Moje wydatki z 2018 roku


Co prawda do końca roku pozostały jeszcze dwa dni, ale jestem już po wszystkich grudniowych zakupach wliczając to zapas spożywki co najmniej do 2 stycznia 2019. A to oznacza, że mogę zamknąć grudniowe finanse i przejść do podsumowania.
Korzystając z wolnego wieczoru, postanowiłam udostępnić tabelkę z moimi wydatkami z 2018 roku. Wydatki na koty już znacie. Mieliście okazje przeczytać o nich TUTAJ. Podobnie zresztą znacie temat moich wydatków z roku 2017 (KLIK) oraz spis wydatków z 12 miesięcy obejmujący okres od  czerwca 2016 roku aż do końca maja 2017 (KLIK).

Dla jasności dodam, że tabelka przedstawia zmienne koszty mojego życia, których wielkość zależy wyłącznie od mojej konsumpcji, a w wyjątkowych przypadkach od czynników zewnętrznych - wydatki na leczenie anginy czy niedoleczonej grypy. Wydatki takie jak rachunki za internet oraz telefon wrzucam do osobnego worka. Kosztują mnie one dokładnie 1548 zł, co w dużej mierze spowodowane jest przez doliczoną do abonamentu telefonicznego ratę za sprzęt, czyli nie inaczej - mój telefon.

Podobnie jak w roku 2017 mój arkusz 2018 nie będzie kompletny. Brakuje mi w nim dwóch miesięcy - stycznia, kiedy to miałam poważne zawirowania w pracy i myślałam tylko o tym oraz w marcu, kiedy to niemal cały miesiąc spędziłam pomiędzy pracą a szpitalem siedząc przy bliskiej osobie. Mam jednak zestawienie z 10 miesięcy, bardzo dokładne, które pozwala mi wyciągnąć jako takie wnioski na temat moich finansów, ocenić ich kondycję oraz procentowy udział poszczególnych kategorii w wydatkach ogólnych.


KategoriaIIIVVVIVIIVIIIIXXXIXIIRAZEM
Spożywcze2153222002963212002002911593032507
Ubrania191012671150200146179847
Kosmetyki3098878716400321570475
Zdrowie017138622086015477123241241
Praca1274737128028051029411
Transport4020750580012270259
Rozrywka152032578107220593001171461504
Jedzenie NM01631212304011220010512281011
Słodycze etc.81129121693987101803860814
Prezenty0701756934300620035745
Chemia, inne139260014000130435
RAZEM6641121179412027281087825119467082510249
Jak widać moja tabelka zawiera zaledwie 11 kategorii. Zaledwie albo aż - wiadomo, wszystko jest względne. Dla mnie te kategorie w chwili obecnej są wystarczające. Ważne było dla mnie to, aby rozdzielić na podkategorie wszelkie produkty spożywcze na a) słodycze, napoje, przekąski b) spożywcze kupowane do domu c) jedzenie kupowane w drodze do pracy, głównie z lenistwa, bo dzień wcześniej nic sobie nie przygotowałam d) jedzenie na mieście. Pozwala mi to bardzo łatwo wyłapać, która z tych podkategorii podbija mi wydatki ogólne na spożywkę i lepiej pilnować się na zakupach. Jak widać kategoria słodycze i etc, czyli napoje, słone przekąski, woda, itp. to u mnie gigantyczna kwota ponad 800 zł! I pierwsza kategoria na celowniku na rok 2019 - ograniczyć to co najmniej o 50%, bo co jak co, ale za 800 zł miałabym fajny wyjazd, ciekawy kurs, dobre, solidne buty, piękne ubrania, cokolwiek innego. W dodatku te 814 zł to prawie 8% wszystkich wydatków z tych 10 miesięcy, a biorąc pod uwagę, że to w większości cukier i zbędne kcal to zwyczajnie szkoda na to kasy. Są ciekawsze alternatywy dla takiej kwoty, korzystniejsze dla mojego zdrowia.

Spożywka pochłonęła 2507 zł, czyli niemal 25% kwoty końcowej. Wydaje mi się, że Michał Szafrański pisał gdzieś o tym, że spożywka pochłania około 25 % budżetu według czegoś tam. Nie bardzo potrafię wygrzebać w pamięci źródło tych procentowych rewelacji, ale na pewno podliczył to urząd statystyczny czy inna instytucja zajmująca się takimi bajerami. 

Ubrania w tych 10 miesiącach to zaledwie 847 zł. Złożyło się na to głownie moje kupowanie w SH, noszenie tego, co mam w szafach, świadomy detoks zakupowy oraz mocne postanowienie ograniczenia liczby posiadanych ubrań. Najbliższy detoks zakupowy trwać będzie do końca marca. To już kolejny z rzędu kwartał, kiedy ograniczam się w kwestii nabywania nowych ubrań oraz tych pochodzących z SH. Nie ukrywam jednak, że wraz z przyjściem wiosny mam w planach odświeżenie mojej garderoby, bo powoli staje się ona byle jaka. Potrzeba mi nowych bazowych ubrań, bo obecne są na wykończeniu. Podejrzanie szybko moje t-shirty przechodzą ewolucję w ściereczki do czyszczenia. Tłumaczę sobie to tym, że zazwyczaj t-shirt mam jednorazowo na sobie od 12 do 14 godzin, nie mam ich zbyt wielu i logiczne, że zwyczajnie się niszczą, robią im się plamy pod pachami albo zaczynają brzydko pachnieć. Najgorsze są te t-shirty, które już po kilku praniach zaczynają wydzielać dziwny zapach, nie wiem jaki dodatek mają tkaniny, z których powstały, ale wraz z bliskimi natknęliśmy się już na tego ubrania zarówno w SH jak i sieciówkach. Zapach przypomina trochę cebulę? Albo syrop z cebuli?

Kosmetyki kosztowały mnie 475 zł. Moim zdaniem bardzo niewiele, ale też niewiele tego wszystkiego używam - szampon, odżywka, żel pod prysznic, tusz i błyszczyk, oliwka do ciała dla dzieci. Ciągle denkuje kosmetyki kupowanie jeszcze podczas szału zakupowego typu balsamy do ciała albo serum z wit C za kosmiczną cenę 49 zł. Niby powinnam je już wyrzucić, bo są otwarte ponad 6 miesięcy, niektóre nawet ponad 12, ale konsystencja i zapach jest ok, nie powodują uczulenia, ani nic i tak się z nimi męczę i męczę....

Zdrowie to 1241 zł. Tutaj to raczej niewiele mogę podziałać. Sporo kosztowały mnie leki, gdy rozłożyła mnie angina, inne moje leki oraz lekarstwa, które czasem kupuję babci, żeby odciążyć jej budżet. Właściwie wydałam w tej kategorii około 3500 zł w całym tym roku, ale te 2200 zł było kwotą w całości przeznaczoną na pomoc bliskiej osobie podczas badań (prywatnie oraz przy konieczności zakupu leków i poszerzeniu diagnostyki). Była to jednorazowa finansowa pomoc, więcej nie mogłam dać, ale wiem, że każda złotówka z tej kwoty trafiła na szczytny cel. Postanowiłam jednak nie wrzucać tego do zestawienia wydatków, bo była to sytuacja jednorazowa, ważna i wyjątkowa. Ponadto zwyczajnie zaburzyłoby mi to obraz moich finansów, gdyby nagle jedną kategorię mi tak wyśrubowało w górę.

Praca, a raczej opłata za lenistwo w kwestii robienia kanapek/sałatek/itp. do pracy to 400 zł z groszami przez rok. Wcześniej wydawałam dużo więcej, obecnie staram się pilnować, chociaż w ostatnich dniach szło mi jakoś gorzej.

Sporo pieniędzy przeznaczyłam na rozrywkę oraz jedzenie na mieście. Rozrywka to wszelkiego rodzaju kina, teatry, wypady ze znajomymi do baru na %%, natomiast jedzenie na mieście to wszystkie te wyjścia i spotkania, podczas których wchodzę do lokalu gastronomicznego i dokonuję zakupu jedzenia. Od McD, poprzez bary mleczne, aż po lokalne bary z obiadami domowymi. Lubię czasem wyjść gdzieś z babcią lub partnerem i zjeść coś dobrego bez konieczności stania przy garach i późniejszego zmywania. Ostatnio chodzi za mną przepyszny stek wołowy w pewnej restauracji, ale to wydatek rzędu 80-100 zł i trochę mam opory. 


To ile wydałam w 2018 roku??? 
1550 zł na rachunki za internet i telefon
10250 zł za wydatki zmienne
2200 zł pomoc w leczeniu i diagnostyce
1200 zł dla rodzinki - dorzuciłam się do remontu. Na co dzień nie dorzucam się do rachunków, bo nie chcą. Robię czasem zakupy strategicznych artykułów spożywczych typu mleko, olej, mąka, kupuję chemię i kosmetyki oraz sporadycznie dorzucam się do większych inwestycji w domu - święta, remonty, naprawy itp. Raz dwa razy w roku po około 1000-1500 zł. W zależności od potrzeb.
3450 zł na koty
+/- 3250 zł marginesu za styczeń i marzec, kiedy to nie notowałam wydatków
Razem: około  21 500 zł 
Średnio około 1800 zł /msc + spłata długów przez większość miesięcy w 2018.

Kwota końcowa wydaje się naprawdę ogromna jeśli uwzględnimy fakt, że nie utrzymuję się sama - mieszkam z rodziną, większość spożywki mam w kuchni, a jedyne większe wydatki w moim przypadku to utrzymanie naszych kotów. 

Nie mam sprecyzowanych planów finansowych na rok 2019. Wiem tylko, że celem nadrzędnym jest niezadłużanie się, budowanie dalej oszczędności, ograniczenie wydatków na śmieciowe jedzenie oraz czasu spędzanego w pracy. Ponadto w kwestiach niefinansowych celuję w rozwój osobisty. Myślę, że najwyższy czas ruszyć mózgiem i nabyć jakąś nową umiejętność oraz robić więcej dla siebie. Nadal zmagamy się w rodzinie z poważną chorobą, biegamy po lekarzach oraz stale prześladują nas myśli, że czas w tym gronie dobiega powoli końca. Ciężko jest mi planować cokolwiek w obliczu, gdy nie wiem, co nadejdzie jutro. Wszelkie większe zmiany na razie odłożyłam na bok. Skupiam się na cieszeniu chwilą i spędzaniu czasu z bliskimi. 

Dajcie znać, jak wyglądają Wasze finanse po tym roku. Bardziej plus czy minus?




Wolontariat w pracy


Lub też dobrowolne przychodzenie do pracy dużo wcześniej bez potrzeby i wyraźnego polecenia z góry, a przede wszystkim - bezpłatny czas, który z własnej woli poświęcamy, żeby być przed czasem i po czasie. 

W mojej pracy nieustannie obserwuję zadziwiające zjawisko - pomimo tego, że przed otwarciem mamy odgórnie narzucony płatny czas na przygotowanie siebie i stanowiska do obsługi klientów ludzie i tak dobrowolnie przychodzą 10, 20, 30, a nawet 40 (!!!!) minut wcześniej. Za darmo, z własnej woli, bez potrzeby, bo rano nie ma aż tak wiele do zrobienia. Mnie osobiście nie przestaje to szokować. Sama jestem 7-10 minut wcześniej (rezerwa czasu na ewentualną kolejkę podczas porannych zakupów). Przychodzenie kilkadziesiąt minut wcześniej, żeby sobie posiedzieć i poplotkować, co możemy robić na luzie w czasie pracy, gdy nie ma klientów, stale powoduje opad mojej szczęki. Szczególnie, że w pracy siedzimy 9,5-11 godzin, więc dowalanie sobie dodatkowych minut to w moim odczuciu niezły masochizm. 

I uwierzcie mi, przeprowadziłam w tej sprawie wywiad środowiskowy - a na co, a po co, a dlaczego, czemu aż tyle, nie szkoda Ci tego czasu na sen/spokojne śniadanie/zrobienie makijażu itp. Odpowiedzi były zgoła różne od bo lubię po odwożę rano dziecko do szkoły i nie opłaca mi się wracać do domu. W przerażającej jednak większości taki pracowy wolontariat nie ma żadnej zewnętrznej przyczyny. Nie wynika z tego, że autobus przyjeżdża tak wcześnie albo partnerowi tak pasuje w drodze do jego pracy. To własna, nieprzymuszona wola. Przy jednoczesnym częstym i gęstym narzekaniu, że tyle godzin siedzimy w pracy. 

Sama staram się do minimum ograniczyć czas spędzany w miejscu pracy. Staram się robić na bieżąco wszystko, włącznie ze sprzątaniem, żeby nie zostawać ekstra po godzinach, bo zostawanie po zamknięciu to praca za darmo. Podobnie rano - próbuję różnych metod, żeby jak najbardziej efektywnie wykorzystać przeznaczony na to czas i nie dokładać do tego swojego wolnego czasu. 

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, że podziwiam osoby, które permanentnie są w pracy dobre pół godziny przed czasem. Podziwiam ich sumienność i zaangażowanie. Jednocześnie nie mogę się nadziwić skąd biorą do tego motywację. Robią to w ramach własnych zasad? Niepisanego regulaminu w pracy, który jawnie mam w tyłku i przed 9 uświadczyć mnie można w pracy skrajnie rzadko. A może żeby wpędzić innych w kompleksy, że oto i oni - tacy porządni, punktualni, pracownicy roku? Spać nie mogą czy co? 

Mam wrażenie, że to uporczywe nacieranie na stanowisko pracy grubo przed wyznaczonym czasem to taka cecha starszego pokolenia. W poprzedniej pracy mojej mamy, wszyscy 55+ przyjeżdżali do pracy pół godziny i więcej przed czasem, BO TAK. Nadmienię tylko, że zmiany mieli 16 godzinne i w głowie mi się nie mieści, że dobrowolnie bez powodu z 16 godzin pracy na własne życzenie robię 16,5 godziny albo i 17! Jest to dla mnie absurdalne i nie przekona mnie do tego żaden pogląd powołujący się na patetyczny szacunek do miejsca pracy. 



Porządki w finansach



Moje finanse przez długi czas były bardzo nieuporządkowane i wręcz wołały o pomstę do nieba. Niby spisywałam wydatki, ale nie przenosiło się to na korzyści finansowe, bo robiłam to bezrefleksyjnie i niewiele mi to dawało. Wiedziałam ile na co wydaję i to wszystko, bo dalej beztrosko wydawałam pieniądze, co zaprowadziło mnie do zadłużenia. Pożyczoną kasę wydałam łatwo i szybko, oddawałam długo, mozolnie i z przebojami. Aktualnie jest dobrze. Oszczędzam, bo chcę. Badam swoje granice w kwestii 'nie potrzebuję'. Ciekawi mnie jak niewiele mi trzeba na co dzień i ile mogę się obejść bez wydatków zbędnych. Nie unikam jednak chodzenia po sklepach. Nie chodziłam po nich tak długo, że różnej maści towary zwyczajnie mnie nie interesują. Do drogerii wchodzę po to, czego mi trzeba i nic ponad to. Do lumpeksu po ściśle określone ubrania, których brakuje w mojej szafie. Chciałam napisać garderobie, ale byłoby to zdecydowanie nad wyraz. Spożywczak natomiast zawsze z listą zakupów. 

Skoro w kwestii długów jestem na czysto, postanowiłam doprowadzić kwestie bankowe do końca i zamknąć nieużywane rachunki, a mam ich trochę. No nie aż tyle, bo raptem cztery oprócz tego, którego używam na co dzień, ale bodzie mnie to i uwiera w myślach dosyć mocno, bo założyłam je w 2017, a mamy koniec 2018. W chwili obecnej nie używam żadnego z nich, bo nie mam na tyle kasy, żeby dodatkowe rachunki bankowe były mi potrzebne i nie mam też żadnych większych wydatków, które umożliwiłyby mi skorzystanie z jakichś programów rabatowych, promocyjnych czy innych bonusów. Dlatego też moim postanowieniem końcoworocznym jest zakończenie współpracy z bankami, których usług nie potrzebuję. Potrzebuję natomiast strategii i to dobrej, bo mam dobre serce, miękką dupę i mogę się dać namówić na jakieś cuda bajery. Skreśliłam na pewno korzystanie z usług poczty polskiej, nie będę dokładać do tego biznesu jeszcze kosztów wysyłki listów. Wolę przejść się na nogach, bo wszystkie te oddziały mam naprawdę niedaleko domu i wszystkie obok siebie, ewentualnie skorzystam z infolinii. W każdym razie życzcie mi powodzenia, bo to zamykanie kont zawsze wiąże się z długą listą pytań, propozycji i wszelkiej maści wyjaśnień a czemu, a dlaczego, a gdyby coś tam.... 


Przygotowanie do podsumowania roku


Kiedy tak patrzę na arkusz, w którym spisuję wydatki z tego roku jestem pod wrażeniem, bo wcale nie wydaję dużo. Oczywiście, mnóstwo pieniędzy pochłonęła spłata kredytów oraz wydatki na lekarzy dla bliskiej mi osoby, która na taki wydatek nie mogła sobie pozwolić, a także na moje koty, ale mimo to uważam, że osiągnęłam świetny wynik. Aktualnie staram się ten wynik otrzymać, bo tyle miesięcy z kredytami na karku nieźle mnie otrzeźwiło albo też zwyczajnie skończył się w moim życiu bum na kupowanie wszystkiego, czego dusza zapragnie. Moje potrzeby materialne jakoś tak zmalały. Stale stykam się z nadmiarem kosmetyków w łazience, które grzecznie i w swoim tempie wykańczam. Noszę ubrania, które mam w szafie i rozsądnie wybieram te nowe, głównie pod kątem tego, czego na najbliższe tygodnie mi potrzeba. Moje myśli wciąż krążą wśród choroby, która dotknęła bliską mi osobę. To każdorazowo bardzo mnie otrzeźwia i hamuje moje zapędy. Często też budzi mnie w nocy myślą, że czas jest tak ulotny i powoli kończy nam się ten wspólny i warto zrobić coś, żeby być razem więcej i bardziej. To trudne, kiedy przez wiele lat żyje się bardziej obok siebie niż ze sobą. A jednocześnie tak bardzo powszechne i coraz bardziej zauważalne w czasach, gdy mamy mnóstwo komunikatorów i gadżetów. Coraz mniej rozmów, zabaw, wspólnych wyjść. Gdzieś kiedyś zapędziliśmy się z tym za daleko i ciężko nam wrócić do tego, co było wcześniej. 

Oddech po spłacie kredytu powoli dobiega końca, a głowa wypełnia się myślami, że może warto by pokierować jakoś finansami i nałożyć priorytety na rok kolejny. Trudne to zadanie. Nie wiem w jakim składzie moja rodzina będzie w przyszłym roku, kogo przy nas zabraknie, a może i nie zabraknie, bo los okaże się łaskawy? Partner coraz częściej rozważa zmianę pracy na odległą i wielomiesięczną, gdzieś tam daleko w innych krajach, a ja stoję sobie i słucham tego wszystkiego, zbieram wszystkie swoje odczucia i czuję się nieco przyblokowana. To takie paraliżujące uczucie, że życie każdego gdzieś pędzi i zmierza, a moje jakoś tak zapuściło korzenie i w głowie zaczyna brakować pomysłu co dalej. Bo niby teraz wszystko mam, jestem szczęśliwa, ale boję się utraty bliskich, rozłąki, długich wyjazdów, chorób i śmierci. Staram się cieszyć tym, co mam i odsuwać te smutne myśli jak najdalej, ale dorosłość polega też na tym, że mierzymy się z tym, co niekoniecznie nam odpowiada, rozważamy różne opcje, również te złe. A ja boję się tych czarnych scenariuszy, chwil wypełnionych bólem i rozpaczą. Decyzji, które na mnie czekają i zmian, które kiedyś zajdą. 

Przygotowałam już arkusze z liczbami za rok 2018, uzupełniam tylko kolumnę grudniową, jednak to tylko cyfry i liczby, nagie i bez kontekstu. A za nimi kryje się tak wiele wydarzeń, decyzji i zmian. Brakuje mi w moim zestawieniu całych dwóch miesięcy, kiedy to zawirowała w moim życiu sfera pracy i przewróciło się wszystko do góry nogami oraz kiedy posypały się fundamenty w rodzinie. Choroba wiele zmienia i to oczywiste, nie sądziłam jednak, że choroba potrafi tak bardzo skłócić i podzielić. Nie sądziłam też, że nagle w obliczu ekspertów objawia się tak wiele ekspertów i znawców, którzy, oczywiście z bezpiecznej odległości kilkuset kilometrów, wpychają się w życie z buciorami, krytykują, obrażają i udzielają bezcennych porad, bo przecież jestem tylko umysłowo niedorozwiniętą amebą i nie dostrzegam ich światłych porad. Dlatego w tym roku święta będą u nas mniej rodzinne. Eksperci dalej trzymają dystans, bo ekspertem można być tylko na odległość, na bliskim dystansie każdy jakoś tak pokornieje i zamyka gębę, bo porady nijak mają się do choroby, na dalszym czujemy się pewniej z tymi dobrymi radami, z których rozliczać będziemy kogoś innego, a nie siebie. A ja też przestałam otwierać drzwi każdemu, w przenośni oczywiście, bo nie mam cierpliwości do słuchania umoralniających gadek ludzi, którzy w razie czego mi nie pomogą, ale tylko zbesztają i skrytykują. Bez względu na łączące nas pokrewieństwo przestali być mile widziani w moim życiu, bo ja nie zasłużyłam na tak złe traktowanie, a oni nie zasłużyli na traktowanie ich dobrze po tym, co sobą reprezentują. Potrafię wybaczyć naprawdę wiele, a nigdy nie zapominam krzywd i złych słów ze strony innych. Czasem nawet mnie to bawi, że ludzie, których łączy pokrewieństwo roszczą sobie tak wielkie prawo do tego, aby kierować życiem innych. Nie wspierać i pomagać, ale kierować, krytykować, narzucać, a w razie czego poniewierać. Takie więzy rodzinne to zdecydowanie nie moja bajka i dziękuję za nie bardzo, akceptuję, ale nie przyjmuję. Niech się panoszą jak najdalej ode mnie. 



Moje ulubione śniadanie


Musicie wiedzieć, że nie cierpię klasycznej owsianki. Powód jest dość prozaiczny - płatki zalane wrzątkiem albo, co gorsza, zagotowane, skutecznie obierają mi apetyt, bo już na wstępie wyglądają jak totalny bełt. Z tego też powodu wszelkie płatki od kukurydzianych po czekoladowe jem tylko z zimnym mlekiem - muszą chrupać, a takie rozmemłane i rozmoczone odpadają. O dziwo przy preferencjach tego typu nie trzeba rezygnować z płatków owsianych. Wystarczy zaopatrzyć się w:

* płatki owsiane
* płatki gryczane
* płatki ryżowe
* wiórki kokosowe
* pestki dyni
* pestki słonecznika
* otręby gryczane
* otręby żytnie
* otręby pszenne
* otręby owsiane
* migdały
* płatki jęczmienne
* płatki orkiszowe
* siemię lniane
* dowolne orzechy 

Do tego potrzebujemy:
* jogurt mały lub duży owocowy 
* jogurt naturalny
* dowolny owoc: truskawki, banan, jabłko, mandarynka lub też rodzynki
* kakao lub starta na tarce czekolada

Składniki z pierwszej listy mieszamy w pojemniku plastikowym, szklanym lub dużym słoiku, dostajemy przepyszną i zdrową mieszankę, którą w dowolnym momencie dnia po prostu wsypujemy do miski na surowo, zalewany wybranym jogurtem, dodajemy lub nie owoce/kakao i cieszymy się pysznym jedzeniem. Modyfikować to jedzonko możemy na wiele wiele sposobów. Od dodania jabłek i cynamonu, po jogurt zblendowany z owocami leśnymi. 

Długo myślałam, że owsianka musi powstawać z gotowanych płatków i naprawdę mnie to odrzucało, ale wypróbowałam wersję surową i polecam każdemu. W moich mieszankach zawsze jest słonecznik prażony, ponieważ genialnie zmienia smak całości i podchodzi mi bardziej niż taki nieuprażony.


A co jest Waszym ulubionym śniadaniem?


Ile wydałam w listopadzie



Listopad upłynął mi pod kątem świadomego oszczędzania na jedzeniu. Wymyśliłam sobie, że w ciągu 35 dni wydam na jedzenie mniej niż 250 zł o czym możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ. Finalnie postanowiłam jednak, że wyzwanie zakończę 30 listopada, bo dużo łatwiej jest mi się zorientować w wydatkach na przestrzeni pełnego miesiąca typu listopad, niż polegać na terminach od wypłaty do wypłaty. Od dłuższego czasu staram się funkcjonować tak, że wydatki miesięczne to wydatki od pierwszego do ostatniego i bardzo to sobie chwalę.

Finalnie na jedzenie wydałam przez 30 dni listopada: 
* 159 zł wydane na jedzenie w domu oraz jedzenie do pracy - głównie bułki z ziarnami, jakieś owoce, serek do smarowania
* 38 zł na słodycze, napoje i przekąski
* 12 zł na jedzenie na mieście

łącznie: 209 zł a dużo mi jeszcze tego zakupionego jedzenia pozostało, bo przez powrót do pracy mam bardzo mało czasu na pichcenie i zazwyczaj zjadam coś szybkiego i kładę się spać, bo oczy mi się kleją. 

Wydatki na koty pochłonęły 650 zł, ogromna kwota, ale to już ostatni koci wydatek w tym roku. Składa się na to głównie fakt, że w grudniu jesteśmy dosyć niedostępni, bo mamy do ogarnięcia pracę oraz wiele spraw w terenie oraz w szpitalach i na wszelki wypadek postanowiłam kupić więcej kociej karmy, bo nie chce mi się wieczorem dociekać u kogo kurier zostawił moje paczki i jak te paczki przetransportować do mnie do domu. Więcej o wydatkach na koty w 2018 możecie znaleźć TUTAJ 

Ubrania i buty kosztowały mnie 179 zł. Za tę kwotę udało mi się dostać świetne buty na zimę, bardzo ciepłe, sporo bluzek z długim rękawem, które idealnie uzupełniają moją szafę na zimę oraz wkładki węglowe do butów. Poza tym co kupiłam, dostałam też trochę ubrań od znajomych. Bardzo mnie to cieszy, bo otrzymane bluzki pasują do tego, co już mam i mogę na jakiś czas odpuścić zakupy ubraniowe. Dokładnie to zamierzam odpuścić je aż do marca. Właściwie to co najmniej do marca. W planach mam większe zakupy ubraniowe na wiosnę, bo na kolejny sezon zupełnie nie mam ubrań bazowych. A potrzebuję ich jednak sporo. Od dłuższego czasu podziwiam minimalistów, którzy mają niewiele ubrań i sama tak chciałam, ale nie mam w sobie tyle samozaparcia, żeby stale myśleć o praniu i o tym, czy aby na pewno jutro będę miała co na siebie włożyć. Szkoda się frustrować. Wolę mieć więcej rzeczy i spokojną głowę.

160 zł poszło na nadpłatę rachunku telefonicznego, żeby nie martwić się tym aż do marca.

123 zł wydatki na zdrowie. 

117 zł rozrywka. Głównie wypady do kina, bo jakoś tak złożyło się, że w listopadzie było wiele filmów, które przypadły mi do gustu. Dla porównania w grudniu jest aż jeden, a im bliżej tym mniej jestem do niego przekonana.

Transport: 27 zł

Kosmetyki 18 zł


Łącznie w listopadzie wydałam 1480 zł. 
Dużo? Mało? Nie wiem, ale mam poczucie, że w listopadzie nie wydałam pieniędzy na nic zbędnego. Kupiłam wszystko to, co miałam w planach kupić, nie przyniosłam do domu nic zbędnego, nie ma żadnego wydatku, który by mnie uwierał po listopadzie. To był dobry miesiąc pod względem wydatków i chciałabym, żeby było więcej takich.

W grudniu szczerze mówiąc mam do kupienia jedynie żel do twarzy i jedzenie. Ubrania mam, kosmetyki mam, koty mają jedzenie, jeśli się nie rozchoruję to wydatki w grudniu wraz z prezentami (u mnie w rodzinie głównie słodycze), rozrywką i oczywiście jedzeniem zamknę w kwocie aż 400 zł ;) Także skromniutko i wynik podobny do tego z zeszłego roku. Życzcie mi powodzenia i dajcie w komentarzach znać, co myślicie o przyjmowaniu ubrań od znajomych.

Już za 30 dni wrzucę spis wydatków z 2018 roku :)