę bardzo dużo. Wynika to głównie z tego, że do zooplusa trafiła wreszcie ulubiona karma mojego kota, na którą czekaliśmy naprawdę bardzo długo. Dostawa, która miała dotrzeć do 20 sierpnia (!), finalnie znalazła się na miejscu kilka tygodni później. Postanowiłam więc na wszelki wypadek zrobić większy zapas w razie podobnych sytuacji, bo zależy mi na tym, żeby mój wybredny jadł coś oprócz ukochanych feliksów. 

Wydatki na domową spożywkę zamknęłam w kwocie 200 zł. Drugie tyle pochłonęło jedzenie na mieście. Przez ciągłe siedzenie w pracy po 11-12 godzin zupełnie opadłam z sił i nie miałam nawet siły myśleć o gotowaniu albo robieniu kanapek. Plus jest taki, że na słodycze wydałam niecałe 10 zł. 

Rozrywka to zaledwie 59 zł. Dwa razy spotkałam się ze znajomymi i raz wybrałam się sama do kina. 

Leki kosztowały mnie 154 zł. We wrześniu nie miałam okazji wyleżeć się i odpocząć, więc przez ostatnie kilka dni wspomagałam się dużą ilością antygrypów i cudów na ból gardła, żeby całkiem mnie nie rozłożyło. Ponadto musiałam kupić kolejną porcję moich leków.

Prezenty we wrześniu kosztowały mnie 62 zł. 

Łącznie zamknęłam się w kwocie 1255 zł. Chciałam zmieścić się w kwocie 1000 zł ze wszystkim, ale cóż... Lampa nie mogła czekać, wyleciało mi z głowy, że najwyższy czas kupić leki oraz te zapasy dla kociaków... 

Wrzesień przeciekł mi przez palce bardzo szybko. I w dodatku pamiętam z niego tylko pracę, pracę, aptekę, pracę, kino i zakup lampy. Coś strasznego. Naprawdę. Wegetacja i prymitywna egzystencja wręcz. 

Całe te dwa miesiące pochłonęły z mojego budżetu sporo pieniędzy, ale to też trochę przez błędne koło - kiedy siedzi się w pracy non stop, człowiek, a raczej ja, bo wiadomo są wulkany energetyczne, żywe roboty i ludzie nie do zdarcia, męczyłam się bardzo. Brakowało mi snu, relaksu i zwyczajnego nicnierobienia. Czułam gdzieś w środku, że zaraz się rozpadnę albo zwariuję. Albo jedno i drugie. W dodatku dałam się wpędzić w pułapkę tłumaczeń, co dodatkowo mnie stresowało i męczyło. Ograniczona ilość wolnego czasu zaczęła generować wydatki w postaci jedzenia na mieście, kupowania czasem jakichś zapychaczy. I wiem, że zaraz ktoś mi powie, że przecież wystarczy się zorganizować, i że nawet pracując 50 dni w ciągu 61 dni średnio po 11 godzin da się wszystko ogarnąć z palcem w dupie. Podziwiam i zazdroszczę, ja nie potrafię. Głównie dlatego, że szereg rzeczy zależy tylko ode mnie i nie mam drugiej pary rąk do pomocy, ani nawet drugie osoby, która mogłaby mi w tych konkretnych rzeczach pomóc. Muszę to robić sama. Na szczęście to już za mną i cieszę się, że od teraz nadgodziny są dla mnie wyborem, a nie koniecznością i że te ciężko zarobione pieniądze mogę wreszcie wydać w sposób, który odczuję inaczej niż różnicą w wysokości zadłużenia. 





Najważniejsze czego nauczyło mnie spłacanie długów



Kiedy już na stałe pogodziłam się z tym, że mam długi( i to dość spore w stosunku do zarobków) oraz zdecydowałam, że najwyższy czas się ich pozbyć, popełniłam jeden poważny błąd - nie przepracowałam sobie tego w głowie. Rzuciłam się na głęboką wodę, podjęłam ambitne cele i kilka razy życie spłatało mi figla i po spłacie dużej części, musiałam zapożyczyć się znowu. Ironia, kurwa, losu. Poprzeklinałam sobie wtedy trochę, powkurzałam się na wszystko dookoła na czele z samą sobą i dalej potulnie spłacałam długi wciąż popełniając ten sam błąd. Błąd nie był finansowy. Błąd siedział gdzieś tam w mojej psychice i zdałam sobie z niego sprawę dopiero po wielu miesiącach. 

Wszystko zaczęło się dosyć niewinne. Ograniczałam środki na rozrywkę, podjęłam decyzję o detoksie zakupowym, żeby nie wydawać kasy na ubrania i skupić się na tym, co już mam oraz odłożyłam w czasie wszelkie wycieczki, wyjazdy, eskapady i krótkie wyjazdy. Zaczęłam też brać coraz więcej nadgodzin, co nie uszło uwadze znajomych. Nie uszło ich uwadze również to, że nie wydaję lub wydaję bardzo mało. Taktownie nie komentowali tego i nie wchodzi na temat, a może tak naprawdę w ogóle tego nie zauważyli? Zauważyła to natomiast moja podświadomość, która spowodowała, że na przestrzeni ostatnich nastu miesięcy walki z zadłużeniem zaczęłam się często i gęsto tłumaczyć i usprawiedliwiać przed każdym. Dosłownie przed każdym, wliczając to zmieniające się stale ekspedientki w pobliskiej piekarni. 

Bardzo długo nie przeszkadzały mi te tłumaczenia i usprawiedliwienia, ba, ja nie miałam o nich chyba pojęcia, bo żyłam sobie tak beztrosko jak człowiek zobligowany przez świat do wyjaśniania każdego ruchu i oddechu, aż pewnego razu... To wszystko zaczęło do mnie wracać. Kiedy tak chętnie komentujemy własne życie do różnych osób, zaczyna to wzbudzać w nich jakby większą ciekawość, pozwala na swobodę oraz spoufalanie się, ponieważ spoufaliłam się pierwsza. Zaczęłam odsłaniać karty, ujawniać szczegóły swojego życia oraz fundamenty podejmowanych decyzji. Aż w końcu to spoufalanie się zaczęło mnie zwyczajnie wkurwiać i uderzyło mnie w głowę to, co robiłam przez cały długi czas. 

Bo to przecież ja pierwsza zaczęłam tłumaczyć się przed znajomymi, rodziną, partnerem, współpracownikami, a nawet klientami z nadgodzin. Ja pierwsza usprawiedliwiałam odmowy szeregiem wymówek i argumentów nieco zbyt osobistych. Ja pierwsza zaczęłam tłumaczyć się znajomym twarzom z tego, że oszczędzam, ograniczam się i nie planuję w te wakacje urlopu. Ja ostatnia zdałam sobie sprawę, że pozwoliłam otoczeniu na zbyt dalekie zapuszczanie się na tereny mojego życia, moich finansów, moich nadgodzinowych decyzji. 

Od momentu podjęcia decyzji o spłacie długów nigdy, nawet przez chwilę, nie zastanowiłam się nad tym, jakie reakcje wypracować na reakcje otoczenia. I to był mój największy błąd. 

Wydawać by się mogło, że przecież jakoś to będzie. Słowa same przyjdą do głowy. Wybronię się w razie czego. Problem jednak nie w tym, że świat zacznie nas nagle przesłuchiwać, gdy zaczniemy pracować więcej i wydawać mniej. Problem w tym, że możemy pogubić się w zeznaniach i stać się ofiarą własnych tłumaczeń i usprawiedliwień. 

Właśnie taką ofiarą się stałam. Ofiarą własnych tłumaczeń i usprawiedliwień. Wyjaśnień własnych decyzji, pomimo braku pytań i zainteresowania. 

I cieszę się, że po tak długim czasie dostrzegłam, że sama jestem sobie winna tego, gdzie się znalazłam. Że zrozumiałam dlaczego ludzie tak chętnie komentują i nawiązują do mojego życia. Sama im na to pozwoliłam. Żałuję tego bardzo, bo poczułam się przez to wiele razy słaba. Wiecie, nie chodzi o złośliwości, bo te nigdy mnie nie spotkały. Chodzi o jakieś takie przekraczanie granic. A raczej o przekraczanie granic, których nigdy nie ustaliłam, ale nagła bliskość ludzi, ich pytań i zainteresowań jest dla mnie dotkliwie niekomfortowa. 

Teraz już wiem, że każda większa zmiana wymaga ode mnie przemyślenia, co w razie czego odpowiem zainteresowanym. A wiem już, że nie odpowiem wiele. Praktykuje to od jakiegoś czasu. Konkret zamiast tłumaczenia się. Nienawidzę tłumaczenia się. Czuję się wtedy słaba. Czuję się wtedy jakby niżej. 

Myślę, że każdy, kto rozpoczyna walkę z długami, musi mieć świadomość, że z czasem mogą pojawić się pytania, dlaczego wychodzisz rzadziej? Obecnie mam inne zajęcia. Dlaczego ciągle robisz nadgodziny? Taką podjęłam decyzję. Dlaczego nie jedziesz na wakacje? Pojadę w innym terminie. Oraz mnóstwo innych, na które warto odpowiadać krótko, konkretnie i bez usprawiedliwień. Dłużnicy i tak czują się kijowo, gorsi, ograniczeni, zmęczeni wizją, że oto przez długi długi czas nie czeka ich nic oprócz zaciskania pasa, a tu jeszcze ktoś się przypieprza i jakiś wywiad przeprowadza. Krótkie, oszczędne odpowiedzi bez odsłaniania kart, tłumaczeń i usprawiedliwień chronią przed wybuchem i brutalną pacyfikacją natarczywych ciekawskich.

Nie dajcie się, tak jak ja, zapędzić w kozi róg przez własną słabość i potrzebę tłumaczenia się na głos bardziej przed samym sobą niż innymi. Walka z długami wymaga nie tylko oszczędzania i nadpłacania kredytów, ale także asertywności w codzienności. Okazji będzie bardzo wiele i prędzej czy później ktoś spróbuje nas rozliczać z tego ograniczenia wyjść, braku wakacji, unikania imprez itp. Nie dajcie się wtedy zaszczuć i nie pozwólcie, żeby ktoś sprawił, że zaczniecie czuć się źle.