Finanse 2019 vs. 2018


Bardzo żałuję, że w spisie wydatków z 2018 roku brakuje mi dwóch miesięcy. Niby wiem, że każdy z nich zamknęłam w kwocie około 1800 zł, jednak nie wiem ile i na co dokładnie wydałam. Ta niewiedza sprawia, że ubiegłoroczna tabelka z 2018 jest nieco niekompletna i trudna do porównania z rokiem bieżącym, ale postanowiłam spróbować to zrobić, bo ciekawa jestem zmian, jakie zaszły w moich finansach na przestrzeni ostatnich miesięcy. Jak wiecie od kilku miesięcy nie mam już długów, ani żadnych zaległych rat do spłaty. Jestem kompletnie czysta w kwestii zadłużeń i co miesiąc oszczędzam ładną kwotę. Moje miesięczne wydatki za 1/3 roku 2019 zamykają się średnio w kwocie 1400 zł/msc. Raz więcej a raz mniej, jednak średnio 1400 zł/msc. W maju tą kwotę znacząco przekroczę, ponieważ mam dużo różnorodnych wydatków - rozwiązanie umowy o abonament, opłata za rekrutację za studia, sporo zakupów dla bliskich mi osób, ale to zobaczycie za nieco ponad 2 tygodnie na blogu.
W poniższej tabelce wrzuciłam wydatki z 1/3 roku 2019 (styczeń, luty, marzec, kwiecień), prognozę wydatków rocznych, czyli 1/3 pomnożona przez 3 oraz wydatki z niekompletnego roku 2018. Dokładnie to spis wydatków za 10 miesięcy. 

Kategoria2019%Prognoza2018*
Spożywcze106319,131892507
Ubrania2905,2870847
Kosmetyki2314,2693475
Zdrowie3145,69421241
Praca1703,1510411
Transport1542,8462259
Rozrywka74113,322231504
Jedzenie NM3546,410621011
Słodycze etc.1632,9489814
Prezenty2354,2705745
Łączność3366,010081800
Chemia, inne1663,0498435
Koty134524,240353500
RAZEM55621668615549

Z tabelki jasno wynika, co w tej części roku pochłonęło u mnie najwięcej pieniędzy - spożywka, rozrywka i moje koty, które wygrywają w tej kategorii. Odpowiadałam nawet dzisiaj na komentarz związany z wydatkami na moje koty, bo faktem jest, że wydaję na nie sporo. Jeden z moich kotów je tylko i wyłącznie karmę mokrą, ponieważ to sędziwy kocur i jego zęby nie pozwalają na jedzenie karmy suchej. Dodatkowym problemem jest to, że moja rodzina beztrosko karmi koty wiele razy dziennie i nie dociera do nich, że to niewychodzące kastraty i nie trzeba im co chwilę dawać saszetek i dosypywać karmy suchej. Nie umiem im tego wyperswadować, a koty przybierają na wadze. 

Kolejną dwucyfrową procentowo kategorią jest jedzenie - tutaj wydatki znacząco wzrosły, ponieważ staram się częściej robić zakupy do domu oraz dla babci. W okresie zimowym podrzucałam też paczki z jedzeniem osobom bezdomnych, jednak szybko zrobiło się ciepło i gdzie mi wywędrowali z okolicy.

Ostatnią dwucyfrówką jest rozrywka - tutaj staram się nie oszczędzać jakoś specjalnie. Często chodzę do kina i zabieram babcie na koncerty, które uwielbia. Trochę pieniędzy pochłania mi też dostęp do serwisów ipla oraz tvn player. Od kiedy jestem w związku na odległość mam znacznie więcej wolnego czasu i uzupełniam zaległości w serialach. W sumie to już uzupełniłam to, co mnie interesowało, teraz przerzucam się na czytanie. Czekam na ciepłe dni, żeby móc czytać na ławce w parku.

Nieco zaburzoną kategorią jest łączność - internet, telefon, bo w poprzednim roku nadpłaciłam sporo rachunków i nie widać tego, że moje comiesięczne zobowiązania w tej kategorii to minimum 150 zł/msc. Dlatego też wypowiadam umowę o abonament. Liczę na znaczące oszczędności w tej sferze.

Z pozostałych kategorii jestem bardzo zadowolona. Kwoty nie są duże, ale ciekawa jestem jak będzie wyglądało podobne porównanie kwartału I i II tego roku. Cieszę się, że tak sumiennie notuję wydatki, bo możliwość obserwacji zmian w finansach daje ogromną ilość wiedzy co robię z własnymi pieniędzmi.

Poza publikowanymi na blogu wydatkami jest też część, o której nie wspominam. Od początku roku opłacam część rachunków w domu oraz pomagam finansowo babci. Są to jednak kwestie związane nie tylko ze mną, dlatego też nie chcę ich upubliczniać. Mam do nich osobną tabelkę, której raczej tutaj nie zobaczycie. Pozbycie się długów znacznie odciążyło mój budżet, dlatego też zdecydowałam się na opłacanie różnego rodzaju rachunków, mimo że nikt tego ode mnie nie wymaga, ale chcę to robić, ponieważ kiedyś chciałabym się z tego domu wynieść. Wypadałoby mieć więc w sobie jakieś poczucie obowiązku i odpowiedzialności za rachunki i zużycie mediów. 

A co Wy widzicie w moich finansach? Co o nich sądzicie?


Studia - za i przeciw


Jak wiecie rozważam podjęcie od października studiów stacjonarnych na kierunku, który bardzo mnie interesuje. Niestety nie ma opcji studiowania zaocznie akurat tego kierunku. W dodatku musiałabym zacząć zupełnie od zera, ponieważ studia są na wydziale filologicznym, a ja skończyłam kierunek ścisły. No nie da rady przeskoczyć na magisterkę, trzeba zacząć licencjat. Przyznam, że mam w głowie ogromny chaos. Im więcej myślę, tym bardziej nie umiem się zdecydować, dlatego też podrzucam Wam moje za i przeciw. Może Wy zobaczycie coś więcej niż ja :)

Za: 
+ rozwój osobisty i inwestycja w siebie
+ studiowanie tego, co mnie interesuje
+ dodatkowe, inne wykształcenie dające więcej możliwości
+ praca nad warsztatem pisarskim - może tego nie widać, ale uwielbiam pisać
+ nowe znajomości
+ nowe wyzwania oraz wyjście poza strefę komfortu, w której nieźle się zasiedziałam
+ darmowe studia niedaleko mojego miejsca zamieszkania
+ kiedy jak nie teraz? 


Przeciw: 
- mniej czasu dla rodziny, bliskich i partnera 
- mniej czasu wolnego
- studia dzienne -  koniecznością ogarnięcia IOS, ponieważ na co dzień pracuję w systemie poniedziałek, wtorek, sobota, niedziela, następny tydzień - środa, czwartek piątek i tak na przemian 
- czasem zdarzają się w pracy choroby, różnego rodzaju L4 na dzieci i inne sytuacje, które wymagają, żebym była w pracy ekstra
- koszt dojazdu na uczelnię komunikacją miejską
- studia dzienne od zera w wieku 26 lat - reszta rocznika zapewne 19-20 lat
- konieczność przeorganizowania 
- dojazdy, od których mocno się odzwyczaiłam i za którymi nie przepadam
- wejście w tryb nauki, egzaminów, różnego rodzaju projektów
- zapewne sporo żonglerki - odrabianie zajęć, pisanie kolokwiów i egzaminów w innych terminach
- musiałabym na nowo założyć fb ;)

Muszę przyznać tak szczerze sama przed sobą i przed Wami, że najbardziej przed podjęciem studiów blokuje mnie myśl o bliskiej mi osobie, która walczy z rakiem i dla której miałabym przez studia dużo mniej czasu. To mnie wręcz paraliżuje. To najważniejsza osoba w moim życiu i fakt, że będziemy mieć tego czasu jeszcze mniej niż teraz wzbudza we mnie smutek i ogromne rozdarcie - jak nadać priorytety? Na czym się skupić? Jak zorganizować? Czy za kilka miesięcy/parę lat nie będę żałowała, że nie spędziłam z nią wystarczająco dużo czasu? I ile czasu to wystarczająco dużo czasu? To bardzo bolesne myśli, które wywołują u mnie potok łez. Świadomość nieuchronnej utraty najważniejszej osoby powoduje taką ogromną bezsilność, takie okrutne poczucie, że robienie czegoś dla siebie jest nie na miejscu. 



Ile mam ubrań?


Podobny post opublikowałam 20 grudnia 2017 roku, czyli prawie półtora roku temu. Możecie go znaleźć TUTAJ
Czy coś się od tego czasu zmieniło? Właściwie w moim przypadku niewiele. Nadal ubieram się w lumpeksach, nie przepadam za kupowaniem butów, uwielbiam kurtki i szaliki. Bardzo chętnie przyjmuję ubrania od innych. Spis ubrań prowadzę tak po prostu dla orientacji i najczęściej robię go wtedy, gdy jestem przytłoczona ilością posiadanych ubrań. 
Tym razem nie wliczyłam do zestawienia ubrań po domu oraz koszulek i spodenek do spania, bo zaburza mi to obraz mojej garderoby. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało - wolę analizować ubrania do wyjścia z domu, bo te po domu to takie do 'zdarcia'. W cudzysłowie oczywiście, bo staram się nie składować w domu odzieży spranej, poplamionej, brudnej lub uszkodzonej. Najczęściej przerabiam tego typu ubrania na szmatki do czyszczenia lub wydaje dalej, te które wyglądają przyzwoicie, ale nie chcę ich już nosić. Tak też się zdarza. Staram się nie zmuszać na siłę do noszenia tego, co mi nie pasuje. Zazwyczaj wyłapuje takie ubranie i noszę je intensywnie przez dwa-trzy tygodnie, żeby zbadać moje odczucia. Jeśli zacznie mi pasować, zostaje. Jeśli dalej mi nie pasuje idzie w świat. 

Spodnie 9 sztuk
Dwie pary czarnych dżinsów
Jedna para dżinsów szarych
Jedne dżinsy jasne
Trzy pary wzorzystych spodni z wiskozy na wiosnę i lato
Dwie pary krótkich spodenek

Spódnice 2 sztuki
Kolorowa w kwiaty
Czarna w białe kwiaty

Ponczo 2 sztuki

Bluzki 20 sztuk

Swetry 10 sztuk

Koszule 4 sztuki
1 dżinsowa
3 koszule 100% len

Narzutki 10 sztuk

Bluzy 3 sztki

Sukienki 19 sztuk

Szaliki 20 sztuk

Marynarki 2 sztuki
Czarna i czerwona

Płaszcze 3 sztuki
Czarny trencz
Czarny skórzany płaszcz
Zimowy płaszcz z wełny

Kurtki 11 sztuki
2 kurtki zimowe
2 ciepłe kurtki na jesień
4 kurtki na wiosne
2 kurtki dżinsowe
Kurtka przeciwdeszczowa 

Buty 11 par
2 pary ciepłych butów na zimę
1 para botków
3 pary trampków w różnych kolorach
1 para balerinek
2 pary szpilek 
2 pary sandałków 

Torebki 6 sztuk
Duża brązowa typu worek
Duża czarna typu shopper bag
Dwie kolorowe na lato
Mała elegancka
Czarna codzienna na długim pasku

Ubrania do biegania 7 sztuk
Adidasy 1 para
Legginsy 1 para
Stanik sportowy
Bluzka krótki rękaw
Bluzka długi rękaw
Ciepła bluza 
Kurta do biegania


Jeśli parę butów liczyć za jeden to w szafie mam: 137 sztuk ubrań + ubrania po domu, bielizna, piżamy, skarpetki i cuda typu impregnat do butów oraz zapasowe wkładki skórzane

Pojawia się drobna nieścisłość pomiędzy tym postem a poprzednim w kategorii swetry i narzutki. U mnie to dosyć podobna część garderoby i w zależności od nastroju liczę ubranie albo jako narzutka albo jako sweter. Chyba następnym razem po prostu zrobię podział na ilość 'gór' i z głowy :)

Myślę, że 137 ubrań, które zajmują całkiem sporo miejsca to wystarczająca ilość, dlatego też prowadzę obecnie detoks zakupowy. Dla siebie nie kupuję nic, robię za to wyjątek na zakupy dla innych. Chciałabym zejść poniżej 100 sztuk ubrań, ale zajmie mi to trochę czasu, ponieważ lubię każdy element mojej garderoby i jeśli nie zmieni mi się figura wyrzucę je dopiero jak się zniszczą. Podziwiam Kasię z Simplecite, która ma ubrań tak mało. Może i mnie się to kiedyś uda? 

Policzenie ubrań i sumienne przejrzenie zawartości szafy bardzo ostudza moje zapędy do kupowania i znoszenia do domu nowej odzieży. Już teraz wysypuje mi się i to konkretnie z szafek, jeśli tylko przestanę układać a swobodnie wrzucać, a to sygnał, że zbliżam się do granicy za dużo.




Jak wydać 1400 zł w 9 dni


Mam genialny timing - za każdym razem, gdy tylko obiecam sobie ograniczyć wydatki, to wydatki jakoś tak same się rozmnażają. W ciągu ostatnich 9 dni wydałam ponad 1400 zł. Właściwie w ciągu 7 dni biorąc pod uwagę święta. Na co wydałam? No nie na siebie ;) 

Od pewnego czasu odciążam finansowo babcię, bo mogę i chcę. Zarabiam wystarczająco dużo, żeby jej pomagać w różnych sferach życia i bardzo mnie to cieszy, bo ona również wiele razy mi pomagała. Właściwie to przez długi czas zastępowała mi rodziców kompletnie zajętych swoim życiem i swoimi ówczesnymi partnerami. Zawsze była mi bliska i fakt, że mogę sprawić jej drobne przyjemności jest dla mnie bezcenny.

Na co więc wydałam?

530 zł * telefon - dokładniej to zapłaciłam 80 zł za aktualny rachunek telefoniczny i złożyłam wypowiedzenie umowy - szacowany koszt 450 zł. Może mniej ze względu na ten zapłacony za maj rachunek. Okaże się. Póki co 450 zł czeka odłożone na osobną kupkę i odpowiedź operatora.

50 zł - internet 

170 zł - mokra karma dla kotów. Więcej w tym miesiącu na koty nie wydam, bo mamy zapas karmy suchej, żwirku, a dzisiaj rano odebrałam zapas karmy mokrej. Wszystko to bez problemu wystarczy co najmniej do początku czerwca, a może i dłużej.

155 zł - lekarstwa dla babci.

120 zł - ubrania dla babci - kurtka, sweter, kilka koszulek. 

118 zł - spożywka po części dla babci.

115 zł - bilety do kina oraz na koncert.

55 zł - maseczki do twarzy, szampon, żel pod prysznic, dezodorant.

50 zł - jedzenie na mieście - dwa wyjścia z babcią.

30 zł - słodycze, napoje, przekąski, czyli w moim przypadku dwa opakowania nimm 2 kwaśne oraz 4 kartony soku pomarańczowego.

30 zł - chemia do domu.

10 zł - bilety na autobus. 

Łącznie: 1433 zł *. Może trochę mniej, zweryfikuję pod koniec miesiąca, gdy będę już na pewno wiedziała ile wynosi kara za rozwiązanie umowy z operatorem.

Mam świadomość tego, że wydałam mnóstwo pieniędzy w zaledwie kilka dni, jednak powiem Wam, a raczej napiszę - warto wydawać, gdy wiemy, że to faktycznie pomaga, sprawia radość, odciąża napięty budżet bliskiej nam osoby. Jestem przeciwnikiem chodzenia na łatwiznę i dawania pieniędzy. Jakoś tak pomoc w formie pieniędzy jest dla mnie za mało zaangażowaną formą pomocy. Wolę zabrać bliską osobę na zakupy i kupić jej kurtkę lub buty, których potrzebuje, zrobić jej zapas kawy, herbaty, suchych produktów, zapłacić za lekarstwa lub rachunki. Lub jak to bywa z naszymi sąsiadami w podeszłym wieku - podrzucić im karmę dla kota i psa i trochę zapasów po zakupach. 

W naszym kraju niby jest dostatek i jako takie bogactwo, jednak nadal jest mnóstwo ludzi w podeszłym wieku, którzy zmagają się z ubóstwem i zwyczajną biedą. Opłacą rachunki, wykupią leki i brakuje na życie, zostaje na bardzo skromną wegetacje. Osobiście mam styczność z kilkoma takimi przypadkami, koleżanka opiekunka środowiskowa - z całą masą emerytów, którym po opłaceniu rachunków i zakupie leków zostaje 140-200 zł na jedzenie na cały miesiąc. Wielu z nich pracowało całe życie, długie lata, nierzadko byli ofiarami odciągania skrajnie niskich składek, co poskutkowało żałosną emeryturą, za którą teraz zdarza im się głodować. 




Dylemat ws. abonamentu



Nie dalej niż kilka dni temu odpowiadałam na komentarz Dusigroszki, która zwróciła uwagę za moje wysokie rachunki za media, czyli w moim przypadku telefon (80 zł), internet (50 zł) i doładowania dla babci to już według zużycia. I tak jak pisałam w komentarzu - po spłacie rat za sprzęt mój abonament będzie niższy. I wiecie co? I guzik z tego wyszło. 

W pojedynku oczekiwania versus rzeczywistość znów dostałam po dupie. Trochę za brak dociekliwości, bo jednak przedłużając umowę i decydując się na ofertę promocyjną nie zapytałam ile będę płacić po spłaceniu telefonu, ale... 

Skoro umowa jest na 36 miesięcy to logicznym wydawało mi się, że abonament (11 zł) obowiązuje przez 36 miesięcy, a sprzęt spłaca się przez 21 miesięcy, co wynikało z umowy. Mamy chyba jednak dwie logiki na świecie, bo podczas rozmowy z konsultantem poczułam się co najmniej jak totalnie niedoinformowana osoba - okazało się, że to całkowicie oczywiste, że 80 zł płaci się przez cały okres umowy. Dostałam przecież tabelkę z wysokością opłat. I tu pojawia się zgrzyt, bo tabelka owszem jest, ale nie zawiera spisu wszystkich płatności, a wyłącznie spis rat za sprzęt. I to jest jedyna tabelka dołączona do umowy. Nic poza tym w niej nie ma. Wyłącznie 21 rat za sprzęt. A gdzie płatności za pozostałe 15 miesięcy? W domyśle?

Może nie jestem magistrem prawa, jednak przewertowałam tą umowę z każdej strony i nigdzie nie znalazłam informacji, że opłata za abonament może ulec zmianie wraz z zakończeniem spłaty rat za sprzęt, ani nic o tym, że wynosić ma ona 80 zł. Nie ukrywam wkurwiło mnie to skrajnie wybitnie, bo to dosyć kluczowa informacja. O ile mogę przez 21 miesięcy płacić po 80 zł abonamentu mając w perspektywie ulubiony telefon i niski abonament o tyle nie wyobrażam sobie robić tego przez kolejne 15 miesięcy. Mamy przecież tyle ciekawych ofert na rynku!

Dlatego właśnie mam dylemat czy zerwać umowę czy poczekać do jej końca. Sprawdziłam nawet ile by mnie to kosztowało. 

Zerwanie umowy w trybie natychmiastowym to 450 zł  kolejne 15 miesięcy doładowania po 30 zł łącznie daje to: 450 + 450= 900 zł

Kontynuowanie umowy: 15 miesięcy po 80 zł, czyli 1200 zł

Największą moją bolączką jest kwestia wyjęcia nagle z kieszeni 450 zł i nowy numer telefonu, jednak w dłuższej perspektywie mogłoby to dać 300 zł oszczędności albo i więcej, bo nie jest powiedziane, że miesiąc w miesiąc potrzebne mi będzie doładowanie za 30 zł. Pozostaje również kwestia tego czy do tych 450 zł nie zostanie doliczona kwota za jakiś okres rozliczeniowy, czyli do zapłaty 450 + 80 zł. 


Co myślicie? 


Wstydzę się pracować na kasie


Przez długi czas mojej kariery zawodowej byłam sprzedawcą/kasjerem. Każdą z tych prac wspominam bardzo miło, ponieważ większość klientów, z którymi się spotykałam była bardzo życzliwa, buraki zdarzały się zdecydowanie rzadziej. Z ogromną ilością osób złapałam dobry kontakt, do tej pory witamy się i rozmawiamy podczas spotkania na ulicy czy w szpitalu, w którym bywam dość często. I wszystko byłoby, gdyby nie podejście wielu moich znajomych pt: nie wstyd Ci pracować jako sprzedawca?

Przepraszam, że co?! 

Nie wiem czy to tylko przypadłość mojego otoczenia czy (oby nie!) całego naszego społeczeństwa, ale z jakiegoś powodu zawód sprzedawcy wiąże się z jakimś takim poczuciem wstydu, bycia gorszym i w ogóle cała ta praca na kasie jest jakoś negatywnie nacechowana. Dominują wśród nas pogląd, że sprzedawca to niewykształcony nieudacznik. Trzeba mu co rusz powtarzać, że marnuje się w tej pracy i przypominać, żeby szukał czegoś lepszego. Bo jak to tak? W takiej pracy? Szkoda życia przecież!

Jednocześnie mijając sklep za sklepem widzę tam sprzedawcę, a niekiedy nawet kilku sprzedawców. Coś sporo tych nieudaczników i ludzi niewykształconych. Dodatkowo wielu spośród nich odznacza się elegancją, elokwencją, życzliwością, kompetencją i zaangażowanie w wykonywaną pracę. Tak, pracę, bo siedzenie przy kasie i każde inne obcowanie z pieniędzmi chociażby przy sprzedaży lodów - to praca i to bardzo ciężka. Nie ma miejsca na humory, należy wykrzesać z siebie życzliwość i być skupionym, bo stale przechodzą przez nasze ręce pieniądze i to nie małe. 

Mnie osobiście zawsze dogłębnie bulwersują wszelkie dobre rady i sugestie rodziny oraz bliższych i dalszych znajomych na temat mojej ścieżki kariery. Halo, sama ją wybrałam, ze wszystkimi jej konsekwencjami i o ile teraz siedzę na tyłku z plakietką z nieco mniej obciachowym i bardziej prestiżowym napisem Starszy Doradca Klienta to nie wstydzę się tego, że pracowałam jako zwykły kasjer. Ba, ja to nawet bardzo lubiłam. Lubię kontakt z ludźmi i świetnie odnajduję się w stresujących sytuacjach oraz najważniejsze - zawsze szanuję drugiego człowieka - bez względu na to czy jest śmierdzącym bezdomnym czy właścicielem auta za dwa miliony złotych. 

Chciałabym, żeby więcej osób spośród naszego społeczeństwa szanowało ludzi z automatu i nie dyskredytowało ich z powodu tego, że siedzą na kasie. Życzyłabym sobie, aby w Polsce odczarowano zawód sprzedawcy i kasjera. Życzyłabym sobie, żeby ludzie nie budowali swojego poczucia wartości na dogryzaniu i kopaniu innych. Dowartościowanie się kosztem pani na kasie to chwilowa pociecha, która w dłuższej perspektywie jest krzywdząca jedynie dla niedowartościowanego typa. Wiem, że życie to nie koncert życzeń. Chciałabym jednak, żeby w naszym kraju powiedzenie na głos, gdzie się pracuje nie wiązało się z falą złotych rad oraz porad na temat tego, co powinno się zrobić ze swoim życiem. Chciałam napisać przyznanie się. Jakoś tak to określenie wybitnie pasuje do tego jak czułam się na początku pracy jako kasjer, kiedy zewsząd zwalały się na moją głowę porady, złote rady, sugestie, podpowiedzi, wskazówki i ogólnie kołowrotek dowartościowania się moim kosztem obracał się w najlepsze.

I wiecie, co mi wtedy pomogło? W czasach, kiedy wstyd było mi się przyznać, co robię i w czasach, w których tak bardzo starałam się ten wstyd przezwyciężyć. Pomogło mi odwrócenie ról w rozmowie. Oczywiście ja się za komentowanie nie brałam, bo kompletnie wisi mi to skąd ludzie mają pieniądze. Dopóki nie wyciągają ich z mojego portfela albo mnie nie okradają niech robią, co chcą - taką pracę wybrali. Wracając jednak do odwracania ról, to największego czepialstwa doświadczyłam od kolegów z produkcji oraz dostawców jedzenia zarabiających mniej ode mnie; od koleżanek kelnerek pracujących za 5-6 zł bez żadnej umowy w barach wątpliwej jakości; od koleżanek pracujących w sieciówkach jako uwaga - kasjer sprzedawca bez umowy o pracę z mniejszymi zarobkami ode mnie oraz od mojego ówczesnego partnera, który przez długi czas pozostawał na utrzymaniu rodziców. Moim partnerem przestał być ekspresowo. Pomimo haniebnej i uwłaczającej pracy na kasie mam wysoko rozwinięte poczucie własnej wartości oraz szacunku i zwyczajnie po ludzku nie wyobrażam sobie układać życia z kimś, kto ocenia mnie jako człowieka po pracy jaką wykonuję. Nie wiem skąd w moim otoczeniu taka zbiorowa wyższość wobec kasjerek. Wydawać by się mogło, że ludzie pracujący za pieniądze dużo niższe ode mnie nie powinni być tak skorzy do wygłaszania porad i uwag, a jednak - niemal każdy czuł się ekspertem do spraw rynku pracy. Czasem żałuję, że odpuszczałam temat i nie drążyłam skąd w nich ta wyższość, ale z drugiej strony nigdy nie było i nie jest mi potrzebne do szczęścia mówienie komuś jaką pracę ma wykonywać, a jakiej absolutnie nie. 

Mam nadzieję, że w naszym konsumpcyjnym społeczeństwie z czasem wzrośnie szacunek do pań pracujących na kasie - to ciężka praca i nie oznacza z automatu, że człowiek na tej kasie jest nieudacznikiem i należy go zmieszać z błotem. Wzrasta nasza świadomość jako konsumentów, stale poszukujemy nowych rozwiązań, pojawiają się nurty takie jak zero waste, minimalizm, świat zaczyna iść w jakość, a nie tylko w ilość i masówkę. Poszukujemy sklepów i sieci podążającymi drogą fair trade, wymagamy coraz więcej od produktów kupowanych za nasze ciężko zarobione pieniądze. W tej pogoni za jakością i walką o lepsze losy pracowników wytwarzających ubrania i wszelkie dobra pamiętajmy również o tych, którzy nam je sprzedają w sklepach stacjonarnych. Przez ułamek chwili przypomnijmy sobie, że to też człowiek mający rodzinę, swoje problemy, pracujący po to, żeby zarabiać na takie czy inne życie i okażmy mu minimum kultury i szacunku. Zwykłą ludzką życzliwość, o której tak często zapominamy na co dzień. 





Napisz do mnie: askadasuna@gmail.com




Zakupowy detoks



Kilka miesięcy temu zakończyłam poprzedni zakupowy detoks i pozwoliłam sobie na wydawanie pieniędzy na ubrania. Głównie z SH, ponieważ uwielbiam używaną odzież - ma świetny skład, kosztuje grosze i nie mam moralniaka, gdy rzecz mi się znudzi i przekazuję ją dalej. Kupując ubrania w regularnej cenie stale byłam rozczarowana - dokuczała mi słaba jakość, niebotyczne ceny, pustki w szafie. Wypady do SH oraz przyjmowanie ubrań od znajomych uzupełniły te luki, ale teraz czuję się dosyć przytłoczona tym ile mam. Nadmiar łatwo rozpoznać po tym, że ubrania lądują w nowych miejscach, bo poprzednie przestały je mieścić oraz po tym, że w szafkach i szufladach bardzo szybko robi mi się bałagan. Kiedy mam za dużo rzeczy niemal co kilka dni muszę na nowo układać ubrania, bo zawsze jakoś dzieje się tak, że potrzebuję tych, które są na samym dole i potem chaos sam się produkuje. Dzisiaj nie odłożę ubrań na miejsce, jutro też, a pojutrze już jest totalny bałagan i znów muszę wszystko porządkować, układać i przekładać. 

Nagłe nagromadzenie ubrań oraz zwiększenie czasu, którego potrzebuję na ich wypranie, ułożenie i zdejmowanie z nich kłaczków przed wyjściem, uświadomiło mi, że mam ich zdecydowanie za dużo, dlatego też najwyższy czas przestać kupować nowe. Nie lubię pozbywać się ubrań, które lubię, tylko dlatego, że mam ich zbyt wiele, bo to moim zdaniem sztuka dla sztuki. Wolę ograniczyć powiększanie się zawartości szafy i nosić to, co mam. Do kiedy planuję zakupowy detoks w kategorii ubrań? Do 31 sierpnia. Nie oznacza to jednak, że nie będę wydawać na ubrania, bo jak wiecie - czasem zdarza się tak, że idziemy do sklepu z babcią, coś wpadnie jej w oko i z miłą chęcią jej to kupuję, bez względu na cenę. To również jest wydatek, który wpisuję w kategorię ubrania, jednak zakupy te nie lądują w mojej szafie, dlatego też nie chcę z nich rezygnować. Wyjątek zamierzam również zrobić na zakup spodni do biegania, ale jest to póki co faza planów. Obecne są ok, ale powoli przestają się prezentować przyzwoicie i myślę, że za jakiś czas kupię nowe. Ciężko mi na razie ocenić czy będą to spodnie z SH czy zwykłego sklepu oraz czy kupię je przed 31 sierpnia czy po. Wszystko zależy od tego jak często będę biegać oraz jak szybko zniszczą się moje obecne spodnie.

Życzcie mi powodzenia! 

Studia?


Za kilka tygodni kończę 26 lat. Piękny wiek, prawda? Niestety ostatnio dokucza mi dogłębny marazm i chociaż w głowie pojawiają się różne pomysły, to jednak stale odsuwam je od siebie, bo... czuję się na nie za stara. Jak skończę to będę miała tyle i tyle lat! A to przecież już zaawansowana dorosłość! Wyobrażacie to sobie?

W odwrotnej sytuacji powiedziałabym do kogoś - zgłupiałeś, całe życie przed Tobą! Działaj! Do siebie jednak nie potrafię. Stale dostrzegam minusy, trudności i przeszkody. Mam świadomość korzyści, jednak skupiam się na tych mniej optymistycznych stronach zmiany, wchodzę w tryb analiz tylko po to, żeby za chwilę wrócić do punktu wyjścia i znów marudzić, że chyba już za późno, żeby zaczynać naukę tego, zaangażowanie w to, czy spróbowanie czegoś innego. Tym sposobem mijają dni, mijają tygodnie, nie młodnieję i coraz bardziej zacinam się w przekonaniu, że na niektóre rzeczy jest już po prostu dla mnie za późno. To bardzo ograniczające myślenie, bo obiektywnie rzecz biorąc 26 lat w obecnych czasach to początek dorosłego samodzielnego życia. U mnie to jakaś granica wypada/nie wypada dodatkowo zaznaczana przez osoby z otoczenia, które tylko przewracają oczami na moje pomysły, a mnie dodatkowo to hamuje. 

Obecną zagwozdkę mam ze studiami. Przeglądałam różne strony internetowe, weszłam na stronę pobliskiego Uniwersytetu i przepadłam - kierunek dla mnie, kierunek marzenie, kierunek, na który czekałam, gdy zaczynałam studia, jednak wtedy nie był nawet w planach. Teraz jest. Niedaleko. Na wyciągnięcie ręki o ile przejdę rekrutację, bo nie ja jedna do niego wzdycham, a w mojej głowie czarno i ciemno. Jak pogodzę to z pracą na cały etat? Jak pogodzę to z moimi zobowiązaniami wobec rodziny? Jak pogodzę to z opieką nad bliską mi osobą? Jak pogodzę to ze związkiem? Czy ja kurwa nie jestem po prostu za stara na to, żeby kolejne studia zaczynać totalnie od zera i poświęcić im kolejne 5 lat życia, które są dla mnie kompletnie niepewne i nieokreślone? Jeśli zacznę studia w tym roku i skończę je planowo będę miała 31 lat. Nie mam pewności, gdzie będę pracowała w ciągu tych 5 lat, studia nie mają wariantu zaocznego, tylko dzienny. To wszystko jest jednak zobowiązaniem. Nowym, absorbującym, wymagającym zmian w mojej i tak dość chaotycznej codzienności. Niby tłucze mi się po głowie myśl - kiedy jak nie teraz? Ale stale i stale odtwarzam w głowie przeszkody i możliwe problemy i czuję się mocno zagubiona. Trochę bezsilna wobec własnych myśli. Brakuje mi wiary w moje możliwości.