Co działo się przez ostatnie tygodnie?



#1 Szpitale

Ostatnie kilka tygodni spędziłam pomiędzy pracą a szpitalem, do którego trafiła moja Najbliższa Osoba, której stan zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że niemal zeszła z tego świata. Aktualnie jest dużo lepiej, jednak nadal walczymy z chorobą, przyzwyczajamy się do nowej sytuacji, nowej organizacji życia codziennego i rodzinnego. NO ma obecnie liczne ograniczenia, nowe choroby oprócz nowotworu, masę leków, które musi stale brać. Jest spora szansa na to, że będzie dużo lepiej, ale potrzeba na to wiele pracy i wiele czasu. NO powoli nabiera sił i apetytu, utracone w chorobie i szpitalu kg powolutku wracają, moje zaś spadają. Ze stresu schudłam 6 kg i jestem po prostu wrakiem. 

#2 Utrata mieszkania
Od wielu lat miałam powiedziane, że po NO otrzymam mieszkanie. Jak się okazało - kwestia ta to tylko słowa, żadna konkretna decyzja, żadne konkretne działanie mające na celu przekazanie mi tego mieszkania przy pomocy testamentu. Słowem - testamentu brak. Mnie to ni ziębie, nie grzeje. Nigdy nie wyciągałam ręki po to mieszkanie, bo zyskanie go połączone jest i okupione utratą najważniejszej dla mnie osoby. Nie mam żalu o to, że mi go nie da. Mam żal o to, że przez wiele lat utrzymywała, że to zrobi. Wiedza, że otrzymam kiedyś własne mieszkanie mocno wpłynęła na wiele moich decyzji i wyborów życiowych. Teraz bardzo żałuję, że wykazałam się taką hmm... naiwnością? Łatwowiernością? Z perspektywy czasu widzę, że pomimo obietnic należało robić wszystko, żeby mieć swój kąt, bo w przyszłości będę bezdomna. Poniżej dowiecie się dlaczego. 

#3 Rozpad więzi rodzinnych
Majątki od zawsze dzielą. Spadki dzielą jeszcze bardziej. A wizja rychłego wzbogacenia się pokazuje jak bardzo pieniądze wynaturzają człowieka. A może po prostu pokazują jego prawdziwe oblicze? 
Mieszkanie, które miało być moje, w przypadku śmierci NO w całości przejdzie na moją rodzicielkę. Wiedza ta wywołała u niej istny obłęd i nasilenie nienawiści do mniej. Od wielu lat mamy bardzo napięte stosunki. Jest to relacja skrajnie antagonistyczna - nie zgadzamy się w niczym, stale kłócimy o wszystko, nie ma nic z wyjątkiem NO i wspólnego dachu nad głową, co by nas łączyło. Gdyby nie to, że jesteśmy do siebie podobne pokusiłabym się o zrobienie testów czy aby na pewno jesteśmy spokrewnione. Problemem naszej relacji jest to, że moja rodzicielka po prostu mnie nie cierpi, ba, uważam, że mnie nienawidzi, w dodatku traktuje mnie jak worek treningowy. Każdy gorszy dzień próbuje odreagowywać poprzez prowokowanie mnie do kłótni, wyzwiskami i wrzaskiem. Kiedy dowiedziała się, że  w razie śmierci NO otrzyma mieszkanie, do którego nie mam żadnego prawa rozpętało się piekło. Nasza relacja rozpadła się całkowicie, bo przez wiele lat wybaczałam, ale ostatnich tygodni wybaczyć nie umiem - wyzwisk, wyrzucania mnie z domu, wyładowywania się na mnie z powodu stresu, obrażania mnie, wrzasków, krzyków i całej masy wyrzucanego na mnie jadu. Kiedyś liczyłam na to, że nasza relacja utrzyma się na poziomie poprawnym, bo są momenty, kiedy możemy pogadać o pogodzie i dupie Maryny bez krzyków, ale to, co zaserwowała mi przez ostatni miesiąc całkowicie skreśliło ją z mojego życia. Nie wybaczę, nie zapomnę, nie wyciągnę ręki na zgodę. Ciężko zresztą dogadać się z kimś, kto od kilku tygodni kończy każdą rozmowę słowami 'NO umrze i od razu Cię stąd wyrzucę'. Cudowne życie rodzinne. Po prostu cudowne, ale warto było tego doświadczyć, bo wreszcie dotarło do mnie jakie chore relacje łączą mnie z moimi rodzicami i jak wielki błąd popełniłam zostając z rodziną zamiast dążyć do życia wyłącznie na swój rachunek. 

#4 Utrata oszczędności
Zanim jeszcze moja rodzicielka pokazała mi cały wachlarz przejawów nienawiści do mojej osoby zdążyłam się bardzo konkretnie spłukać. Nic nie wskazywało na to, że stan zdrowia NO się pogorszy. Wyniki się poprawiały, badania wyszły bardzo dobrze, żyliśmy sobie jak pączki w maśle. Sporo pieniędzy zainwestowałam w karmę dla bezdomnych kotów dokarmianych przez moich znajomych, ogólnie wydawałam sporo, bo zrobiło się ciepło i przyjemnie, odłożyłam dostatecznie dużo i chciałam sobie zrobić trochę finansowego luzu. A potem przyszła choroba, wydałam majątek na leki, na prywatne wizyty u lekarza, na taksówki, prywatny transport medyczny. Walczyliśmy dzielnie o to, żeby trafić do kogoś, kto pokusi się o sprawdzenie, co się dzieje z NO. Wszyscy stosowali spychologię - postęp raka, przerzuty, naturalna kolej rzeczy, to już ten wiek i inne puste słowa. Okazało się, że sprawa była ultra poważna, ignorowana, bo pacjentów 75+ olewa się na całego i NO prawie wykończyła się zanim trafiła wreszcie do szpitala dłużej niż kilka h. Finalnie po tygodniach odbijania się od drzwi do drzwi udało się - ktoś spojrzał na nią jak na człowieka potrzebującego ratunku, a nie terminalną fazę choroby nowotworowej. Kosztowało nas to wiele tysięcy złotych. Większość z mojej kieszeni, bo...

#5 W obliczu choroby nie mam na kogo liczyć
Od ponad roku, kiedy to walczymy z NO z chorobą nowotworową jesteśmy z tym we dwie. Pomoc rodziny tej bliższej, dalszej jak i tej mieszkającej z nami pod jednym dachem sprowadza się do złotych rad. Poradami sypią aż miło. Naprawdę, wszędzie byli, wszystko widzieli, każdy ekspert nad ekspertami. Każdy mocny w gębie, każdy pierwszy do krytykowania, wysnuwania oczekiwań i wydawania negatywnych osądów. Niestety, kiedy potrzebna jest realna pomoc, gadania to jedyna reakcja na moje prośby. Idź tu, zabierz NO tutaj, ogarnij sobie wolne w pracy, jedźcie tam. Każdy tylko nami rozporządza, każdy oczekuje. Czas NO poświęcam ja, do lekarzy chodzę z NO ja, za leki, lekarzy i inne medyczne sprawy NO płacę ja.  W nagrodzę otrzymuję złote rady, krytykę i dogadywanie. Żadnego dziękuję, żadnej pochwały. Stale pretensje i krytykę. 

#6 Przestałam milczeć
Ten post to taki coming out w kwestii moich relacji rodzinnych. Na blogu publikowałam zawsze część prawdy, część finansów. Nigdy nie opublikowałam mojego wkładu w remont mieszkania, kwot na wsparcie finansowe babci, kwot przeznaczanych na pomoc rodzinie czy kwot związanych z pomocą bezdomnym zwierzętom. Nigdy też nie ujawniłam wszystkich powodów mojego zadłużenia. Nie czuję się gotowa na przekraczanie granic pewnych sfer mojego życia czy to prywatnych czy finansowych. Pełna transparentność finansowa bardzo mnie kusi, ale nie jestem na to jeszcze gotowa. Ujawnianie mojej sytuacji rodzinnej też jest bardzo trudne, ale potrzebuję tego. Potrzebuję podkreślić, że to nie jest sielanka, że trzyma nas razem jedynie NO i opieka nad nią, która wiąże się z milionem kłótni o olewanie NO przez moją rodzicielkę i spychanie całej opieki nad NO na mnie bez żadnego wsparcia. To wspólne mieszkanie to w dużej mierze konieczność, wymóg sytuacji. Tak jak pisałam wyżej - żałuję, że lata temu nie dążyłam do usamodzielnienia się. Kłótnie znosiłam dzielnie, wybaczałam, starałam się patrzeć na moją rodzinę z tej dobrej strony. Teraz przestaję milczeć i udawać sama przed sobą, że jest ok. Nie jest ok. Dlatego też...

#7 Wyprowadzam się
W chwili obecnej jestem przyblokowana koniecznością opieki nad najbliższą mi osobą. Poza pracą poświęcam jej maksimum czasu i uwagi. Pomagam w czym się da, wspieram, opłacam leki i konieczne wizyty u lekarza. Staram się być wsparciem i towarzyszem, a nie tylko obojętnym opiekunem. Najbliższa mi osoba przestała być samodzielna, od kilku tygodni ma wiele ograniczeń, konieczna jest opieka. Nie całodobowa, ale wielogodzinna opieka towarzysząca, wsparcie w codziennych czynnościach. Robię to wszystko z miłości i wdzięczności, bo najbliższa mi osoba poświęciła dla mnie bardzo wiele, gdy byłam dzieckiem i nastolatką. Cieszę się, że mogę przy niej być. Mam jednak świadomość, że nigdy nie dogadam się z moją rodzicielką, że sprzeda ona mieszkanie, w którym obecnie mieszkamy jak tylko NO umrze. Kasa jest dla niej ogromną pokusą. Dlatego też z tyłu głowy pamiętam o oszczędzaniu i o tym, że w przyszłości będę musiała wynająć mieszkanie, żeby mieć gdzie mieszkać. Powoli interesuje się tym tematem, przystosowuje do nowej sytuacji, w której nie mam perspektyw na spadek w postaci mieszkania czy pieniędzy.



Kilka dni temu skończyłam 26 lat i życie nieźle mi się zawaliło. Poczucie komfortu odeszło w niepamięć. Codzienność stała się pasmem kłótni i napięć. Rodzina przestała być rodziną. Stałam się pełnoetatowym opiekunem osoby w terminalnej fazie raka z ograniczeniami ruchowymi. Doba wypełniła się milionem nowych małych i wielkich obowiązków. Konto świeci pustkami. W perspektywie mam mieszkanie pod mostem w kartonie po kocim jedzeniu. Jeszcze kilka dni zajmie mi zanim wybaczę samej sobie naiwność i łatwowierność i otrząsnę się z przygnębienia. Życie wali się po to, żeby najsilniejsi wyszli spod gruzu. Ta myśl stanowi dla mnie pocieszenie. Czuję się słaba wobec przeciwności, które rzuca mi pod nogi los. Wiem jednak, że opanuję emocje, przeskoczę dławiące mnie lęki, odetchnę głęboko i ruszę przed siebie, aby wydostać się spod gruzu. Uda mi się, bo w życiu tyle razy okazałam słabość, że nie pozostaje mi nic innego tylko pokazać siłę. Jestem przyparta do muru, nie pozostaje mi nic innego niż być silną.






9 komentarzy:

  1. Bardzo się pogmatwało u Ciebie. Choroba bliskiej osoby zawsze przewraca swiat do gory nogami. Dużo siły !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeśli jeszcze w grę wchodzi kasa to cały znany świat zwyczajnie się wali, bo ludzie zapominają o sobie nawzajem a widzą tylko pieniądze.

      Usuń
  2. Jest mi niesamowicie przykro z powodu Twojej sytuacji i jednocześnie podziwiam Cię za siłę i dobroć która bije z Twoich wpisów. Masz na prawdę wielkie serce.
    Co do sytuacji z mieszkaniem, jesteś pewna że nic już nie da się zrobić? Może warto porozmawiać z NO? Tak spokojnie, nie chodzi przecież o "wyciąganie ręki po mieszkanie" ale o obawy o przyszłość. Z tego co wiem mieszkanie można zapisać nawet kilku osobom, przydzielając im % własności. Może taki rozwiązanie zapewniłoby Ci trochę czasu na spokojną wyprowadzkę? Wiem, to nie są łatwe sprawy, zwłaszcza, gdy jest się psychicznie wykończonym.
    Może to Ci się przyda:
    https://marciniwuc.com/testament-spadek-dziedziczenie/
    https://marciniwuc.com/spadek-i-dziedziczenie-jak-chronic-swoj-majatek/
    Życzę, dużo, dużo siły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z NO rozmawiałam na ten temat kilka razy, ale mam wrażenie, że to puste słowa. Zanim podupadła na zdrowiu utrzymywała, że mieszkanie będzie moje. Obecnie wścieka się, gdy tylko ktoś zaczyna temat, bo ona jeszcze żyje, a my już dzielimy majątek... Nie chcę już kolejny raz poruszać tego tematu, bo momentalnie łapią ją nerwy i widać, że jest jej przykro, kiedy poruszam ten temat.

      Usuń
  3. Wow, mocne, faktycznie posypało się. Niewiele tak młodych osób zmaga się z tak poważnymi życiowymi trudnościami. Wielu Twoich rówieśników jest głównie biorcami wszelakiego wsparcia od rodziny (finansowego, emocjonalnego etc). Ty jesteś wyłącznie dawcą... Wierzę jednak, że gdy przetrwasz będziesz o niebo bardziej silna i dojrzała, a z perspektywy lat uznasz, że te doświadczenia na swój sposób pozytywnie wplyna na przyszłość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię być dawcą jedynie w stosunku do NO. Moi rodzice mogliby dla mnie nie istnieć, bo niestety, ale serwują mi przez całe życie jedynie problemy, przykrości i pretensje.

      Usuń
  4. Bardzo mi przykro - widać, że Twoja sytuacja naprawdę nie jest w tej chwili różowa. Ale nie poddawaj się, walcz o siebie, sytuacja musi się kiedyś zmienić na lepsze.
    Co do mieszkania - nie wiem, jakie relacje pokrewieństwa łączą Ciebie i Twoją mamę z NO, dlatego trudno cokolwiek powiedzieć konkretnego, ale być może masz jakieś szanse na to mieszkanie albo chociaż jakąś część jego wartości. Być może warto byłoby wybrać się do prawnika (w sądach rejonowych oferują teraz chyba bezpłatne porady prawne) lub po prostu zapytać na jakimś forum prawniczym, jakie w ogóle masz opcje w swojej sytuacji. Nie chodzi o wydzieranie komuś na siłę albo walkę, na którą nie masz ochoty, ale myślę, że warto wiedzieć, na czym stoisz i jakie masz w ogóle możliwości w kontekście Twojej niepewnej mieszkaniowej przyszłości. Może to pozwoli Ci się choć trochę przygotować na przyszłość. Może też być tak, że teraz nie chcesz czegoś robić (np. walczyć o mieszkanie), ale za jakiś czas zmienisz zdanie w tej kwestii - a wtedy dobrze jest znać swoje opcje.
    Tak czy tak - życzę Ci dużo siły i powodzenia!
    P.S. A bloga pisz, o czym tylko chcesz - masz bardzo fajny styl i po prostu dobrze się to czyta :) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawę już konsultowałam - niestety nic mi się nie należy. Mama dziedziczy w prostej linii po NO 100%.

      Usuń
    2. Rozumiem, bardzo mi przykro. Trzymam za Ciebie kciuki!

      Usuń

Bardzo dziękuję za Twój komentarz ;)