Zmiana strategii


A dokładniej zmiana strategii robienia kocich zakupów. Nie daje mi spokoju to, że w ciągu zaledwie dwóch miesięcy wydałam na kocie jedzenie wydałam prawie 700 zł. Doliczając weterynarza wychodzi ponad 700 zł w dwa miesiące. Naprawdę bardzo dużo biorąc pod uwagę fakt, że to jedzenie dalej leży w mojej szafce i jego zapasy są naprawdę ogromne. A jak wiecie walczę z tym robieniem zapasów chyba od samego początku prowadzenia bloga. I dzisiaj właśnie nadszedł czas na zmianę strategii robienia kocich zakupów. Nie muszę już podporządkowywać się pod spłatę kredytów, robić po wypłacie większych zakupów i dokonywać większych wydatków, żeby wiedzieć ile zostanie mi na nadpłatę, a ile na codzienne wydatki. Jestem wolna od zadłużenia, mogę pozwolić sobie na rezygnację z magazynowania. A czym zamierzam ją zastąpić? 

Otóż wymyśliłam sobie, że zamiast jednych większych zakupów w miesiącu albo i dwóch większych zamówień w miesiącu, będę uzupełniać szafkę na bieżąco. Kiedy zobaczę, że kociego jedzenia wystarczy mi na najbliższe 3-4 dni, zaloguję się do mojego ulubionego Zooplusa i dokonam zakupów na kwotę około 100 zł. Wyznaczyłam sobie widełki 90-120 zł. Najbardziej zamierzam celować w 100 zł, ale wszystko zależy od tego, co będzie zamawiane, wiadomo. 

Jestem bardzo ciekawa jak zmiana systemu robienia zakupów z jednych większych na kilka mniejszych wpłynie na moje kocie wydatki na przestrzeni najbliższych 10 miesięcy. Wydaje mi się, że powinno mi to przynieść jakiejś oszczędności, ale czas pokaże jak to będzie. Poprzednie miesiące wiązały się z częstymi wizytami w szpitalu i chodzeniu po różnych lekarzach, nie zawsze ktoś był w domu w takich godzinach, aby odebrać jedzenie, a taszczenie go nie wiadomo skąd nie było zbyt komfortowe. Obecnie otrzymaliśmy diagnozę - pacjent paliatywny i nasze wycieczki po szpitalach będą raczej sporadyczne - jakaś tomografia, rutynowa kontrola u onkologa, który powie to, co każdy inny - nic już nie możemy zrobić. Wypisać Państwu skierowanie do hospicjum?

Proszę, jeszcze nie... 

Zyskaliśmy ogrom wolnego czasu i bolesną świadomość, że to nasz ostatni wspólny czas, który upływa bardzo szybko. Na szczęście upływa też bezboleśnie, a to w takiej sytuacji najważniejsze. 



Luty, luty! Ile wydałam w lutym?


Luty to kolejny miesiąc, w którym moje wydatki zamknęły się w kwocie 1400 zł. Naprawdę sporo. Mogłam wydać dużo mniej, ale wyszło, jak wyszło. Obecnie nie mam presji w kwestii wydatków. Mogę pozwolić sobie na nieco więcej i nie pilnować każdej złotówki, staram się jednak nie przesadzać, bo kiedy wydam na coś za dużo, w mojej własnej ocenie, to czuję się potem zwyczajnie źle. Nie lubię przepłacać. Szczególnie za ubrania, których jakość w sieciówkach jest wątpliwa, a w sklepach z wyższej półki uderza mnie horrendalna cena. Ceny ubrań to dla mnie jakieś żarty, naprawdę. Kompletnie nie potrafię odnaleźć się między sklepowymi półkami, bo co chwila potykam się o te niebotyczne ceny za zwykłe koszulki, napisy eko, bio, fair trade, itp. I im bardziej potykam się o takie sprawy, tym szybciej wracam do lumpeksowych wieszaków, zadowolona, że nie wprowadzam do obiegu nowych sztuk ubrań i nie drenuję mojego wątłego portfela. 

Jak wiecie pilnuję tego, co wpływa do mojej garderoby. Nauczyłam się już nie ulegać pokusom, odrzucać te ubrania, co do których mam wątpliwości i przede wszystkim zastanawiam się czy będę to nosić. Ale tak szczerze wobec siebie - będę to nosić czy nie? Ubrań po domu mam aż nadto, nie potrzebuję więc sprowadzać kolejnych, a takie do noszenia też muszą spełniać pewne warunki - nie za krótkie, bez zniszczeń, w neutralnych kolorach, bezproblemowe, bo co to za biznes kupić świetną kieckę, do której muszę dokupić marynarkę, płaszcz, buty i nie wiadomo co jeszcze, żeby w ogóle ją ubrać ;) Temat rzeka po prostu, będę niedługo podliczać zasobność mojej garderoby i publikować info na blogu to się wywnętrzę ;) 

W lutym najwięcej wydałam na rozrywkę (300 zł) i na koty (360 zł). Rozrywkę podbiły mi jednodniowe wycieczki, podczas których konieczny był zakup biletów aby dotrzeć do wybranego miejsca oraz pozwalałam sobie w ich czasie na dobry obiad na mieście. Dodatkowym elementem by zakup nowych słuchawek, bo stare wyzionęły ducha chyba jeszcze w listopadzie. Długo odmawiałam sobie tego zakupu, ale w końcu podjęłam decyzję, że warto - od razu lepiej mi się spaceruje w ciągu dnia, kiedy towarzyszy mi muzyka. 

W kategorii koty 130 zł poszło na weterynarza, a dokładniej na odrobaczenie, preparat do czyszczenia uszu i drugi do czyszczenia zębów. Zamówiłam też zapas karmy mokrej, ponieważ zamawiałam karmę suchą dla takiej kobitki, która dokarmia okoliczne bezdomniaki. Kochana kobieta, mimo natłoku obowiązków ma czas, żeby dwa razy dziennie wyjść i wysypać kotom karmę oraz dopilnować, żeby najsłabsze też zjadły. Naprawdę podziwiam takich ludzi, ponieważ stale walczę z przeświadczeniem, że ja to zupełnie nie mam na nic czasu. A wiadomo, że to nie prawda. Powoli, małymi krokami próbuję wyplenić to negatywne myślenie. Zauważyliście, że jakoś tak chłoniemy od innych przeświadczenie, że jesteśmy zajęci? Mnie w tej kwestii bardzo rozleniwił fb, bo kiedy jeszcze go miałam, namiętnie dyskutowałam ze znajomymi zamiast ich widywać. No bo przecież taka zajęta jestem, że nie mam godziny czasu na spotkanie. Za to było 5 godzin na dyskusję na messengerze.... 

W kwestii kotów mocne postanowienie nie zamawiania jedzenia aż do wykorzystania obecnych zapasów.

Jedzenie do domu zamknęłam w kwocie 190 zł. Właściwie żywię się ostatnio racuchami z różnymi dodatkami, a i sporo czasu spędziłam poza domem, więc w domu jadłam raczej niewiele. Najwięcej z tej kwoty poszło na uzupełnienie domowych zapasów produktów bazowych - olej, mąka, kasze, ryże, masło, cukier, przyprawy różnego rodzaju, makarony.

Ubrania w tym miesiącu to równe 100 zł. 40 zł wydałam na miękkie biustonosze, bo już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem ich zakupu, a pozostałe 60 zł to uzupełnienie garderoby o łupy z lumpeksu. Ostatnio trochę przytyłam i część moich ubrań przestała na mnie pasować. Te w dobrym stanie rozdałam innym, te w stanie gorszym zostały przerobione na ścierki albo posłania dla kotów (sweter z wełny). W sumie niepasujące ubrania mogłabym zachować do czasu aż schudnę, ale równie dobrze mogę przytyć jeszcze bardziej. A od dłuższego czasu walczę z gromadzeniem ubrań na czasy, gdy będę chudsza/będzie okazja/zacznę pracę w korpo itp. itd. Staram się mieć tylko to, co noszę obecnie + rzeczy typu kurtki zimowe/płaszcz na wiosnę/kiecka na wypadek wyjścia do teatru. W dodatku w moim rozmiarze, a nie dwa rozmiary mniejsze lub większe. Schudnę lub przytyję to podejdę do lumpeksu i kupię sobie 4-5 sztuk w obecnym rozmiarze. Tak jak teraz - kupiłam dwie spódniczki i 3 swetry. Tyle. Tyle mi wystarczy, więcej nie trzeba. 

Jedzenie na mieście 100 zł. Właściwie wydałabym w tej kategorii dużo mniej, bo zazwyczaj za tego typu wydatki płaci mój partner. Obecnie jednak zmienia on pracę i staramy się nie nadużywać jego budżetu, bo nowej pracy jeszcze nie ma, a poprzednia dała popalić naprawdę bardzo. Ale te kwestie rozstrzygną się już na drodze sądowej.

Kosmetyki 90 zł. Skończyło mi się dosłownie wszystko - dezodorant, szampon, odżywka, nić dentystyczna, płyn do płukania ust, żel pod prysznic, żel do twarzy. Rzadko zdarza się sytuacja, że muszę wszystkie te bazowe produkty kupić za jednym zamachem, ale przynajmniej mam spokój na jakiś czas ;)

Prezenty - 75 zł.

Zdrowie - 70 zł - tutaj niestety wydatki przez jakieś grypsko, które mnie złapało. Dobrze, że zamknęło się tylko w takiej kwocie. W zeszłym roku podczas choroby wydałam grubo ponad 200 zł....

Bilety autobusowe - 35 zł.

Doładowanie telefonu babci 30 zł.

Słodycze, napoje, przekąski - 30 zł. Głównie soki i to nie dla mnie ;) Możecie mi pogratulować ;) 

Kanapki do pracy 20 zł. 

Razem: 1400 zł. 50 zł na dzień!!!!

Trochę popłynęłam w lutym z wydatkami na koty i na rozrywkę. Mam w planie mocno ograniczyć te kategorie (+ jedzenie na mieście) w marcu, bo 300, 360 i 100 zł w tych obszarach to trochę dużo jak na jeden miesiąc i to takie krótki. 






Cele finansowe



Cele finansowe to coś, co bardzo ułatwia mi oszczędzanie. Wcześniej takimi celami finansowymi były dla mnie poszczególne kredyty. W rachunku bankowym dokładnie przejrzałam swoje zadłużenia i nadałam każdemu z nich numer, według którego dokonywałam spłaty. W ciągu całej spłaty zadłużenia kilka razy zmieniłam system nadpłacania. Finalnie nadpłacałam kredyt największy i patrzyłam jak w międzyczasie maleją też te mniejsze. Trafiłam idealnie, bo wszystko to spłaciło się mniej więcej w tym samym czasie, ale nie za darmo - spłaciło się kosztem moich oszczędności. Taktyka ryzykowna i niezbyt pochwalana, ale gniotły mnie te długi tak bardzo, że postanowiłam zaryzykować i finansowy dołek zasypałam oszczędnościami. Potem wyrabiałam nadgodziny już tylko po to, żeby zgromadzić fundusz awaryjny i to mi się udało. Trwało to dłużej niż wyliczyłam, ale było warto. Obecnie nie oszczędzam już na fundusz awaryjny, bo odpowiednie środki zostały zgromadzone. Teraz ustalam mniejsze cele finansowe, które również ustawiłam sobie w rachunku bankowym i patrzę jak przybliżam się do 100 %. Nie są to jakieś wymyślne cele, ale takie raczej większe wydatki, które poniosę w najbliższym czasie - prezenty dla bliskich, bo zbliżają się urodziny i święta; podróże, bo doskonale relaksują mnie jednodniowe wycieczki; zdrowie, bo chcę się należycie sobą zająć, mam dla kogo być zdrowa; koty, bo im też chcę zafundować kompleksowy przegląd. Zbieram też bufor 1000 zł w razie, gdybym potrzebowała jakieś kasy na już, bo coś wypadło. A nie chcę przy okazji drobnych sytuacji ruszać mojego funduszu awaryjnego. On zaklepany jest na tak zwane skrajnie chujowe czasy, kiedy to życie się wali. 

W tych celach finansowych najbardziej lubię to, że widzę i pamiętam na co zbieram. Niby na co dzień pamiętam, ale gdzieś tam pod koniec miesiąca budzę się z ręką w nocniku i doznaję olśnienia, że przecież miałam odłożyć jeszcze trochę kasy na to, na to i na to, a już nie ma z czego. Dlatego też zdecydowałam się podłączyć pod konto oszczędnościowe te cele finansowe, bo doskonale widzę ile jeszcze mi brakuje do osiągnięcia każdego z nich i od razu po otrzymaniu wypłaty zasilam każdy z celów. Wiecie jak to jest z tym oszczędzaniem na koniec miesiąca - jakoś tak zawsze wyda się za dużo i za mało zostanie ;) Dlatego też odkładam na dzień dobry, zaraz po otrzymaniu przelewu. 





Wydatki a wyjazdy


Ostatnimi czasy wyjeżdżam bardzo mało. Szczerze mówiąc to częściej wyjeżdżam gdzieś z okazji pogrzebu niż z okazji rozrywki, co w dłuższej perspektywie jest dosyć smutne. Podróże jako takie nie są mi do szczęścia niezbędne. Świetnie odnajduję się spacerując po bliższej i dalszej okolicy. Daje mi to takie samo poczucie szczęścia jak wyjazd gdzieś w świat, ale zmiana otoczenia lepiej ładuje moje akumulatory. Niestety bardzo często zapominam o tym, że nawet krótki, jednodniowy wypad gdzieś dalej pozwala mi poczuć się zrelaksowaną i odczuwam to dopiero, gdy z jakiegoś wyjazdu wrócę. Jak to w życiu - plany planami, a życie życiem ;) 

Raz zdarzyło mi się zapożyczyć na wakacje i wspominam to raczej mało komfortowo, dlatego też godzę się na krótsze, rzadsze i tańsze wycieczki, to też mnie cieszy. Mniej cieszyła mnie za to perspektywa spisywania wydatków związanych z wyjazdem, bo to zawsze psuje mi budżet i powoduje jakieś zgrzyty typu: obiad podczas wycieczki to kategoria jedzenie? jedzenie na mieście? rozrywka? A co ze słodyczami? Batonik kupiony w podróży to bardziej słodycze czy jednak ten wrzucić to w rozrywkę? Kwestie te wydają się może nieistotne, ale to właśnie w te drobnostki sprawiają, że nasz spis wydaje się albo zagmatwany i napawa nas wątpliwościami, albo jest przejrzysty i pozwala nam dostrzec nieważne kategorie, w które ładujemy kasę.

To czego staram się pilnować w kontekście nie tylko wyjazdów, ale również kategorii szeroko pojętej rozrywki, to maskowanie wydatków. Nie wiem czy użyłam dobrych słów, ale wiecie na pewno o co chodzi - kuuurdę, wydałam tyle kasy na śmieciowe jedzenie podczas wyjazdów, ale wrzucę to w koszta wyjazdu i będzie to lepiej wyglądało. Innymi słowy - oszukiwanie samego siebie, bo boimy się przyznać sami przed sobą, że wydajemy ponad 100 zł na kawę albo słone przekąski. Też wiele razy łapałam się na tym w momencie pisania postów na bloga - kurczę, tyle kasy wydałam na te słodycze i to znowu, może jakoś to zmniejszę lub przerzucę do innej kategorii? Źle to wygląda. 

Faktycznie, wygląda źle, ale pytanie brzmi czy już czujemy się z taką kwotą źle czy to jeszcze nie ten moment? Długo zajęło mi nauczenie się akceptacji do tego, na co i ile wydaję. Nadal miewam problemy, ale widzę ogromne postępy. Ograniczyłam kupowanie ubrań, kosmetyków, gotowego jedzenia do pracy, słodyczy i panuję nad sobą podczas wyjazdów. Ba, podczas zakupów też - dzisiaj odmówiłam sobie sajgonek, na które miałam ogromną ochotę. Miałam też fundusze, a mimo to zrezygnowałam i jestem z siebie dumna, bo potrafię powiedzieć sobie nie kupię tego. I nie ma we mnie żadnych stęków czy burzliwych dialogów. Nie kupuję i tyle w temacie. 

Z wyjazdami również rozprawiłam się krótko i bezlitośnie - unikam słodyczy, przekąsek, piję tylko wodę, zjadam jabłko lub banana, a w zamian za taką ascezę funduję sobie pyszny obiad, który skutecznie pozbawia mnie ochoty na słodycze i przekąski. Dla równowagi w okresie okołowyjazdowym staram się rozsądniej planować wydatki i unikam zachowań z kategorii przyda mi się na wyjazd! To! To i jeszcze to! Od czasu pamiętnego wyjazdu na kredyt, kiedy to pozwalałam sobie na wszystko, a potem miałam finansowego moralniaka, nabrałam więcej ogłady - przed wyjazdem planuję ile mniej więcej chcę przeznaczyć na dojazdy, wyżywienie i ewentualne rozrywki, a potem zastanawiam się z czego mogę zrezygnować. Plus mocne postanowienie nie zwożenia do domu niczego z podróży, bo od dłuższego czasu skutecznie się odgracam i pozbywam tego, co posiadam oraz nie przyjmuję, nie kupuję, nie przynoszę. Nie kupuję też prezentów, prezencików, pierdółek wrzucanych potem do kategorii prezenty albo inne, bo nie wiadomo na co i po co to wzięłam. Dzięki temu wydatek na podróże o nazwie wyjazd zawiera u mnie koszty dojazdu, jedzenie na mieście, które to wybieram dla przyjemności; jedzenie, żeby przeżyć, czyli owoce ;), koszty typu wc. Wszelkie słodycze, słodkie napoje trafiają do karnej kategorii o nazwie słodycze, napoje, przekąski, którą to uparcie monitoruję, a przede wszystkim staram się podczas wyjazdów nie napychać takimi rzeczami. Dobry obiad smakuje wtedy lepiej ;)

Cieszę się, że gdzieś tam na przestrzeni miesięcy czy nawet lat mój stosunek do wydawania podczas wyjazdów tak bardzo się zmienił. Nadal lubię dobre jedzenie oraz kawę w ciekawym miejscu, ale nie jest to takie wydawanie na hura, odreagowywanie zaciskania pasa czy inne kompulsywne reakcje. Wydaję więcej, bo tak postanowiłam, bo chcę, a nie dlatego, że nagle mi odwaliło i kupuję, co popadnie, żeby sobie ulżyć w tej niedogodzie oszczędzania. I czuję się z tym dobrze, bo gdzieś w tym ostatnim czasie nabrałam większej świadomości swoich potrzeb oraz dystansu do pieniędzy, których wartość blaknie w obliczu bezcennego zdrowia. 




Koniec z ratami



Dzisiaj ostatecznie pozbyłam się rat za zakupione wieki temu sprzęty - nowy telefon oraz mp4 będące prezentem dla bliskiej mi osoby. Niby nie były to wielkie kwoty, bo 30 i 40 zł, ale na dłuższą metę sumowały się w dużo większe pieniądze i zwyczajnie męczyło mnie to, że drobiazgi będą uciekać mi z konta jeszcze przez jakiś czas. Owszem, mogłam to spłacić raz dwa wieki temu, ale raty te były w monedo now, a przy okazji czytania o szybszej spłacie dowiedziałam się, że są tam gigantyczne problemy z tą kwestią. Przelewy nie przychodzą, dodzwonić się nie da, pieniądze giną w eterze i nie wiadomo, co jeszcze. Może są to opinie nad wyrost, ale wolałam nie ryzykować spokoju ducha, zacisnąć zęby i poczekać aż rata po racie zadłużenie się wyzeruje. Nie była to też aż tak wielka kwota, żebym czekała z ogłoszeniem swojego debt free do dnia dzisiejszego, ale teraz z czyściutkim sumieniem mogę napisać - nie mam ŻADNYCH długów. ŻADNYCH. Zero debetów, zero kredytów, zero zaległych rat, zero jakichkolwiek rat. Mam za to fajną poduszkę finansową i dzięki temu mogę nieco przystopować z pracą, zwolnić tempo, cieszyć się chwilami z bliskimi i drobnymi przyjemnościami. W życiu jeszcze się napracuję. Póki co spokój, miła codzienność i rozsądne wydawanie pieniędzy, żeby nie popłynąć ;)


Ile wydaję na kosmetyki?



Kilka miesięcy temu pisałam o kosmetykach zwykłej dziewczyny. Od tamtego czasu trochę się w temacie zmieniło. Przede wszystkim zakończyłam wielomiesięczny, mozolny projekt denko polegający na zużyciu wszelkich zapasów kosmetyków, które mam i osiągnięcie stanu, w którym mam tylko to, czego używam. Dodatkowy warunek to posiadanie tylko jednej sztuki z danego rodzaju kosmetyków (jedna odżywka, jeden szampon). Było to dla mnie bardzo trudne, ponieważ zmagazynowałam w szafkach wiele rodzajów szamponów, odżywek, balsamów do ciała, masełek i innych cudów. Najgorsze jest to, że większość z tych rzeczy, które tak mi w szafkach zalegały kupiłam, bo inni mają, używają i polecają. 

Sztandarowym przykładem takiego czegoś, co większość ma i zachwala są balsamy do ciała. Miałam do nich dziesiątki podejść i nie umiem się przekonać. Denerwuje mnie to, że się lepię, denerwuje mnie przyklejanie się ubranie do ciała, uczucie zimna, brudzenie ciuchów, chemiczny zapach i ogólnie jest mi nieciekawie jak ten balsam na ciało nałożę. Może pachnieć obłędnie, naprawdę, ale nie zmienia to zupełnie kwestii tego, że ta lepkość mnie drażni. Dodatkowo nie lubię nakładać balsamów na ciało po kąpieli, bo szkoda mi czasu na czekanie aż się wchłonie, żebym mogła się ubrać. Nijak nie jestem w stanie przekonać się do balsamów, maseł i innych nawilżaczy. Postanowiłam więc z nimi skończyć raz na zawsze i przestać je kupować, bo i po co? Balsamy zastąpię oliwką do ciała dodaną do kąpieli, którą wykorzystuję również do demakijażu oczu jak już zdarzy mi się je pomalować oraz do masażu twarzy.

Zrezygnowałam również z farbowania włosów po tym jak dostałam tak silnego podrażnienia skóry głowy, że włosy leciały mi garściami. Od tamtej sytuacji minęły długie miesiące, a moje włosy nadal nie powróciły do tamtego stanu.

Jeśli pamiętacie poprzednie wpisy, to wiecie, że nie maluję się prawie wcale. Nie mam i nie używam podkładu, pudru, różu, rozświetlacza, konturówek do ust ani innych takich wynalazków typu krem BB. Moja kosmetyczka to raczej taka higiena + pielęgnacja + tusz do rzęs + pomadka. Czasem brązowe cienie na powieki + szminka. 

Poniżej zobaczycie co dokładnie mam, w jakiej ilości i za jakie pieniądze. 

1. Szampon: Radical przeciw wypadaniu włosów 11,50 zł 
2. Odżywka: Gliss Kur Fiber Therapy taka fioletowa 8,99 zł
3. Odżywka: wcierka do skóry głowy Jantar 8,99 zł (tutaj wyjątek - mam dwie sztuki, bo w biedronce bywam rzadko i jak widzę, że akurat jest to biorę dwie, żeby nie latać potem specjalnie po wcierkę)
4. Jedwab do włosów BioSilk 3,99 zł
5. Lakier do włosów Nivea 12,99 zł
6. Żel do twarzy BeBeauty z Biedronki 5,99 zł. Kupuję na zmianę - raz BB z Biedronki, raz Garnier 3 w 1, ale on jest droższy, bo kosztuje około 20 zł.
7. Krem matujący Perfecta formuła dotleniająca 18,99 zł. Najlepszy krem matujący jaki miałam. Nie podrażnia mi oczu, nie mam uczucia, że się pod nim duszę. 
8. Tusz do rzęs Eveline ok. 15 zł
9. Baza pod cienie do powiek z Biedronki około 10 zł? Szczerze to nie pamiętam.
10. Pędzelek do nakładania cieni 8 zł.
11. Cienie do powiek w kolorze brązu 15 zł.
12. Pomadka Nivea, trzy sztuki - dwie kolorowe, jedna bezbarwna - razem 30 zł
13. Szminka nie wiem jakiej marki, bo mi się zmazał nadruk - 15 zł
14. Pasta do zębów - wybieram zwykle taką, która na promocji w Rossmannie kosztuje 4,99 zł. Rzadko sięgam po droższą, taką za 5,99 zł ;)
15. Nić dentystyczna Oral-B 9,99 zł
16. Płyn do płukania ust Listerine - 9,99 zł (w promocji).
17. Szczoteczka do zębów około 10 zł co 3 miesiące. 
18. Żel pod prysznic. Zazwyczaj wybieram taki z Issany z Rossmana za około 4-5 zł. Naprawdę nie robi mi różnicy czy myję się żelem za 5 zł, żelem z logo Dove czy zwykłym mydłem. Moja skóra nie miewa przesuszeń, nie pojawiają mi się uczulenia, nic mnie nie swędzi, więc na dobrą sprawę mogę myć się czymkolwiek. Wybieram więc coś taniego. 
19. Dezodorant Nivea trawa cytrynowa 9,99 zł. 
20. Dezodorant w kamieniu, ałun, bez aluminium kupiony wieki temu - 11,99
21. Oliwka HiPP od 1. dnia życia 14,99 zł. Używam do kąpieli, do masażu ciała, masażu twarzy, demakijażu, masażu i nawilżenia dłoni. Bardzo ją lubię i staram się wykorzystywać ją do różnych czynności pielęgnacyjnych. 
22. Trymery do brwi z Rossmanna, bo nie lubię wyrywać brwi 7,99 zł. 

Oprócz tego, co powyżej posiadam również takie bajery jak płatki kosmetyczne i tampony, a także perfumy, mgiełkę do ciała i wodę toaletową. Pachnidła to prezenty, szczerze mówiąc to szkoda mi pieniędzy na perfumy, więc życzę ich sobie w ramach prezentów sugestywnych na święta ;) Co jakiś czas kupuję też maseczki do twarzy, głównie oczyszczające, ale są to niewielkie kwoty około 5 zł raz na miesiąc? Taką maseczkę nakładam może raz na 3-4 tygodnie. Bardzo to zaniedbałam i tę akurat czynność pielęgnacyjną chcę wykonywać częściej. Jeśli chodzi o peeling ciała to używam kawy wymieszanej z oliwką i żelem pod prysznic. Działa na ciało cudownie. 

Ile kosztuje, więc moja kosmetyczka

Wyżej wymienione 22 rzeczy + druga odżywka jantar na zapas + te  5 zł za sporadyczną maseczkę daje kwotę końcową... 247,37 zł o ile dobrze policzyłam. Tyle musiałabym wydać, gdybym teraz potrzebowała uzupełnić swoje łazienkowe szafki, bo nic by w nich nie było. Oczywiście z przymrużeniem oka, bo bez wielu z tych rzeczy mogłabym się jakiś czas obejść. 

Tak naprawdę cena takiego zestawu codziennego może być zarówno dużo niższa jak i dużo wyższa. Każda z używanych przeze mnie rzeczy ma zarówno tańszy jak i droższy odpowiednik. Można nabyć również dokładnie taką samą rzeczy, ale w innym miejscu i cena już będzie się różnić. 

Oprócz tego, co kupujemy, bo zamiast radicala mogę kupić litrowy rodzinny szampon za 5 zł, ważne jest również to jak szybko coś zużywamy. Sama staram się zużywać śladowe ilości kosmetyków, bo niewielka ilość też dobrze się pieni, a w dłuższej perspektywie zaoszczędzę więcej produktu + zaoszczędzę czas, który musiałabym poświęcić na zmywanie dużej ilości piany z ciała lub włosów. Długo zajęło mi przystopowanie z zakupami kosmetyków, ale teraz szczerze mogę przyznać, że kosmetyki są mi obojętne. Idę do drogerii po to, co chcę kupić i nie kupuję nic innego, ani nic dodatkowego. Totalna obojętność. To bardzo miły stan, który pozwolił mi obniżyć wydatki na kosmetyki i pielęgnacje z kilkuset złotych miesięcznie do niecałych 500 zł rocznie. 




Na ile wystarczy Ci 100 zł?


To pytanie znalazłam na jednym z blogów podróżniczych, które przeglądałam podczas wylegiwania się w łóżku w chorobie. Zaciekawił mnie temat skąd osoby podróżujące często i gęsto mają pieniądze i postanowiłam przewertować strony nastawione na wojaże w celu poznania nowych sposobów na oszczędzanie. I znalazłam coś, co bardzo mnie zaciekawiło - wypłać z konta sto złotych i sprawdź na ile Ci to wystarczy. 

Rada banalna w swojej prostocie, ale jednak bardzo odkrywcza. Sama zakładając bloga miałam ambitny plan, że każde 5 dni wydatków codziennych zmieszczę w kwocie 100 zł. Idea piękna, wykonanie bardzo słabe. Od wielu miesięcy wydaję dużo więcej niż adresowe 600 zł, a przecież ograniczam kupowanie kosmetyków, ograniczyłam ilość środków do higieny i pielęgnacji, a ubrania kupuję sporadycznie. Mimo to miesiąc w miesiąc wydaje grubo ponad tysiąc złotych, spisuję wydatki i naprawdę próbuję je ograniczyć, ale myślę, że nie udaje mi się to, bo po prostu nie muszę ich ograniczać jeszcze bardziej. Gdybym musiała, to pewnie bym ograniczyła, ale nie muszę i trochę nie umiem dojść ze sobą do porozumienia czy moje wydatki już są ok, czy chciałabym wydawać jeszcze mniej. Pewne jest natomiast to, że są one dalekie od założonych 600 zł. 

I tu mam do siebie sporo żalu i nieco pretensji, że nie potrafię odnaleźć w sobie samozaparcia do tego, żeby spiąć dupę, wyjąć z bankomatu te 600 zł i kombinować przez bite 30 dni, żeby mi to wystarczyło. Teoretycznie nie musiałabym robić wiele - lepiej zaplanować zakupy i posiłki, ograniczyć rozrywkę i słodycze i jakoś tak się pilnować z tym wszystkim. Pokonuje mnie lenistwo i to, że nie muszę się tak szczypać z wydatkami. I trochę to przeświadczenie, że tyle siedzę w robocie, to może jakieś kino na umilenie wieczoru? Albo spotkam się wreszcie ze znajomymi? 

Gdzieś tam w środku mnie dojrzewa bardzo mocno myśl, żeby to dupsko wreszcie spiąć i ogarnąć hajsy, a to tytułowe pytanie wydaje mi się miłym i prostym wyzwaniem. Nauczyłam się już wpisywać w aplikacje wydatki gotówkowe od razu po ich dokonaniu i nie zdarzają mi się rozbieżności między danymi zapisanymi a tym, co faktycznie wydałam. Bardzo się w tej kwestii pilnuję, bo chcę wiedzieć, gdzie idą moje pieniądze. Nie wiem jeszcze jak dokładnie będzie przebiegał mój zapis z wyzwania na ile starcza Ci 100 zł?, ale chętnie sprawdzę ile pociągnę z taką kwotą w portfelu i po jakim czasie zawitam do bankomatu ponownie ;)


A Wam na ile starcza 100 zł? 

Przede mną większe wydatki


Nieuchronnie zbliża się czas, kiedy będę zmuszona wyskoczyć z nieco większej kwoty pieniędzy niż dotychczas. Myślę, że każdy z nas ma takie wydatki specjalne, które co kilka miesięcy pochłaniają ogromne pieniądze, tylko po to, żeby mieć spokój na kolejne kilka miesięcy. Może to być przegląd auta, prezenty na święta, wakacje, cokolwiek. W moim przypadku takim większym blokiem wydatków są wizyty u weterynarza ze stadem moich kotów. Mam cztery sztuki w różnym wieku. Całkiem zdrowe. Dosyć bezproblemowe, ale raz na rok-dwa lata funduję im przegląd całościowy - szczepienia, badania krwi, przegląd uzębienia i ewentualne zabiegi usunięcia kamienia nazębnego lub zepsutych zębów. To wszystko kosztuje naprawdę bardzo dużo pieniędzy, ale wiadomo - każdy z nas ma takie coś, co sprawia mu przyjemność bez względu na ponoszone z tego tytułu koszta. W moim przypadku to koty, które po prostu kocham. Każdemu z nich ocaliłam życie i świadomie podjęłam się dozgonnej opieki nad nimi, a przed nami jeszcze jakieś 10, może nawet 15 wspólnych lat. I chcę, żeby te lata upłynęły w zdrowiu i bez chorób, dlatego też inwestuję w szczepienia i przeglądy. 

Ile będzie mnie to kosztowało? Ciężko powiedzieć, ale wiadomo, że bardzo dużo. 
Szczepienia około 400 zł. 
Odrobaczenie około 100 zł. 
Badanie krwi około 250 zł.
Usuwanie kamienia i zepsutych zębów dla całej 4 kotów, a mam nadzieję, że nie będzie dotyczyło to żadnego z nich, to koszt 150 zł za kota. Minimalnie 0 zł, maksymalnie 600 zł jeśli każdy kot będzie wymagał czegoś. 
Plus czas. Dużo czasu na ogarnięcie tego wszystkiego, bo nie mam możliwości spakowania całej czwórki i zabrania do weterynarza w tym samym czasie, a szkoda. Bardzo uprościłoby mi to życie, ale niestety, muszę chodzić z kotami pojedynczo. 

Jak widać sama profilaktyka takiego stada +/- jakiś zabieg to wydatek rzędu 1350 zł. Ponad połowa mojej podstawowej miesięcznej pensji, ale mam na to odłożone środki. 



Kolejną kategorią, na którą zamierzam przeznaczyć trochę zaoszczędzonych środków jest moje zdrowie. Mam w planach odwiedzić kilku lekarzy w ramach wizyty prywatnej i zbadać to, co mnie w moim zdrowiu niepokoi, bo pojawiły się sprawy wymagające konsultacji, a szkoda mi czasu na czekanie iks miesięcy na wizytę w ramach NFZ. Do tej pory niemiło wspominam wyczekaną wizytę u neurologa na NFZ, która nic w moim życiu nie zmieniła na lepsze, a całe zainteresowanie lekarza moją osobą zaczęło się i skończyło na wypisaniu recepty. Tak bardziej w ciemno, bo nawet zbyt wielu pytań nie usłyszałam, a jedynie diagnozę, że te ból to migrena. Wow, no coś takiego. To samo powiedziałam zaraz po wejściu - dzień dobry, męczą mnie migreny, potrzebuję pomocy. Bah, recepta i do widzenia. Recepty nie wykupiłam, bo mimo mojej prośby o nie zapisywanie mi leków na bazie tego składnika, po którym czuję się wybitnie źle, dostałam inny lek, o bardzo podobnym składzie właśnie z tą substancją. Cycki mi opadły, a śmietnik wzbogacił się o dodatkowy papier. Migreny z czasem ustąpiły, ale moja niechęć do neurologów na NFZ pozostała. 


Ostatnią kategorią wydatków jest coś dla równowagi - przyjemności. Postanowiłam ruszyć swoje cztery litery z trasy praca-dom/dom-praca i wyjechać gdzieś, żeby trochę oczyścić głowę. Ostatnie wakacje, te sprzed kilku lat, kompletnie mnie nie cieszyły. Miło było owszem, ale stale uwierała mnie myśl, że bawię się za cudze. To były te wakacje, na które pojechałam na kredyt, bo wszyscy tak robią i przejebałam masę pieniędzy. Z perspektywy czasu bardzo tego żałuję, bo to był początek mojego zadłużenia, a i tak było mi raczej średnio. Wydałam bardzo dużo, doświadczyłam bardzo mało, a kac moralny z wakacjami na kredyt skutecznie zniechęcił mnie do kolejnych wyjazdów do momentu pozbycia się długów. W dodatku wyrobił we mnie mocne postanowienie nie zapożyczania się na takie rzeczy jak wyjazdy. Nie mam? Nie wyjeżdżam. Szkoda moich nerwów na takie lipne urlopy na kredyt. Tylko przeliczam w głowie pożyczone środki i to, ile będę musiała zawrócić za jakiś czas. 

Wspomniane powyżej podróże nie będą ani kosztowne, ani długie. To raczej takie krótkie wycieczki, max. na 3 dni, żeby zmienić otoczenie, odetchnąć, wyjść na chwilę ze strefy komfortu, bo zaczynam się dusić moją codziennością. Brakuje mi bodźców i trochę czuję się, jakbym osiadła na mieliźnie. 





Chorowanie jest drogie



Ostatni raz chorowałam poważnie w czerwcu zeszłego roku. Zaczęło się niewinnie - przemęczenie, niedobór snu, nadgodziny, a skończyło 40 stopniową gorączką i anginą, która wyłączyła mnie z życia za grubo ponad dwa tygodnie. Naprawdę myślałam, że umieram. Dostałam pakiet leków, oczywiście tych z półki 'premia dla lekarza za polecenie', zostawiłam majątek w aptece, podrażniłam żołądek tymi cudami i dzień w dzień skręcało mnie z bólu. Godziny spędzone w łóżku ciągnęły się niemiłosiernie, wszyscy sypali dobrymi radami, co zwyczajnie mnie wkurwiało, a współpracownicy wydzwaniali, kiedy wrócę, bo zaraz sezon urlopowy, a ja się wyleguje w wyrku. To naprawdę podniosło mi ciśnienie, bo nie zdarza mi się brać L4 z powodu przeziębienia. Biorę je wtedy, kiedy mój organizm wręcz woła o to, żeby się zatrzymać i odpocząć. A raczej brałam, bo zmieniłam podejście. 

Ostatni rok nauczył mnie, że zdrowie mam jedno, a pracę zawsze sobie znajdę. Staram się trwać w tym postanowieniu od kilku miesięcy - nie biorę nadgodzin, bo wolę spędzać czas z rodziną i bliskimi, nie napinam się na pogoń za kasą, bo świadomość, że najbliższą mi osobę wykańcza nowotwór i nie ma na świecie pieniędzy, które mogłyby zmienić jej stan zdrowia na lepszy. Będzie tylko gorzej, dlatego też każdy wolny dzień staram się zaplanować tak, żebyśmy miały dla siebie jak najwięcej czasu, bo mamy go coraz mniej. Przez całą tą sytuację bardzo zdystansowałam się do tematu pieniędzy i przestało mi na nich zależeć. Moje potrzeby bardzo zmalały, bo szczęście daje mi zwykła, spokojna codzienność, a dobra materialne jakoś tak przestały mnie interesować. Mimo to bardzo uwiera mnie myśl, jak wiele zależy od posiadania pieniędzy. Od kilku dni męczy mnie przeziębienie, które złapało mnie jakoś tak nagle. Wyszłam z domu zdrowa, wróciłam kichając, a potem już z górki - cieknący nos, pokaszliwanie, gorączka, ból głowy i pleców. Poszłam do apteki. Kupiłam aspirynę, witaminę C, ibuprom, tabletki na kaszel i zapłaciłam... 70 zł.

Czy widzę poprawę? Szczerze mówiąc nie bardzo. Ot, nie jest mi gorzej, ale dalej padam na pysk i czuję się kompletnie rozbita. Dodatkowo uwiera mnie myśl, że zostawiłam tyle kasy w aptece. Ile muszę na to pracować? 5 godzin. A co jeśli byłabym bardziej chora? Co gdybym potrzebowała na co dzień mega drogich leków, żeby zwyczajnie egzystować i robić te wszystkie normalne czynności? Aż boję się o tym myśleć. Dla mnie tragedią jest przeziębienie i angina, bo wyłączają mnie z życia i powodują takie poczucie, że coś mnie omija, mogłabym robić coś bardziej konstruktywnego, a nie pocić się pod kołdrą. Nie wyobrażam sobie, że nagle moje życie mogłoby być podporządkowane lekom, które muszę brać iks razy dziennie. 

Może macie jakieś sprawdzone sposoby na szybkie zwalczenie przeziębienia? Albo takie, które pozwolą go uniknąć w przyszłości?



Gdzie ta kasa? Wydatki styczeń 2019


W styczniu wydałam prawie 1400 zł. Na co? W sumie na nic wielkiego. Ot życie - spożywka, trochę leków, bilety na koncert, wypad na piwo i do kina, a z konta ubyło grubo ponad tysiąc złotych. Cały czas zastanawiam się, czy to ja źle wydaję, czy wszystko jest niewspółmiernie drogie do tego, co nabywamy. A może tylko w mojej głowie 1400 zł to duża suma, a tymczasem inni postrzegają to jako grosze? 

Styczeń to w kwestii kocich wydatków miesiąc zapasów. Luty spędzam na przemian w prac i u lekarzy z bliską mi osobą. W domu nie będzie nas stale, więc zrobiłam większe zakupy kociej karmy, żeby nie martwić się taszczeniem worków ze żwirkiem albo ciężkich puszek nie wiadomo skąd. Kontakty z sąsiadami mamy w sumie żadne. W ciągu ostatnich kilku lat niemal wszyscy sąsiedzi wynieśli się, a na ich miejsce wprowadzili się nowi. Większości z nich nawet nie widziałam, bo pracujemy w różnych porach i stale się mijamy. Nie znam ich nazwisk, nie wiem ile osób mieszka w danym lokalu, ani co to w ogóle za ludzie. Bardzo anonimowe czasy nastały w naszej okolicy. Tym bardziej nie uśmiecha mi się odbieranie paczek od obcych osób. Dodatkowo te zapasy kociej karmy są duże objętościowo i wagowo, a ze mnie drobna kobitka i zupełnie nie radzę sobie z takimi ciężarami. Wydałam więc 420 zł na zapasy i gdzieś tak do połowy marca mam spokój z myśleniem o kocim jedzeniu. Albo może i dłużej? Zobaczymy. 

Bardzo dużo wydałam na szeroko pojętą spożywkę (356 zł). Kwotę tę podbiły moje cotygodniowe zakupy, podczas których wydaję jakoś tak więcej niż zazwyczaj, a i tak mnóstwo zakupionych rzeczy mam nadal. Trudno mi się przestawić na rzadsze robienie zakupów. Mam nadzieję, że z czasem uda mi się lepiej zorganizować w tej kwestii, bo czasu zyskałam na co dzień całkiem sporo i bardzo to doceniam. Kwotę na spożywkę dodatkowo podbiły zakupy zrobione dla babci oraz dla bezdomnej kobiety, którą spotkałam jakiś czas temu. Kupiłam jej dość sporo jedzenia w ciągu kilku dni. Mam nadzieję, że choć trochę jej pomogłam. Niestety nie chciała zgłosić się do ośrodka dla bezdomnych. Spędziła u nas na klatce kilka dni. Podrzuciłam jej również czyste, ciepłe ubrania. Mogłam zrobić dla niej tylko tyle. Niezmiennie żal mi osób bezdomnych i ściska mnie w dołku zawsze, gdy takie osoby spotykam. Niestety w okolicznych ośrodkach dla takich osób jest zjawisko fali między stałymi bywalcami a nowoprzybyłymi, i właśnie ci drudzy często uciekają z powrotem na ulicę, mimo chłodu i głodu. W głowie mi się nie mieści, że ludzie, których łączy to, że są w potrzebie i walczą o przetrwanie mogą być dla siebie tak okrutni. 

Szeroko pojętą rozrywkę typu wyjścia ze znajomymi, wypad do kina oraz zakup biletów na koncert w lutym zamknęłam w styczniu w kwocie 161 zł. Sporo pieniędzy, a jakoś nie odczuwam, żebym aż tyle przeżyła i doświadczyła.

Zdrowie to kwota 109 zł. Kupiłam leki oraz witaminy dla babci w ramach prezentu z okazji jej święta. Chociaż w taki sposób mogłam odciążyć jej napięty budżet. Innej pomocy ode mnie nie chce. Zgadza się jedynie na sporadyczne zakupy leków oraz bardzo rzadko na zapłacenie za zakupy spożywcze. 

Wydatki na pracę to równa stówka. Uzupełniłam zapas kawy oraz kupiłam dużo różnych herbat, które uwielbiam. W pracy spędzam 10 godzin dziennie, dlatego lubię umilić sobie ten czas smaczną herbatą.

Wyjątkowo w styczniu szarpnęłam się na zakup ubrań i to nowych. Zdecydowałam się na zakup nowej piżamy, bo moje poprzednie byle co, byleby było powodowało, że czułam się byle jak i wiecznie rozmemłana. Odżałowałam więc 30 zł i kupiłam w promocji nową piżamę z biobawełny. Uczucie komfortu nieporównanie większe. Od razu lepiej się czuję, gdy z rana widzę moją wymiętą fizjonomię w pięknej piżamce zamiast rozciągniętego t-shirtu. Drugim zakupem były wzorzyste spodnie do chodzenia po domu. Cena 20 zł. Postanowiłam, że nie będę po domu chodzić w starych ubraniach w ramach donoszenia ich przed wyrzuceniem, bo szkoda mi życia na to, żeby wyglądać źle. Powoli mam w planach skompletować ładne i wygodne ubrania, które umilą mi dni spędzane w zaciszu domu. 

Na kosmetyki wydałam 45 zł. Chociaż w moim przypadku to taka bardziej kategoria higiena. Kupiłam dezodorant, żel pod prysznic, dwie wcierki jantar, pastę do zębów, jedwab do włosów. 

Słodycze, napoje i przekąski to w styczniu aż 43 zł. Co ciekawsze - dla siebie kupiłam jedynie dwa batoniki. Reszta była zakupem spowodowanym wizytą gości, bo nie chciało mi się nic piec, a ciastka w piekarni wyglądały raczej ubogo. 

Prezenty - w tym wypadku kwiaty dla babci - 30 zł.

Transport, czyli bilety na autobus - 24 zł. 

Jedzenie na mieście - 24 zł. I to nie dlatego, że nagle postanowiłam ograniczyć wydatki w tej kategorii. Bardzo lubię jeść na mieście, ale wyjątkowo w tym miesiącu mam silne problemy z żołądkiem i przez większość czasu jem kaszę gryczaną z warzywami/surówką. 

To trochę przykre, że wydatki na taką kwotę przekładają się na tak niewiele. Cieszy mnie jednak fakt, że w tym miesiącu pomogłam nieco babci oraz tej potrzebującej kobiecie. Chciałabym móc zrobić więcej.