Ile wydałam w I kwartale 2019 roku?


Marzec upłynął mi bardzo intensywnie. Na chwilę wrócili moi przyjaciele, którzy ponad rok temu wyjechali do pracy za granicę. Spędziliśmy razem kilka bardzo intensywnych dni, dzięki czemu udało mi się podładować baterie i nieco zdystansować się do życia. W dobrym momencie, bo w kwietniu czeka nas szereg wizyt u różnego rodzaju lekarzy. Rak jednak nie wyklucza innych chorób i chwilowa nadzieja na spokój od lekarzy poszła się... wiecie co. Ciąg dalszy wycieczek po specjalistach, badań, dyskusji i stykania się ze służbą zdrowia. Właściwie to nie mam na co narzekać. Bliska mi osoba ma sympatycznych lekarzy, którzy cierpliwie znoszą nasze bardzo częste wizyty w szpitalach i z SORu zawsze zgarniają nas na oddział bez zbędnego czekania, ale pozostają jeszcze lekarze z przychodni rejonowej, w której również często gościmy i tutaj już bywa różnie. Spodziewam się mocnego ukłucia, kiedy wreszcie zdecyduję się na zrobienie badań krwi, bo zawsze pilnuję tego, aby do bliskiej mi osoby dobrze się odnoszono. Zawsze robię to w sposób kulturalny, ale też stanowczy. Zmagamy się z rakiem. Nie my pierwsi i nie my ostatni, ale nie pozwolę, żeby ktokolwiek źle się do nas odnosił, bo ma gorszy dzień/inny pacjent był nie miły itp. My zachowujemy się ok i oczekujemy tego samego. Jesteśmy paliatywni. Nie ma dla nas ratunku. Można więc zachować chamstwo i niemiłe uwagi dla siebie, żeby nie uprzykrzać nam dodatkowo tego trudnego czasu. To raczej niewielkie wymagania, które uważam za standard. Sama pracuję z ludźmi, w obsłudze klienta i staram się zawsze być miła i uprzejma, nawet gdy mam skrajnie chujowy dzień i kurwica aż mnie zalewa, bo poprzedni facet wkurwił mnie niemiłosiernie. Nie przelewam tego na kolejne osoby, bo i po co? 

Z racji tego, że ostatnio mam całkiem sporo stresów zaczęłam dużo spacerować dość szybkim krokiem, żeby trochę tego ciśnienia ze mnie uleciało. Powoli przymierzam się do biegania, bo mam gdzie i czuję, że tego potrzebuję, ale minie jeszcze trochę czasu zanim bieganie rozpocznę. Kondycję mam totalnie zerową. Naprawdę. Ostatnie 3 lata siedzenia przy biurku po 8-12h dosłownie zabiły moje ciało i nawet te spacery nieźle mnie męczą, ale wierzę, że będzie lepiej i przynajmniej głowę sobie porządnie wywietrzę, bo nazbierało się w niej sporo negatywów. A i tyłek będzie twardszy, co się przyda, bo życie powoli przestaje mnie oszczędzać i serwuje kopniaki z różnych stron. Moja dobra passa zaczyna się kończyć o czym świadczy chociażby to, że mój szczęśliwy związek zmienił się w związek na odległość. Sytuacja bardzo świeża, raczej długofalowa, więc jest nadzieja na nowy cykl artykułów na blogu - jak się odnaleźć, gdy dzieli nas prawie tysiąc kilometrów?


Wracając jednak do moich finansów, co stanowi póki co główny temat bloga to... w I kwartale roku 2019 wydałam... 3962 zł. Taka śmieszna dosyć kwota, dlatego liczmy 4 tysiące. Wygląda jakoś tak porządniej, a i zawiera ewentualne różnice, w razie gdybym zapomniała coś zapisać. Wierzę jednak, że zapisałam wszystko, bo staram się to robić bardzo sumiennie dodatkowo zaokrąglając kwoty w górę, żeby łatwiej było zapamiętać ile na co wydałam. 


Marzec był pierwszym miesiącem, kiedy to zdecydowałam się pilnować w kwestii kocich zakupów, ale to tak na serio pilnować. Celuję w kwotę zakupów tak do 100 zł. Zamawiam niewiele i pewnie bym tak nie robiła, gdyby nie zmiana kuriera w okolicy ze świetnego gościa na totalnego wacka, który nie pisze, nie dzwoni i nie używa domofonu, ale pozostawia paczki w randomowych miejscach typu spożywczak i w dupie ma to, że paczka waży 30-40 kg. I kurwa nie da się wytłumaczyć typowi, że do spożywczego miał dalej niż do mieszkania wliczając w to dojazd windą. Naprawdę, dobrze, że zamówiłam niewiele, bo gdybym zamówiła tyle ile zwykle zamawiam, to nie wiem, co bym robiła. Dokładnie to zamówiłam dwa razy i dwa razy taszczyłam sobie sama do mieszkania z dwóch różnych miejsc. Jedna paczka 25 kg, druga 8 kg. Super doświadczenie... Te dwa zamówienia łącznie kosztowały mnie 195 zł i mnóstwo wysiłku. 

Zakupy spożywcze to zaledwie 154 zł. Tak jak pisałam - większość czasu spędziłam poza domem, a jak już byłam w domu to zabierałam bliską mi osobę na obiad na mieście przez co wydatki w tej kategorii to 120 zł. Podobnie z rozrywką - tutaj również wydałam 120 zł. 

Rachunek za internet i telefon to 126 zł. A zakup dzbanka filtrującego i zapasu chemii w postaci proszku do prania i kapsułek piorących dla babci to 140 zł. Dla babci zakupiłam również w tym miesiącu leki na kwotę 90 zł. A dzień kobiet zaowocował podwójnymi prezentami - prezenty dla bliskich mi kobiet pochłonęły 80 zł, dla kobitek z pracy 50 zł + słodkie przekąski na kolejne 50 zł. Kosmetyki, czyli w tym miesiącu zapas maseczek do twarzy 45 zł i bilety na autobus 30 zł. 

Razem 1200 zł. Pewnie gdybym miała jeszcze jakieś plany na ten miesiąc to wydałabym więcej, ale najbliższe dni spędzam z rodziną w domu, ewentualnie na spacerze i nie mam absolutnie żadnych wydatków. Zapas owoców zrobiłam wczoraj i do 1 kwietnia nie wydaję nic. 


RAZEMKategoriaIIIIII
700Spożywcze356190154
150Ubrania501000
180Kosmetyki459045
269Zdrowie1097090
170Praca1002050
89Transport243530
581Rozrywka161300120
244Jedzenie NM24100120
123Słodycze etc.433050
185Prezenty307580
156Łączność030126
140Chemia, inne00140
975Koty420360195
3962RAZEM136214001200
Patrząc na powyższe zapiski jestem dosyć zadowolona. Przede wszystkim wydaje dużo mniej na słodycze, napoje i przekąski. Głównie wydaje na przekąski typu paluszki, słonecznik. Rzadziej na batoniki i słodkie napoje. Właściwie cały czas wydaję dużo mniej niż zarabiam, ale mam też osobną tabelkę na wydatki związane z lekarzami dla bliskiej mi osoby, których zwyczajnie nie chcę tutaj publikować. Część tych wydatków w zeszłym roku pokrywałam z debetu/pożyczki, obecnie natomiast pokrywam je z moich oszczędności, bo bliska mi osoba nie ma takich środków, a na resztę rodziny nie bardzo możemy liczyć. Jak to pięknie powiedzieli - Wy jesteście na miejscu, my mieszkamy daleko i umyli ręce od problemu jakim jest rak. Za to nadal mają wiele złotych porad i sypią nimi przy każdej okazji, co naprawdę mnie wkurwia, bo kolejna bliska mi osoba umiera na to gówno i ponownie to ja jestem osobą, która chodzi po lekarzach i wszystko załatwia, chodzi na badania, wspiera, dba i interesuje się, a wszyscy inni tłumaczą się tym, że nie mogą, nie dają rady, nie mogą na to patrzeć, źle czują się na onkologi. Kurwa, naprawdę? Mnie też chce się płakać. Często płaczę na spacerze, chodzę po ciemnym parku i przeklinam los za zesłaną chorobę, ale zbieram się potem do kupy i wracam. Nie dlatego, że jestem masochistką, ale mam dla kogo być silną - jest na świecie osoba, która liczy na to, że potrzymam ją w szpitalu za rękę, przywołam od porządku lekarza, który będzie marudził, że znowu przyszliśmy i podsunie herbatę w termosie podczas powrotu z długich badań. Przez proszenia i liczenia na wdzięczność. Robię to z czystej miłości i okrutnie cierpię z powodu tego, że innym taka forma okazywania miłości przychodzi tak ciężko. 



Weekendowe porządki


Najbliższy weekend, mimo że wolny, zapowiada się deszczowo, dlatego też postanowiłam zrobić to, co od dawna chodzi mi po głowie - pozbędę się książek, których posiadanie mnie uwiera. Od wielu wielu lat mam ogromny problem z pozbywaniem się książek, bo wpojono mi, że książek się nie wyrzuca, je się zbiera, trzyma na regale, sięga po nie w wolnej chwili i pielęgnuje ich posiadanie. No i super, ale problem w tym, że ja każdą pozycję czytam tylko raz. Drugi raz nie potrafię. Próbowałam wiele razy i nic. Męczy mnie to, nie ciekawi, bo przecież wiem, co będzie dalej. Napięcia już doświadczyłam, ponownie to odgrzewany kotlet a nie emocje. Zwyczajna męczarnia, mimo całej mojej miłości do czytania. Niewiele da się z tym zrobić. Zaakceptowałam to i zamiast stale sięgać po to, co mam, wędruje do biblioteki i znoszę nowe tytuły, świeże historie, nieznane postaci. 

Problem jednak zaczyna się na moim regale. Mam tam sporo książek kupionych jeszcze w czasach, kiedy kupowanie wydawało mi się fajne. Trochę zajęło mi zrozumienie, że kupione czytadło nie cieszy mnie właśnie z powodu tego, że to jednorazowa przygoda, a nie większa miłość. Wydawałam więc kolejne monety na nowe tytuły i dalej doświadczałam tego niemiłego uwierania, aż przestałam. Zdecydowałam się na bibliotekę i uwieranie zniknęło. Ten brak pieniędzy powoduje czasem pozytywne zmiany ;) A nawet bardzo często o ile podejdziemy do okrojonego budżetu jak do wyzwania a nie jak do kary. Mnie moja kara nawiedza kilka razy dziennie - a dokładniej za każdym razem, gdy spojrzę na regał. Od naprawdę wielu miesięcy bujam się z zamiarem pozbycia się tych tytułów, które trzymam z przyzwyczajenia, a jest ich sporo - nietrafione zakupy, nietrafione prezenty. Nazbierało się tego. Postanowiłam, że oto teraz biorę się w sobie, zepnę pośladki i wyniosę na akcję bookcrossing wszystko to, co mam z jakiegoś wewnętrznego lub zewnętrznego przymusu typu - prezent od dziadka oddać? Ano oddać, bo polubiłam zasadę posiadania tylko tego, czego używam. A zaleganie na półce w formie ozdoby kurzołapa użyteczne nie jest. Wkurza mnie za to konieczność przecierania, układania, porządkowania i innych zabiegów.

Jest oczywiście wiele tytułów albo papierowych staruszków, którzy zostaną ze mną, bo mam do nich ogromny sentyment, piękne wspomnienia i budzą we mnie ciepłe emocje. Do odstrzału pójdzie tylko to, co uwiera. Brakuje mi tej lekkości po uporządkowaniu przestrzeni i nadszedł właśnie czas, aby odgruzować kolejką sferę ;) Trzymajcie kciuki!